W krainie północnego słońca

W tej części relacji przedstawiamy Czytelnikom I etap naszej podróży: z Trondheim do Bodø wiodący w znacznej części wzdłuż słynnej drogi nr 17 (Rv.17, Kystriksveien), uchodzącej za jedną z najpiękniejszych (jeśli nie najpiękniejszą) dróg na świecie.

Dzień 1, 26.06.2008, czwartek (DST.:26,82), Trasa: Trondheim Lotnisko – przedmieścia Trondheim (8 km od centrum).

Na lotnisku w Balicach jesteśmy po 7 rano. Regulujemy zryczałtowaną opłatę za rowery (120 zł/szt.), nadajemy bagaże i spokojnie czekamy na nasz lot. Z Krakowa lecimy razem, a z Oslo już niestety innymi samolotami – podobno na pokład mogą zabrać tylko 1 rower! Dziwne. Na szczęście Ola leci do Trondheim zaledwie 50 minut po mnie, więc nie ma tragedii. Żeby jednak było weselej i nie tak cukierkowo, samolot z Krakowa ma godzinę opóźnienia i trzeba będzie się nagimnastykować, żeby zdążyć na lot Oslo-Trondheim. Na dodatek w Oslo panuje jedna wielka paranoja. Trzeba odebrać bagaże i zaliczyć odprawę celną, mimo iż nasz docelowy port to Trondheim. Nie byłoby z tym większego problemu, gdyby nie fakt, że ponad dwudziestokilogramowe sakwy i równie ciężkie kartony z rowerami odbieramy na najniższym poziomie lotniska, a do następnej odprawy trzeba przejść przez cały terminal i wyjechać piętro wyżej. Suniemy więc z tymi naszymi tobołkami przez lotnisko (wózków bagażowych nie uświadczysz). Rzecz jasna żaden celnik z kulawą nogą nawet nie spojrzał w naszym kierunku. Za 25 minut mam lot, czyli atrakcji co nie miara. Cudem zdążam w ostatniej chwili. Trondheim już niedaleko, samolotem nieźle trzęsie, na szczęście jest na co popatrzeć: widok z wysokości na ośnieżone szczyty i surowy, bezkresny krajobraz pozostaje w pamięci na długo. Szczęśliwe lądowanie, odbieram bagaże i zajmuje się składaniem roweru. Po dłuższej chwili tak z głupia frant patrzę, a tu na taśmie bagażowej leży komplet sakw Oli, które miały przylecieć z nią za kilkadziesiąt minut. Widać wrzucili wszystkie hurtem, skonkludowawszy zapewne, że skoro czerwone, to z pewnością wszystkie powinny lecieć razem. Wracając do obowiązkowego odbioru bagażu w Oslo – po kiego diabła to było? Żebym czegoś przypadkiem nie wwiózł? Przecież pomiędzy Norwegią i innymi krajami Unii nie ma kontroli granicznej, więc jakbym chciał przeszmuglować karton Pall Malli, niechybnie skorzystałbym z kanału przerzutowego lądem. Lotnisko w Trondheim jest niewielkie. Cisza i spokój, kameralna atmosfera. Ola przylatuje punktualnie, składamy drugi rower, wymieniamy trochę waluty i ruszamy. A więc rozpoczynamy naszą kolejną przygodę niedaleko od rejonu, do którego udało nam się dotrzeć w ubiegłym roku (opis trasy w „Rowertour” nr 6/2008), niejako kontynuujemy wyprawę, którą rozpoczęliśmy w roku 2007. Jest około 18, powietrze bardzo rześkie, na niebie nie ma ani jednej chmurki. Temperatura trochę podziałała na naszą wyobraźnię: skoro tutaj jest tak zimno, co będzie dalej, na północy? Na kilkudziesięciokilometrowym odcinku od lotniska do centrum Trondheim jest świetnie utrzymana ścieżka rowerowa. Przedmieścia miasta już niedaleko, prawie 30 km za nami, na obozowisko wybieramy zaciszne miejsce z widokiem na malowniczą zatokę. Tak oto kończymy pierwszy, ponad dwudziestogodzinny dzień naszej podróży.

