Bałkany z temperamentem

Bałkany. Najbardziej zróżnicowany, nieokiełznany i nieprzewidywalny region Europy. Namacalne świadectwo burzliwej historii, widoczne na każdym kroku wzajemne przenikanie kultur, współistnienie prawosławia, katolicyzmu i islamu. Wspaniała architektura, egzotyczna przyroda i obdarzeni niezwykłym temperamentem mieszkańcy – wszystko to stwarza możliwość przeżycia niezapomnianej przygody, zdobycia niesamowitych doświadczeń. 5 lipca 2006 roku wyruszamy.

Słowacja

Przejazd przez Słowację był wymagający, od razu musieliśmy pokonać wysokie tatrzańskie przełęcze i zmagać się z niebywałym upałem oraz natrętnymi cygańskimi dziećmi. Ten niepoprawny politycznie temat powraca jak bumerang. W okolicach jednego z romskich osiedli bose dzieci wypadają na drogę z rurkami-spluwkami i obierają nas za cel. Przyspieszamy i na szczęście nie dosięgają nas ich strzały, zapewne nasączone śmiercionośną kurarą. Scena niczym z filmów przyrodniczych o Amazonii. No, może gdyby nie te zdewastowane bloki w polach i karoseria samochodu porzucona na poboczu. W miejscowości Spisske Vlachy zatrzymujemy się na odpoczynek. Ola idzie do sklepu, w tym czasie opada mnie zgraja mocno nieletnich cygańskich chłopaków w liczbie dziewięciu i domagają się, żeby im coś dać. Najchętniej dałbym im porządnego kopa w tyłek, ale wtedy dopiero by się zaczęło – histeria i wrzask na całą okolicę stanowiące pretekst do przybycia posiłków. Kiedy więc uprzejmie komunikuję smarkaczom, że jest to absolutnie wykluczone, żebym dał im cokolwiek, zaczynają szarpać za bagaż, sięgają po opony i bidony, próbują rozpinać sakwy. Nie takie znowu głupie te bachory: skoro odmawiam współpracy i nic im nie dam, to sami sobie wezmą. Widać, że prędko nie zrezygnują ze sposobności pozyskania jakiegoś łupu. Nie namyślając się długo, wyciągam z kieszeni krótkofalówkę i niby to informuję przez nią policję. Małe bandziory oddalają się w pośpiechu, a ja nie przestaję „informować policji” o sprawcach. Skoro tylko Ola wraca, opuszczamy Spisske Vlachy. Wkrótce miejscowość Krompachy – absolutny majstersztyk cygańskiej zabudowy. Fascynujące skupisko bud skleconych z najrozmaitszych odpadów usytuowane jest na przydrożnym zboczu. Slumsy na przedmieściach wielkich miast Ameryki Południowej to prawdziwe wille.

Wzdłuż trasy spotykamy bardzo życzliwych ludzi, wiele osób z zaciekawieniem pyta o naszą podróż. Kiedy mówimy jednemu ze słowackich rozmówców, że być może dojedziemy do Albanii, stwierdza kategorycznie, że za żadne skarby tego świata nie wjechałby do tego dzikiego kraju, bo „oni tam mają swoich Janosików”. Kilkanaście kilometrów za Koszycami klimat i plenery jakże dalekie od tatrzańskich. Rozległe winnice oraz charakterystyczna południowa zabudowa potęgują wrażenie, jakbyśmy przemierzali rejony gdzieś na południu Włoch.

Węgry

Na węgierskiej równinie rowery toczą się lekko i szybko, przez dziesiątki kilometrów nie musimy pokonywać żadnego podjazdu. Wioski są pięknie utrzymane, wzdłuż dróg piękne kwietniki i bujna roślinność. Napotykamy jednak na poważne problemy językowe: w tej części kraju Węgrzy nie znają żadnych języków obcych, nie rozumieją nawet pojedynczych słów po angielsku, niemiecku, czy francusku. Nawiązanie kontaktu okazuje się zwyczajnie niemożliwe. Gdy pytamy o drogę, rozmówcy mimo świadomości braku szans na zrozumienie z naszej strony, niejednokrotnie zasypują nas kilkuminutowym węgierskim monologiem, który naprawdę ciężko jest przerwać. Jest piekielnie gorąco, lecz na szczęście wzdłuż drogi mijamy mnóstwo hydrantów i studni.

