Jak dla większości rowerzystów Skandynawia stała się celem naszej podróży w sposób bardzo naturalny. Bezkresne obszary dziewiczej przyrody, praktycznie brak jakichkolwiek niebezpieczeństw zarówno zdrowotnych jak i tych ze strony bliźnich, czyli tych „atrakcji” miało brakować w porównaniu z ubiegłoroczną podróżą przez Bałkany. Skandynawia miała także być dla nas odmianą od nieustannie prażącego słońca towarzyszącego nam podczas podróży w 2006 roku. Co mogło odstraszać, to perspektywa wysokich cen, jeszcze wyższych podjazdów i niegościnnego klimatu. Jednak 29 czerwca wyruszamy. W Świnoujściu jesteśmy późnym popołudniem. Odbieramy karty pokładowe na promowisku i ruszamy na podbój centrum. Krótka przeprawa promowa, szybkie zakupy, wymiana pieniędzy. Napotkani w Świnoujściu ludzie okazują się niezwykle życzliwi, ciekawi naszego ekwipunku i celu naszej podróży. „Dziadku, co to?” pyta wnuczek wytykając przyczepkę, „Łódkę wiozą”, odpowiada bez wahania dziadek. Jedna z pań stwierdza, że taka przyczepa przydałaby się jej do przewożenia zakupów. Na promie wszyscy pasażerowie – nasi rodacy – odstresowują się nieustannie żłopiąc piwsko za piwskiem. Następnego dnia o świcie nasz prom relacji Świnoujście – Ystad przybija do szwedzkiej ziemi.

Przez Szwecję

Na dzień dobry Skandynawia daje próbkę swoich hydro-możliwości: potężny opad deszczu, jakby na pokład promu wylewano cysterny z wodą. Jednak po niezbyt długim czasie chmury rozchodzą się i już tylko lekko siąpi. Pogoda jest zmienna: słońce, krótka burza, deszcz słaby i deszcz bardo obfity. Hit dnia: wjeżdżamy w deszczu do miasteczka Harlosa i zatrzymujemy się pod zadaszeniem z pasiastego materiału nad przydrożnym sklepikiem-bufetem. Dobre schronienie, mogłoby się zdawać. Nie mijają jednak dwie minuty i oto widzimy, jak daszek zintegrowany z terkoczącym elektrycznym mechanizmem składa się i deszcz leje prosto na nas. Koleś za ladą musi mieć wielką satysfakcję – ukarał nas za nic-nie-kupienie w jego budzie. Biedny typ. Przenosimy się pod zadaszenie pobliskiej stacji benzynowej. Daszek oczywiście wraca do pozycji wyjściowej. Ehh. Jak się na szczęście okaże, będzie to jedyny nieprzyjemny incydent podczas całej naszej wyprawy. Oby tylko takie „nieprzyjemności” spotykały nas podczas tegorocznej podróży! Na wstępie pierwsza ważna uwaga: to, że jest się na północy nie oznacza, że słońce jest niegroźne. Przekonaliśmy się o tym już pierwszego dnia – po przejściu nawałnicy wyjrzało piękne słońce i porządnie nas spiekło – oczywiście nieco zbagatelizowaliśmy sprawę i krem z filtrem zastosowaliśmy za późno. Mądry Polak...

Kilkaset kilometrów na północ od Ystad rozciągają się naprawdę sielskie krajobrazy: piękne lasy, łąki i jeziora. Teren idealnie nadający się do jazdy na rowerze, łagodnie pofałdowany z dużą liczbą zakrętów za którymi nigdy nie wiadomo co się zdarzy.