Dzień 2, 27. 06. 2008, piątek (DST: 70,80 km), Trasa: przedmieścia Trondheim (8 km od centrum) – Trondheim (centrum) – Flakk /prom/ Rørvik – dr nr 715 – nocleg ok 3 km na drodze nr 720.

Ok. 4 rano zbierają się ciemne chmury i wydaje się, że będzie lało. Jednak zamiast deszczu mamy kolejny dzień przepięknej pogody. Mamy małe problemy z wjazdem do Trondheim – kluczymy trochę po małych podmiejskich uliczkach, ale wszędzie są ścieżki rowerowe, więc jedzie się bardzo przyjemnie. Trondheim to bardzo spokojne i przyjemne miasto. Głównie zainteresowani jesteśmy Katedrą Nidaros, która naprawdę robi wielkie wrażenie. Wymieniamy pieniądze w kantorze na dworcu kolejowym (w banku jest jakaś niedorzeczna prowizja), robimy zakupy w REMA 1000 i ruszamy do promu w miejscowości Flakk. Droga jest niezwykle malownicza, jednak wąska, a ruch niemały. Prom okazuje się darmowy, a przynajmniej nikt nie żąda od nas żadnej opłaty. Po drugiej stronie zatoki raczymy się kawą i z zapałem zabieramy się za sporych rozmiarów podjazd, jak się ma okazać, jeden z większych na całej tegorocznej trasie. Okolica jest przepiękna, a zjazd z przełęczy dostarcza wiele wrażeń. Kontynuujemy jazdę wzdłuż drogi nr 715. Już wieczór, droga jest prawie całkowicie pusta, na biwak wybieramy miejsce na przydrożnej łące. Pierwszy raz – i w dodatku jak dotkliwie! – daje znać o sobie największa plaga północy: meszki. Krótki prysznic wystarcza, żebym na ciele odnotował znaczną ilość czerwonych plamek i ran. Oli nic nie tknęło, jednak później ta tendencja o dziwo ma się odwrócić. Wybijamy cale legiony meszek skumulowane w najmocniej oświetlonym narożniku namiotu (ich światłolubność to bardzo miła cecha – znacznie ułatwia wybicie tej zarazy). Noc mija bardzo spokojnie.

Dzień 3, 28.06.2008, sobota (DST.: 76,61 km), Trasa: 3 km na drodze nr 720 – Follafoss – Malm – 4 km za Malm (Nocleg)

Od rana jedziemy niezwykle malowniczą i niemal całkowicie pustą drogą, która wije się wzdłuż fiordu. Poranek jest pochmurny. Przez bardzo długi czas nie mijamy żadnego sklepu aż do miejscowości Follafoss. Koło supermarketu spotykamy Polaków, którzy pracują w miejscowym zakładzie. Niektórzy w Norwegii są już ponad rok. Gdy pytam, czy udało im się coś ciekawego zobaczyć, dowiaduje się, że nasi rodacy oddalili się od Follafoss maksymalnie na 15 kilometrów. Robimy spore zakupy i rozstajemy się z krajanami, którzy odnoszą się do nas z pewną dozą podejrzliwości, nie bardzo rozumiejąc, po co ktoś przyjeżdża do Norwegii na rowerze. Przed nami zbierają się groźnie wyglądające deszczowo-burzowe chmury. Na nocleg wybieramy urokliwe miejsce nad jeziorem 4 kilometry za Malm. Meszki pojawiają się po 20, więc przynajmniej w spokoju mogliśmy rozstawić namiot i wykąpać się, a chmary tych krwiożerczych bestii oglądamy na szczęście zza moskitiery. Aby uniknąć meszek najlepiej rozbić obozowisko niezbyt późno, jeśli możliwe w promieniach słońca. Jak mogliśmy zaobserwować, w cieniu meszek jest znacznie więcej. Niestety także wczesnym rankiem musimy być przygotowani na roje tych insektów.