Kilka kilometrów przed granicą rumuńską harmonijny krajobraz węgierskich wiosek i miasteczek zostaje zastąpiony przez zaniedbane blaszane budy, zaśmiecone pobocze, podejrzanych typów kręcących się wokół ostatnich sklepów przed granicą. Wrażenie jest delikatnie mówiąc niezbyt korzystne. Z rozmowy z węgierskim celnikiem wnioskujemy, iż nie ma on najlepszego zdania o Rumunii, ale wydaje się, że nie wie on kompletnie nic o tym kraju i swoje sądy opiera wyłącznie na stereotypach.

Rumunia

Rumuńscy celnicy są bardzo przyjaźni i otwarci, ich angielski stoi na naprawdę bardzo dobrym poziomie (w przeciwieństwie do ich węgierskich kolegów). Zmieniamy czas na wschodnioeuropejski, czyli dodajemy jedną godzinę. Po drugiej stronie granicy rozciąga się krajobraz najrozmaitszych budek i budeczek. Podstawowa zasada to nie wymieniać pieniędzy w pierwszym kantorze po przekroczeniu granicy, a także przygotowanie sumy pieniędzy, którą chcemy wymienić. Jest niedziela, więc nie mogąc liczyć na żaden bank, wymieniamy 50 Euro. Atmosfera jest nieco napięta – w pobliżu kręci się spora grupka rumuńskich dzieci proszących o jakąś „dotację” – nie są jednak zbyt nachalne.


Droga do Satu Mare prowadzi wzdłuż zaniedbanych domostw w pobliżu których koczują tubylcy. Wszystkie balkony spękanych betonowych budynków przyozdobione są mozaiką suszących się szmat. Nie wygląda to zbyt dobrze. Od razu rzuca się w oczy duża liczba rowerzystów – jadą całymi rodzinami: kobiety, dzieci, ludzie starsi – dosłownie wszyscy, dziesiątki osób na zdezelowanych jednośladach.
Jedziemy sobie równym tempem, a tu na ogonie siedzi nam jeden z takich lokalnych cyklistów, który nie przepuścił okazji pokonania kilkukilometrowego odcinka ze znacznie mniejszym oporem powietrza niż na codzień. Słychać tylko jego przyspieszony oddech, głośne sapanie i odgłos roweru, w którym każda śrubka i mechanizm w dowolnym momencie może się rozsypać. Po ok. 5 km nasz gość odłącza się i żegna nas spojrzeniem, które odczytuję jako pretensję: „co, szybciej jechać już się nie dało?!”. Po wjeździe do Satu Mare zaskakuje nas świetna znajomość angielskiego Rumunów. Jak pokażą późniejsze doświadczenia, w języku angielskim można porozumieć się w Rumunii nawet w najbardziej „zabitej dechami wiosce”.
Wiele osób zna niemiecki, a znając włoski czy francuski na pewno skutecznie uda nam się dogadać. Klasycystyczna architektura miasta naprawdę może się podobać, mimo iż sporo zabytkowych budynków w centralnej części miasta jest właśnie remontowanych. Oczywiście jak we wszystkich większych miastach Rumunii, straszą blokowiska zostawione w spadku po okresie panowania Ceausescu. Upał, jak to bywa w miastach, odczuwa się bardzo dotkliwie: rozgrzany beton, roztapiający się asfalt, hałas i spaliny. Jednak po opuszczeniu miasta droga okazuje się bardzo dobra, pobocze jest szerokie a nawierzchnia równa. Uwagę przykuwa duża liczba rozjechanych psów oraz innych trudnych do zidentyfikowania futrzaków i co najgorsze, straszny smród rozchodzący się na kilkadziesiąt metrów wokół rozkładających się zwłok. Na drogach królują Dacie przewożące niewiarygodne ładunki, lodówki, kanapy, pakunki niewiele ustępujące rozmiarami samemu pojazdowi, na słupach niezliczone ilości bocianich gniazd, wszędzie zaprzęgi konne. Zdecydowana większość napotkanych ludzi jest bardzo miła, żywo reagują na nasz widok, a słowo „Polonia” kojarzy im się bardzo pozytywnie. Co rusz słyszymy „Drum Bun” czyli „szerokiej drogi.