Czwartego dnia mamy dosyć poważne problemy, żeby opuścić miejscowość Markaryd. Jakaś paranoiczna aura się wytworzyła: pytani ludzie, jak się ma wkrótce okazać, zawracają bądź też próbują nas zawrócić z dobrej drogi i skierować na manowce. Straciliśmy tak już ponad godzinę. W końcu wydaje się, iż jesteśmy na jedynej możliwej drodze do Hinneryd, ale tak już pro forma, zupełnie dla świętego spokoju chcielibyśmy się upewnić pytając jakiegoś tubylca. Jak to jednak najczęściej w Skandynawii bywa, w zasięgu wzroku nie ma nikogo. Jak na zawołanie z leśnego duktu wytacza się stare Volvo a za kierownicą jeszcze starsza kobiecina o aparycji serialowej dobrej babci. Podjeżdżamy bliżej i pytamy tonem wykluczającym inną odpowiedź niźli twierdzącą, czy dojedziemy tą drogą do Hinneryd. Kobieta nie zna angielskiego, niemieckiego, rosyjskiego ani żadnego innego obcego języka. My nie znamy szwedzkiego, ale nie mamy wątpliwości, że się zrozumieliśmy. Wyrok zapadł: z wielką determinacją, podpierając się niezbitymi dowodami w postaci mapy swojej i mapy naszej, kobieta oświadcza, że do Hinneryd tędy na pewno nie dojedziemy. Co więcej, tą drogą jechać nie możemy. Kobieta gestykulując z przekonaniem stanowczo nam zabrania, nie mamy tu cienia wątpliwości co do wymowy jej słów i gestów. To całkiem dziwne, bo oto gdy pokazuję, że mimo wszystko spróbujemy tędy pojechać, w jej oczach widzę ... strach. Na mojej mapie, znacznie bardziej szczegółowej, widać, że jesteśmy na właściwej drodze. Zniecierpliwiony postanawiam w sposób radykalny przerwać jałową konwersację. „OK, thanks” i jedziemy jak wynika z mapy i zdrowego rozsądku. Po kilku kilometrach dostrzegamy inną staruszkę. Nie wygląda tak miło jak poprzednia, oblicze ma bardziej stanowcze i zdystansowane. Świetną angielszczyzną na szczęście potwierdza, że jedziemy w dobrym kierunku. Dodam tylko, że odcinek tej drogi był nieprzeciętnej urody. Dwie staruszki, jedyne osoby spotkane na długim odcinku drogi. Ta budząca swym wyglądem zaufanie wprowadza nas w błąd; druga o surowym obliczu, na pierwszy rzut oka nie wzbudzająca sympatii, kieruje nas prawidłowo. Gdybym wierzył w te wszystkie nadprzyrodzone brednie, ten ciąg zdarzeń nabrałby innej wymowy. Będąc jednak racjonalistą, sprowadzę to do banalnego stwierdzenia: jeśli masz mapę przed nosem i mapa ta pokazuje, że droga z punktu X do punktu Y istnieje, to jak nauczyło mnie także wcześniejsze doświadczenie (np. wjazd do Wilna A.D. 2004), nawet gdy tubylec wyglądający równie wiarygodnie jak Matka Teresa zapewnia, że drogi nie ma, to droga zapewne jest.

Zachodnie wybrzeże Szwecji to szkiery, skaliste zatoki, piękne wyspy. Szwecja to także kraina wspaniałych koni, które dostrzec można praktycznie wszędzie. Na drogach innych niż główne ruch jest znikomy. Nawierzchnia jest najczęściej świetnie utrzymana. Jednak najwięcej wrażeń dostarczają drogi bezasfaltowe. Zjeżdżając „off road” należy przygotować się na liczne nieoznakowane rozgałęzienia dróg. Kompas i dokładna mapa to podstawa. Szwecja to także kraj niebywale czysty, wszędzie idealny ład i porządek. W supermarketach można zaopatrzyć się w większość artykułów po cenach zbliżonych do naszych (czyli jednak tanio nie jest).

Szwedzi kochają stare samochody: na drogach nadspodziewanie często mijają nas wspaniałe krążowniki szos. To zjawisko niespotykane w tej skali nigdzie na świecie – w Szwecji amerykańskie samochody z lat 50-tych to sprawa kultowa, nawet w USA nie zobaczymy ich w takiej ilości (!). Dość powiedzieć, że rocznie Szwedzi sprowadzają około 5000 takich właśnie zabytkowych oldtimerów, które są mocno związane z subkulturą „raggare” wywodzącą się właśnie z lat 50-tych XX wieku. Kluczowe elementy raggare to filmy z Jamesem Deanem, kowbojki, niebieskie jeansy, amerykańskie symbole i obowiązkowa kontestacja społecznej rzeczywistości. Ten ciekawy socjologiczny fenomen daje nam namiastkę tego, jak to było w czasach świetności Jamesa Deana, Elvisa Presleya i Rock’n’Rolla.

Norwegia

Dziesiątego dnia przekraczamy norweską granicę o czym informuje przede wszystkim zmiana koloru pasów na jezdni (z białego na żółty). Po południu pogoda gwałtownie pogarsza się i zmuszeni jesteśmy jechać, a następnie rozkładać obozowisko w ulewnym deszczu. Ciężko sobie wyobrazić jazdę z sakwami innymi niż całkowicie wodoodporne.