Dzień 4, 29.06.2008, niedziela (DST.: 104,65 km), Trasa: 4 km za Malm (Nocleg) – wjazd na dr nr 17 – Sjøåsen – Namsos – Overhalla – nocleg nad jeziorem ok. 35 km za Namsos

Pobudka ok. 7:30, wyjazd 8:40. Po 8 kilometrach wjeżdżamy na drogę nr 17. Na przestrzeni pierwszych kilkudziesięciu kilometrów scenerie zmieniają się niebywale często. Mijamy więc połacie lasów iglastych oraz liściastych, fiordy, góry i pagóry jak w naszych Pieninach. Różnorodność iście zadziwiająca. I tak przez cały dzień: krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie, od Alaski, przez Podhale, aż po Warmię i Mazury. Późnym popołudniem zaczyna padać. Ubrani w peleryny jedziemy w deszczu, droga jest praktycznie pusta. Deszcz po około 20 minutach ustaje i rozpogadza się. Powoli rozglądamy się za jakimś miejscem na nocleg. Znajdujemy miejsce jak z obrazka: jezioro, ławeczki, kamienista plaża. Jednak pełnię szczęścia po raz kolejny rujnują krwiożercze meszki, których miliony kłębią się wokół nas. Jesteśmy ubrani w szczelne ubrania (czapki, rękawice, itd.), na twarzach moskitiery, które i tak w znikomym tylko stopniu chronią przed tymi małymi krwiopijcami (średnica oczka moskitiery jest większa od średnicy meszki). Jak tu cholera rozebrać się i wejść do jeziora? Trzy sekundy konieczne do zrzucenia ubrania i bieg do jeziora. Jednak nawet kilka metrów od brzegu insekty dopadają nas. Nieźle pogryzieni wbijamy się do namiotu i w jego wnętrzu dokonujemy rzezi na tych (nie)szczęśliwcach, którym udało się prześliznąć do naszego igloo.

Dzień 5, 30.06.2008, poniedziałek (DST.: 108,08), Trasa: biwak nad jeziorem ok. 35 km za Namsos – Kongsmoen – Foldereid – Holm – /prom/ – Vennesund

d rana droga jest pusta, najwyraźniej wszystkie auta pojechały na norweski highway E6. Początkowo pogoda pod chmurą, przez chwilę tylko siąpi deszcz, szybko jednak rozpogadza się i dotkliwie przypieka słońce. Jest parno. Spektakularne widoki, wspaniała droga. Przed Foldereid duże wrażenie robi masywny most przerzucony nad fiordem prowadzący wprost do tunelu. Z mostu roztacza się naprawdę piękny widok na fiord i miasteczko. Dziś już ponad 86 kilometrów na naszych licznikach a przed nami droga ostro pnie się do góry. Na domiar złego, chmury zwiastujące nieuniknioną nawałnicę zbliżają się z każdą sekundą. W desperackiej próbie ucieczki kręcimy naprawdę szybko na stromym podjeździe. Nasza szarża nie powiodła się jednak i przełęcz osiągamy w strugach deszczu. Przez kilka tuneli pędzimy w dół, do fiordu. Nasze płaszcze szeleszczą jak galopująca husaria. Zielona woda rozległej zatoki, błyskawice uderzające w szczyty gór wprost nad nami oraz całkowita pustka wokoło stwarzają niepowtarzalną scenografię. Droga okrąża fiord i już tylko niewielki dystans dzieli nas od promu, który zabierze nas do Vennesund. Na przystani w Holm jesteśmy o 19:30, następna przeprawa za godzinę. W tym czasie przebieramy zmoknięte ubrania i myjemy się korzystając z dobrodziejstw bardzo ciepłej łazienki. Deszcz sprawił, że kolory stały się bardziej intensywne, nad fiordem unoszą się mgły nadające okolicznym wzgórzom tajemniczej aury. Gdy prom dowozi nas na drugi brzeg, ponownie zaczyna padać, a na dodatek wzmaga się wiatr. W takich oto niekorzystnych okolicznościach i nienajlepszych warunkach BHP rozbijamy namiot. Miejsce blisko portu i parkingu jest niezbyt przyjemne, ale estetyka otoczenia ma niewielkie znaczenie gdy huragan napiera na namiot, a z nieba leją się strumienie wody.