 

Szóstego dnia wstajemy bardzo wcześnie, żeby pokonać jak najwięcej kilometrów przed nastaniem największego upału. Na mapie widnieje droga, wprawdzie niższej kategorii, ale najwyraźniej utwardzona, odbijająca z głównej szosy prowadzącej do Baia Mare przez Pomi do Ardusat. Po przejechaniu małej wioski asfalt się kończy i toczymy się po wyboistej gruntowej drodze wśród pól kukurydzy. Kierowani przez rolnika pokonujemy kilka kilometrów i oto widzimy, że droga prowadzi wprost w nurt szerokiej na 50 metrów rzeki. Spękana ziemia, błoto i grząski teren. Mostu jednak nie widać. Straciliśmy już sporo czasu na błądzenie a słońce zaczyna doskwierać. I z powrotem kilka kilometrów, znajome pola, znajoma żwirownia, znajomy mostek, znajoma wioska, w której tak kontrolnie, mimochodem pytamy wychudniętego nastolatka, który właśnie zaparkował furmankę przy drodze, jak dojechać do Pomi. Chłopak zna trochę angielski i mówi, że powinniśmy zawrócić. Rozkładam bezradnie ręce i mówię, że już prawie 2 godziny nie jesteśmy w stanie znaleźć tej drogi. Młodzieniec pokazuje, żeby jechać za nim, po czym energicznie wskakuje na wóz. Po krótkim czasie nieoczekiwanie parkuje furę przy płocie żwirowni i podchodzi do zamkniętej bramy. Za płotem wściekle ujada dwoje przedstawicieli tzw. ras agresywnych. Strażnik uchyla bramę i chłopak pokazuje nam, że tędy prowadzi droga. Acha, no to ciekawe, dlaczego się wcześniej zgubiliśmy! Za żwirownią kolejna plątanina dróg, ale chłopak pewnie prowadzi nas dalej i pokazuje że przez most musimy już pojechać sami. „Jaki most?”, pytam. „No ten”, odpowiada. Wciąż niczego nie widzę. Przecież nie może mieć na myśli tej wąskiej, drucianej, rozpadającej się przerdzewiałej kładki na którą prowadzi wąska i stroma drabinka! Pokazuję mu na mapie przejazd przez rzekę asfaltową drogą. Rozkłada ręce i mówi, że innego mostu nie zna. Żegnamy naszego przewodnika, zdejmujemy sakwy z rowerów i targamy nasze stalowe rumaki na kładkę, która na szczęście jest dostatecznie szeroka, żeby przeprowadzić obładowane rowery z pięciocentymetrowym zapasem z każdej strony. Zejście na drugi brzeg jest mocno problematyczne, gdyż brakuje ok. 70 % schodków. Jednak szczęśliwie znosimy nasze tobołki, objuczamy rowery i przejechawszy 2 km po trawiastym wybrzeżu wjeżdżamy na asfalt.