W Norwegii wszystko jest znacznie droższe, z wyjątkiem pieczywa. Zarówno w Szwecji jak i w Norwegii praktycznie nie widać ludzi na ulicach ani w pobliżu domów. Nawet w większych miejscowościach niejednokrotnie nie mogliśmy zaobserwować choćby jednego przedstawiciela Homo sapiens. Norwegia to także bardzo ciekawa architektura, szczególnego klimatu nadają drewniane kościoły pamiętające czasy średniowiecza, czerwone domy i dachy porośnięte trawą. Wydaje się, że 50% wszystkich – niezbyt licznych – pojazdów na drogach Norwegii to campery i samochody z przyczepami campingowymi. To kraj niesamowitych cudów przyrody i kontrastów. Fiordy, potężne rzeki, wodospady, lasy, jeziora – nie sposób wszystkiego wymienić. Jednego dnia można opalać się na wybrzeżu i odwiedzić niegościnną krainę śniegu i lodu wznoszącą się 1400 m nad fiordem. Co rusz napotykamy tunele, które czasami trzeba (taki już los rowerzysty) objeżdżać morderczymi podjazdami niejednokrotnie przekraczającymi 1000 m różnicy wzniesień.

Niezapomniane drogi

Drogi prowadzące od morza przez góry to najczęściej bardzo strome i mocno powywijane serpentyny. Kilka słów o tych szczególnie godnych polecenia.

Droga nr 50 łącząca Hol i Aurland, wspina się długo i łagodnie zanim osiągamy wspaniały, surowy płaskowyż. Droga prowadzi wzdłuż rozległych jezior, skał i płatów śniegu. Po osiągnięciu kulminacyjnego punktu czeka nas kilkudziesięcio-kilometrowy zjazd okraszony dużą ilością ostrych zakrętów i tuneli. Na przełęczy jesteśmy w niedzielę po godz. 20, więc droga jest niemal całkowicie pusta. Pokonanie tej trasy z kierunku przeciwnego, tj. od Aurland, jest z pewnością znacznie trudniejsze. W dolinę wjeżdżamy po 22. Poranek przynosi bezchmurną pogodę. Poprzedni dzień nieco nas zmęczył, więc postanawiamy wypocząć nad niezwykle malowniczym fiordem, tym bardziej, że następnego dnia czeka nas „Snow Road” (Snøvegen lub Aurlandsvegen)– droga łącząca Aurland i Laerdal. Niestety, kolejny dzień nie jest już tak łaskawy: od rana nieprzerwanie leje. Jednak około południa przejaśnia się i wyruszamy. Początek podjazdu zaczynającego się w centrum Aurland jest bardzo stromy a droga wąska. Fiord spowity jest mgłami, które co jakiś czas rozstępują się ukazując zapierające dech scenerie. Po około 13 kilometrach mozolnego podjazdu na wprost przed nami zebrały się tak ciemne chmury, że nie było innego wyjścia jak odłożyć „atak na szczyt” na dzień następny. W strugach ulewnego deszczu (największy opad jaki dane nam było kiedykolwiek przeżyć) i w porywach huraganowego wiatru „przykleiliśmy” się z namiotem do czerwonej bacówki i jakoś przetrwaliśmy noc. Od świtu pada niezbyt groźnie, więc szybko pakujemy się i kontynuujemy wspinaczkę na niegościnną, spowitą chmurami Snow Road. Gęsta mgła, coraz liczniejsze połacie śniegu i lodu oraz nieobecność jakichkolwiek samochodów, dostarczają niemal mistycznych wrażeń. Kilkumetrowe ściany śniegu na poboczu, kry lodowe na przydrożnych jeziorkach i niska temperatura sprawiają, że czujemy się jak w Arktyce. Zjazd z przełęczy to spore przeżycie. Najbardziej niebezpieczne okazały się jednak nie zakręty, lecz zlewające się z otoczeniem owce wylegujące się na środku drogi, które sam nie wiem jak ominąłem jadąc ponad 70 km/h. Gdybym tak wpadł w to stadko, w dodatku z przyczepą, nie byłoby wesoło. Jednak tym razem się udało i z dużą prędkością wjeżdżamy w dolinę z każdym kilometrem coraz bardziej zieloną. I tak oto dojeżdżamy do centrum łososia – Laerdal.

Rallarvegen – alternatywna, bezasfaltowa górska trasa prowadząca do Aurland (najpierw dojeżdżamy do Geilo i Haugastol). To droga-legenda wśród rowerowych podróżników. Ten szlak z pewnością kiedyś przejedziemy, jak również kilka innych dróg (m.in. słynną Trollstiegen – „Drabinę Troli”), których nie udało nam się pokonać tym razem.

Droga nr 13 z Dragsvik do Førde (ok. 80 km). Droga przepiękna i urozmaicona, w początkowej fazie prowadzi wzdłuż jednego z najpiękniejszych (naszym skromnym zdaniem) fiordów (Vetlefjorden). Następnie mamy jeden potężny podjazd (ok. 10 km) z serpentynami a’la „Drabina Troli”. Dalej droga przez wiele kilometrów prowadzi poprzez wspaniały płaskowyż pełen jezior i lasów. To droga mniej rozreklamowana, ale naprawdę warta wysiłku.