Dzień 6, 01.07.2008, wtorek (DST.: 83,78 km) Trasa: Vennesund – Vik – Berg – Skille – Horn – /prom/– Anddalsvåg – Forvik – /prom/– Tjøtta – cmentarz za Tjøtta

Całą noc pada, nie inaczej jest rano. Gdy około 7:20 deszcz ustaje, w ekspresowym tempie zbieramy się do dalszej drogi. Wieje zimny wiatr, jednak szybko rozpogadza się i ponownie mamy piękną pogodę. Olśniewające widoki i płaska droga sprawiają, że kilometry szybko uciekają. Nie decydujemy się jednak, aby nadrobić kilkadziesiąt kilometrów i zobaczyć Troghatten – skałę z imponującym „oknem”, choć z pewnością jest to atrakcja warta zachodu. W Horn spóźniamy się 2 minuty na prom i czekamy godzinę na następny. Wahamy się dłuższą chwilę, czy nie odwiedzić archipelagu Vega (wpisanego na listę UNESCO), gdyż statek w tamte rejony właśnie ma zaraz odpłynąć. Jednak tym razem nie skorzystamy i wybieramy przeprawę do Anddalsvåg oraz dalsze podążanie drogą nr 17. Wokoło piękna, lazurowa woda i górskie szczyty skąpane w słońcu. Oczekiwanie na prom jest czystym relaksem. O 15:45 odpływamy, rejs jest bardzo krótki. Tuż za przystanią Anddalsvåg roztacza się tak niesamowity widok, że zastanawiamy się, czy podczas tej podróży zobaczymy jeszcze coś tak pięknego. Do Forvik pozostało 18 kilometrów, a stamtąd prom do Tjøtta odpływa o 17:50, musimy więc się spieszyć. Na szczęście droga jest równa jak stół i cały czas jedziemy z prędkością około 30 km/h. Przeprawa promowa jest bardzo przyjemna, piękne widoki i smaczne gofry. Tjøtta – ponownie zjeżdżamy na ląd, chmury rozpierzchły się prawie całkowicie i słońce przyjemnie ogrzewa. Od portu jedziemy jeszcze około 4 kilometry, wokoło malownicze pastwiska, krowy przechadzają się środkiem jezdni. Na biwak wybieramy miejsce na idealnie wykoszonym trawniku przy kamiennym ogrodzeniu cmentarza, na którym spoczywa ponad 7500 żołnierzy (głównie Rosjan) poległych w walce z Nazistami w czasie II Wojny Światowej. W pełnym słońcu meszka nie atakuje, ale w cieniu już tak. Jest po 20, ale w namiocie bardzo ciepło. Niestety meszka już się kłębi, więc nie bardzo mamy ochotę (i możliwość) upajać się piękną pogodą i bliżej poznawać otoczenie przesiąknięte dramatycznymi zdarzeniami sprzed ponad 60 lat.

Dzień 7, 02.07.2008, środa (DST.: 94,61 km) Trasa: Cmentarz za Tjøtta – Alstahaug – Sandnessjøen – Leira – Levang – /prom/ – Nesna – Sjonfjellet – nocleg na przełęczy