Zjazd z przełęczy do doliny rzeki Somes to jeden z najwspanialszych widokowo odcinków na naszej trasie przez Rumunię. To główna droga, ale ruch jest znikomy, szosa wije się dnem doliny. Główne drogi w Rumunii są najczęściej dobrej jakości, z kolei na drogach podrzędnych powierzchnia dziur niejednokrotnie przekracza powierzchnię asfaltu. Na wjeździe do Galgau jesteśmy świadkami wojny ulicznej. Dwie młode Cyganki obrzucają się wyzwiskami, po czym przystępują do walki wręcz – szarpią się za włosy, drapią, kopią, histerycznie wrzeszczą. Szybko tworzą się dwa stronnictwa – jedenastu przeciw dziewięciu jeśli dobrze zliczyliśmy, w ruch idą kije, kamienie, wszystko co jest pod ręką. Jakoś nie mamy śmiałości wyciągnąć aparatu. Będąc blisko oka cyklonu nie czekamy na dalszy rozwój zdarzeń i szybko odjeżdżamy. W okolicy jeszcze przez kilka minut słychać agresywne okrzyki, widzimy przebiegające obok nas „posiłki” tak zaaferowane zdarzeniem, że nawet nas nie zauważają. Miejscowi obserwatorzy patrzą na to wszystko z politowaniem i wesoło komentują całe zajście – zapewne takie sceny to dla nich chleb powszedni.


Dzień 7. Dwudziesto-kilometrowy odcinek drogi prowadzący z Gherla przez miejscowość Geaca to prawdziwie sielskie scenerie. Szosa wije się pomiędzy malowniczymi wzgórzami i podłużnymi jeziorami, biegnie przez nadzwyczaj spokojne wioski, w których przeważają zabudowania kryte strzechą. Samochody jakby nagle zniknęły, po drodze mijamy jedynie wozy ciągnięte przez osły. Szosa jest pusta, przy domostwach także nie widać żywej duszy. Upały nas nie opuszczają, ale w sumie jest naprawdę znośnie. Robiąc sobie godzinę przerwy w okolicach 12-13 można śmiało jechać cały dzień. Wokół zupełna pustka a przed nami ostry podjazd. Nagle widzimy, że jakieś 200 m od nas ktoś wyłania się z pól i pędzi na rowerze w naszym kierunku. Rom w wieku ok. 19 lat z wysiłkiem dogania nas i jedzie obok mnie. Nie potrafi ukryć, że interesuje go mój bagaż, od którego wprost nie może oderwać wzroku. Droga jest całkowicie pusta, jest późne popołudnie. Jakieś 150 metrów za nami widać następnego tubylca, a za nim w odległości dalszych 100 metrów ściga nas kolejny. Cały czas patrzę na chłopaka jadącego obok mnie, jestem przekonany, że nie jest to radosna próba dotrzymania tempa zagranicznym kolarzom, ale że chcą nas oskubać. Zwiększamy tempo, jedziemy naprawdę szybko. Jego rower ma całkiem niezły osprzęt, przerzutki shimano – ciekawe co się stało z właścicielem... Ola zostaje nieznacznie z tyłu, a pościg w postaci dwóch kolejnych Cyganów nieustannie się zbliża. Jadący obok mnie w napięciu co rusz ogląda się na swych kompanów i ponagla ich nerwowym okrzykiem, podjeżdża do mnie na kilkanaście centymetrów i pyta co mam w przedniej sakwie. Mówię, żeby nie podjeżdżał tak blisko bo zepchnie mnie do rowu. Końca podjazdu nie widać, atmosfera staje się coraz bardziej nerwowa. Wjeżdżamy do zacienionego lasu, dystans między goniącą nas dwójką jest jeszcze spory ale systematycznie się zmniejsza, jadący obok mnie jest coraz bardziej niespokojny, co kilkanaście sekund odwraca się i desperacko ponagla swych kompanów. Zwiększamy tempo. Jest! 100 metrów przed nami podjazd się kończy, nie dogonią nas – chłopak krzyczy sfrustrowanym głosem na swych kumpli, już wie, że nie zdążyli. Ostry zjazd, w dole majaczy wioska, odwracam się i widzę jak chłopak wściekle gestykuluje i krzyczy z wyrzutem do swych towarzyszy. Poczucie ulgi.