Gamle Strynefjellsvegen (Old Strynefjell Road) – droga nr 258 łącząca Hjelle i Grotli. To kolejna górska droga, którą należy zaliczyć do programu obowiązkowego w tej części Norwegii. Obecnie wykorzystywana jest głównie przez turystów jako malownicza alternatywa dla ukończonej w 1978 roku drogi na skróty wiodącej przez 3 tunele. Planując trasę trzeba jednak odnotować, że przejazd drogą „pod” jest zabroniony dla rowerzystów. Jedyny wariant zatem to przepiękna 27-mio kilometrowa droga wijąca się wśród skał i lodu, wspinająca się na przełęcz. To prawdziwy majstersztyk sztuki inżynierskiej. Zanim jednak dojedziemy do rozjazdu dróg (tunel / przełęcz) musimy pokonać całkiem pokaźny podjazd serpentynami. Na rozjeździe robimy małą przerwę przed „atakiem” na szczyt.. Niespodziewanie zatrzymuje się koło nas holenderski camper i sympatyczna załoga patrząc ze współczuciem informuje nas, że droga jest nieprzejezdna i zamknięta do odwołania. Myślimy sobie, że na rowerze powinniśmy przejechać bez problemu – przecież nie może być zablokowana na całej szerokości. Aby potwierdzić nasza optymistyczną wersję pytamy w hotelu położonym kilkaset metrów dalej. Kilka osób z obsługi mówi nam pokazując szlaban, że nie ma możliwości przejazdu rowerem. W nocy zeszła potężna lawina śnieżna i droga na sporym odcinku jest uszkodzona, napotkamy tylko kilkumetrowej wysokości ścianę śniegu i będziemy musieli zawrócić albo czekać nie wiadomo jak długo na udrożnienie przejazdu. Jako że nie mamy specjalnego wyboru, przeciskamy się koło szlabanu i ruszamy w kierunku przełęczy. W najgorszym razie stracimy kilkanaście godzin w oczekiwaniu na odblokowanie drogi. Zaczyna solidnie padać i gwałtownie ochładza się. Zejście lawiny pociągnęło za sobą jeden wielki pozytyw: na kilkunastokilometrowym podjeździe nie mija nas żaden samochód co potęguje niesamowite wrażenia. To nasz szczęśliwy dzień: w oddali widzimy ekipę usuwającą wielkie zwały śniegu. Po pokonaniu zatoru śnieżnego dojeżdżamy do narciarskiej mekki – Summer Ski Center. Wyciągi wywożące turystów na lodowiec są czynne, ale ruch niewielki (z wiadomej przyczyny). Droga łagodnie wiedzie przez płaskowyż, asfalt nagle się kończy i wjeżdżamy na utwardzoną drogę, która czasie deszczu zamienia się w błoto. Po kilkunastu kilometrach zjazdu nieźle usmarowani wjeżdżamy na drogę nr 15 prowadzącą w kierunku Lom. Alternatywny dojazd do Lom (z Sogndal) możliwy jest słynną drogą nr 55 – najwyżej położoną w północnej części Europy (najwyższy punkt 1434 m).

Powrót

Z każdym kilometrem oddalania się od morza magia gór i fiordów ulatuje, ten odcinek i następnie okolice Lillehammer nie przypadły nam specjalnie do gustu (ale nie tylko z powodu tego, że tylko w tych okolicach dokuczały nam komary). Jesteśmy z powrotem w Szwecji – znowu przemierzamy wspaniałe leśne tereny i mijamy niezliczone jeziora. Wszechobecność w krajach skandynawskich największego bogactwa naturalnego – słodkiej wody – przywodzi refleksję, iż w mniej lub bardziej odległej przyszłości woda musi stać się obiektem pożądania koalicji krajów południowych zmagających się z morderczymi suszami. Przy obecnych tendencjach rozwoju cywilizacji i zmian klimatycznych wojna o wodę niestety wydaje się nieunikniona.

Spotkanie z wysoką kulturą osobistą Skandynawów z pewnością może odmienić i zainspirować. W Skandynawii obowiązuje abstrakcyjna dla większości kierowców w naszym kraju kultura jazdy. Jazda na rowerze po Skandynawii przynosi wielkie wyciszenie i wewnętrzny spokój. Po ponad miesięcznej podróży czuliśmy się fantastycznie zarówno fizycznie jak i psychicznie. Dlatego z pewnymi problemami przechodziliśmy proces adaptacji do polskiej rzeczywistości, pełnej zgiełku, politycznych waśni i nerwowości. Do Skandynawii wracamy w tym roku: nasz cel to rejon na północ od Trondheim: Lofoty, Nordkapp i powrót przez Finlandię oraz Kraje Nadbałtyckie.

You are here: Home 2007 Szwecja i Norwegia