Wjeżdżamy do Sarmasel-Gara, stajemy pod sklepem. Atmosfera jest nieprzyjemna, podchodzi dwóch pijanych, bezzębnych osobników, coś tam zaczepnie bełkocą, podnoszą głos. Planowaliśmy postój w tym miejscu, ale to już nieaktualne. Jak się dowiadujemy, w oddalonej o 30 km miejscowości Saulia powinien funkcjonować kemping. Jest już późno więc niezwłocznie ruszamy. Na jednym ze zjazdów wyprzedzam kolesia, lat około 45, sunącego w dół na skuterze. Jestem na jego wysokości, ale drań niebezpiecznie zbliża się w moim kierunku. Pewnie chciał wyminąć jakąś wyrwę. Zwalniam, ale za moment ponawiam próbę a ten idiota – już wiem że z premedytacją – zajeżdża mi drogę. Daję mocno po hamulcach, on też. Ani raz nie obrócił się w moim kierunku, widzę tylko głowę przekręconą w bok i śledzącą moje poczynania w lusterku. Dobra, przyspieszam, odrzucam paranoiczne rojenia i ostatni raz próbuję wyprzedzić chama. A on agresywnie w lewo, ja zwalniam, on się oddala w prawo. Potężny huk, uderzenie, koleżka pięknie wpakował się w zaparkowane przy drodze Daewoo Tico raniąc je dotkliwie (siebie zapewne jeszcze bardziej). Słyszę wściekłe bluzgi, kątem oka widzę rozbite lusterka. Jak mówi Ola, koleś przeżył, ale wehikuły podrapał znacznie. Nawet się nie odwracam, nieszczęście bliźniego sprawia mi nieskrywaną radość.

Jakość nawierzchni dramatycznie się pogarsza, jednak jak okaże się następnego dnia, to tylko preludium. Łapię dwie pokaźne dziury, gdyby nie amortyzator, obręcz niechybnie uległaby deformacji. Ciężko to racjonalnie wyjaśnić, ale od incydentu z goniącymi nas Cyganami, napotkani ludzie wydają się nam jacyś zaczepni, nieprzychylnie nastawieni. Albo niekorzystna aura, albo po prostu taka okolica. A może jedno i drugie.
Nie mamy wielkich oczekiwań co do kempingu, który rzekomo ma tu funkcjonować. Nie bardzo jest nawet gdzie rozbić namiot, wszędzie patrzący ponuro spode łba Cyganie siedzący w grupkach wzdłuż drogi. Jeszcze 2 kilometry po dziurawej drodze i wyłaniają się zabudowania zupełnie nie przystające do biednej i zaniedbanej okolicy. Okazały hotel i kemping z domkami, starannie przystrzyżone trawniki, boiska, restauracja, sklep, jezioro. To coś zupełnie jak oaza na pustyni albo kwiat, który nie wiadomo jak znalazł się na hałdzie węgla. Jak się okazuje, jedynymi gośćmi jesteśmy my i dwie Francuzki. Przyjazd do takiego miejsca, które przerasta znacznie nasze oczekiwania, potrafi przynieść naprawdę dużo radości.

O nienajlepszym stanie drogi ostrzegał nas syn właścicieli kempingu. Jednak nie powiedział, że będzie aż tak dramatycznie. Wydaje się, że na tej drodze w jakiś niewytłumaczalny sposób skumulowały się wszystkie najbardziej perfidne dziury świata. Jednak na kilkusetmetrowych odcinkach jedziemy szybciej niż samochody. Sfrustrowani kierowcy niejednokrotnie wybierają trawiaste pobocze, żeby tylko nie trafić jakiejś głębokiej na metr dziury. Na domiar złego wzdłuż drogi mijamy wiele cygańskich zabudowań. Wszędzie śmieci, zaczepne okrzyki, pogonie piesze i rowerowe rozdartych bachorów. Przed miasteczkiem Band droga ostro pnie się do góry. Na podjeździe widzimy, jak około 50-cio letni Rom wraz z kilkoma wyrostkami blokuje drogę i zatrzymuje samochody. Kierowcy płacą i jadą dalej! Nas jednak nie zatrzymują. Do dzisiaj nie wiemy, czy pobierał jakiś haracz, czy czymś handlował. Jakoś nie przyszło nam do głowy, żeby go wówczas o to zapytać.


Droga do Sighisoary to droga niebywałej urody – szeroka, z dobrą nawierzchnią i poboczem, pnie się łagodnymi serpentynami w przepięknej scenerii. Do Sighisoary wjeżdżamy wraz z ostatnimi promieniami słońca. Kolejnego dnia poświęcamy trzy przedpołudniowe godziny na zwiedzanie tego absolutnie wspaniałego miasta.

Kolejny etap naszej podróży to przejazd przez przepiękne góry Bucegi. Odwiedzamy górskie kurorty Predeal, Azuga, Sinaia i tak żegnamy się z górzystą Rumunią. Tereny nizinne rozciągające się na pd-wsch od Ploiesti nie robią na nas specjalnego wrażenia. Granicę rumuńsko-bułgarską przekraczamy promem na Dunaju (Calarasi – Silistra), nikt nie pobiera od nas żadnej opłaty.

Bułgaria


Po wjeździe do Bułgarii uderza bujna zieleń, bezdroża, krajobraz słoneczników rozciągających się aż po horyzont, osły pasące się na pustkowiach i w większych miastach. Bułgaria to dla Polaków prawdziwa egzotyka, niesamowite górskie scenerie, bajkowe monastyry, żółwie, jaszczurki, węże i skorpiony. To także kraj tani, gdzie wyśmienity posiłek w restauracji nie oznacza dużego wydatku. Ciężko oswoić się, że gdy ktoś nam potakuje głową, w rzeczywistości przeczy, a mówiąc „na prawo”, chce nam powiedzieć, że mamy jechać prosto. Nie ma jednak obaw – bez problemu dogadamy się mieszanką polskiego z rosyjskim (angielski jest raczej bezużyteczny). Bułgarzy to ludzie mili, jednak mniej spontaniczni niż Rumuni.


Odwiedziliśmy najbardziej znane nadmorskie kurorty (Bałczik. Albena, Złote Piaski, Warna, Słoneczny Brzeg, Nessebar, Sozopol), jednak nie czuliśmy się komfortowo wśród tłumów turystów. Niestety, piękne wybrzeże Morza Czarnego szpecą śmieci i rosnące jak grzyby po deszczu apartmentowce. Cernomorec – w 1987 roku przyjechaliśmy tu z bratem i rodzicami samochodem i mieszkaliśmy w namiotach. Było dziko i fantastycznie. Skały, nurkowanie, węże morskie, pieczone na blasze małże i co tam jeszcze. Dzisiaj Cernomorec wygląda inaczej. Nowa betonowa zabudowa bez jakiejkolwiek koncepcji estetycznej, ogłoszenia deweloperów, zaśmiecona plaża. Jedyne co pozostało to morze, niezmiennie piękne. Dlatego zdecydowanie najbardziej przypadły nam do gustu rejony oddalone od zatłoczonych, skomercjalizowanych nadmorskich ośrodków. Przykładowo, kilkudziesięciokilometrowa podrzędna droga w kierunku zachodnim wzdłuż granicy z Turcją (via Bosna, Varovnik) to jeden z najbardziej urokliwych i dzikich rejonów w jakich kiedykolwiek pedałowaliśmy.


Niektóre miasta w Bułgarii wyglądają jakby właśnie zakończyły się działania wojenne. Na przykład Topolovgrad – wrażenie upiorne. Przy wjeździe wiele opuszczonych domów, porozbijane okna, jakiś wielki, opustoszały zakłady przemysłowy, wzdłuż niebywale dziurawej drogi zarośnięty pas zieleni pełen wypasających się osłów i koni. Wszystko szare i zniszczone, na poboczu wypalony wrak samochodu. Samo centrum wygląda nieco lepiej, jest nawet całkiem ładnie utrzymana ulica spacerowa i nieźle zaopatrzone sklepy. Za Topolovgradem seria naprawdę wielkich wzniesień, podjazdy są długie i strome. Na przełęczy pytam człowieka sprzedającego miód (bardzo typowy widok przy bułgarskich drogach) o ukształtowanie drogi do Harmanli. Mówi, że do góry już nie będzie, tylko z górki albo po równym. Jak to często bywa, osoba zapytana wykazuje wielkie zainteresowanie celem naszej podróży, a następnie opowiada mniej lub bardziej ciekawe historie o swoich losach bądź aktualnej sytuacji politycznej w Bułgarii. Po niezbyt długim zjeździe kolejna seria podjazdów. Zaczynamy się już zastanawiać, czy Bułgarzy mówiąc „w dół” nie mają przypadkiem na myśli „do góry”.

Większość zaznaczonych na naszej mapie kempingów nie istnieje. Podobnie jak widoczna na tejże mapie droga asfaltowa w rejonie Haskova, zamiast której w rzeczywistości natrafiamy na ogromne – zapewne proradzieckie – opuszczone tereny wojskowe.
I tak oto zamiast po szosie jedziemy po popękanym pasie startowym, pośród opuszczonych bunkrów, zasiek, zniszczonych osiedli, nie spotykając żadnego człowieka na powierzchni dziesiątek hektarów. Zastanawiamy się, czy aby nas już przypadkiem porządnie nie napromieniowało. Jest późne popołudnie. Zmęczeni kilkugodzinnym błądzeniem docieramy do hotelu „Bułgaria”- kolosa o socrealistycznej bryle zlokalizowanego w miasteczku Pavromaj. Cena za pokój jest niska (ok. 18 zł), oprócz recepcjonistek nie widać jednak nikogo. Jak zdążyliśmy się zorientować, podczas naszej krótkiej nieobecności przez okno wleciały nieprzeliczone rzesze czarnych chrabąszczy i z tej oto prozaicznej przyczyny rozbijamy namiot na środku hotelowego pokoju. W nocy słyszymy, jak co pewien czas owady spadają na sklepienie namiotu.


Przepiękna trasa rozpoczyna się w Asenovgradzie i prowadzi przez niezwykle malownicze Rodopy. Odwiedzamy bajkowy Monastyr Baczkowski, górskie kurorty i uzdrowiska. A wszystko we wspanialej scenerii potężnych kanionów i bujnej roślinności. Zdobywamy kilka wymagających przełęczy i docieramy do najwyżej położonej miejscowości na naszej trasie – Pamporova 1650 m n.p.m. Zjeżdżając z gór upał jest nie do wytrzymania. Odwiedzamy urokliwy Melnik – najmniejsze miasto Bułgarii zatopione pośród niezwykłych piaskowcowych skał. I tak oto powoli żegnamy Bułgarię, kraj przepiękny, do którego już chciałoby się powrócić.

Macedonia


To kraj znacznie bardziej dziki, panują tu nieodgadnione dla nas, pogmatwane relacje w społecznościach lokalnych, każdy zna każdego i współtworzy przedziwną sieć zależności. Aby coś załatwić należy spodziewać się wędrówki przez quasi-mafijne półświatki i kilkunastu nieraz pośredników. To kraj przepiękny z bajecznymi górami, bardzo dobrymi drogami i niewielkim ruchem samochodowym. Macedończycy to ludzie niezwykle żywo reagujący, w sklepach nie ma cen produktów, a w kantorach nie sposób dostrzec kursów walut. Z powodów technicznych (pęknięta tylna obręcz mojego roweru) oraz pozatechnicznych (obowiązki w kraju wzywają), decydujemy aby Albanię i Czarnogórę zostawić sobie na kiedy indziej. Na rowerach docieramy do Skopje, gdzie na skrzyżowaniach w pobliżu centrum albańskie dzieci opadają kierowców (i rowerzystów). Jedynie nowa część centrum miasta jest naprawdę bezpieczna dla turysty rowerowego, po drugiej stronie rzeki Wardar (Vardar) królują „terroryści” jak to określił pilnujący porządku w Nowym Mieście policjant. Kategorycznie odradził nam wizyty w starej części miasta „jeśli wam życie miłe”. Ze Skopje z wieloma przesiadkami, zwiedziwszy Belgrad i Budapeszt, przez Słowację docieramy do Zakopanego.

You are here: Home Relacja