Pobudka o 6:15, idealny, bezchmurny poranek. Droga piękna i płaska. W Alstahaug odwiedzamy muzeum Petera Dassa (1647-1707) i kościółek z czasów średniowiecza, w którym żył i tworzył ten znamienity poeta, autor „Trąby Nordlandu” ("Nordlands Trompet"). W głębi lądu roztacza się wspaniały widok na pasmo górskie Siedem Sióstr. Znakowany szlak pieszy prowadzący przez wszystkie 7 wierzchołków (919 – 1070 m n.p.m.) jest jedną z największych atrakcji turystycznych w tym rejonie. Omijamy Sandnessjøen i przejeżdżamy przez imponujący, ponad kilometrowej długości wiszący Most Helgelandu przerzucony nad Leirfiordem, będący jedną z najdłuższych tego typu konstrukcji na świecie. Za mostem mija nas dwóch Francuzów-sakwiarzy, których jeszcze przyjdzie nas spotkać kilkakrotnie podczas tegorocznej podróży. W Leira robimy zakupy i spotykamy norweskiego cyklo-turystę, który jedzie z Nordkapp do Kristiansand na południowym krańcu swojego kraju. Nie ma on dla nas dobrych wieści: w okolicach Nordkapp było i jest zimno, około 5 st, C, do tego nieustanny lodowaty wiatr z północy. Niezrażeni tym komunikatem kręcimy spokojnie do następnego promu. Przeprawa Levang – Nesna. trwa niecałe 25 minut. Około 4 kilometry za Nesna rozpoczyna się bardzo wymagający podjazd. Droga wije się stromymi serpentynami, jest upalnie a do tego wściekle atakują roje natarczywych much. Jednak widok z Sjonfjellet z nawiązką rekompensuje wysiłek – wrota wspaniałego fiordu Sjona otwierają się na bezkresne morze skąpane w wieczornym słońcu, w oddali widać charakterystyczne kształty archipelagu Træna i wyspy Lovund. Można by tak siedzieć, patrzeć i patrzeć na tę bajkową scenerię, zachwycać się w nieskończoność, bo takich widoków w życiu jednego człowieka może być najwyżej kilka. Po około 4 kilometrach jazdy po płaskowyżu decydujemy się zakończyć pedałowanie tego dnia. Nabieramy wody przy wspaniałym wodospadzie i rozbijamy namiot nad nie mniej urokliwym górskim jeziorkiem. To niewątpliwie jeden z najpiękniejszych noclegów podczas całej tegorocznej wyprawy, niebo jest bezchmurne, na horyzoncie nie widać żadnej meszki, za to widać wspaniałe, lekko ośnieżone szczyty gór.

Dzień 8, 03.07.2008, czwartek (DST.: 111,50 km) Trasa: Sjonfjellet (biwak na przełęczy) – Kilboghamn – /prom/ – Jektvik – Ågskardet – /prom/ – Forøy – Halsa (3 km za Forøy).

Słońce praży od rana. Zwijamy się przed 8. Przed nami na dzień dobry kawałek ostrego podjazdu, za plecami roztacza się piękny widok na fiord. Owce przechadzające się środkiem drogi widząc nas gnają na oślep ogarnięte panicznym strachem. W towarzystwie uciekających owiec docieramy do przełęczy, przed nami około 7 kilometrów szalonego zjazdu. Raptem kilka chwil i ponownie jesteśmy na poziomie morza. Droga wiedzie przez kilka tuneli, które dają wytchnienie w upale. A więc okazuje się, że nawet przejazd tunelami czasami może być przyjemny dla rowerzysty. W czasie największego skwaru robimy dłuższą przerwę nad orzeźwiającym, krystalicznie czystym potokiem. O 16:40 wypływamy do Jektvik. To rejs-marzenie: mocno grzejące słońce, leżaki, przyjemna bryza od morza. W takich oto okolicznościach przyrody przekraczamy koło podbiegunowe. „Jesteście w Arktyce” – przypomina nam komunikat kapitana oraz metalowy globus widoczny z pokładu statku. W Jektvik do sklepu „Joker” wpadamy na 2 minuty przed zamknięciem. Szybkie zakupy i gramolimy się na 11 procentowy podjazd, na szczęście krótki, wynoszący drogę z zagłębienia promowiska na otwartą przestrzeń. Piękna droga i, co najważniejsze, praktycznie tylko dla nas. Dziwne to uczucie przemierzać kilkudziesięciokilometrowy odcinek prowadzący przez wspaniałe otwarte przestrzenie i klaustrofobiczne tunele w całkowitej samotności. Wyjazd z tunelu, w dole widać miejscowość Reppen, a przy drodze wymarzone miejsce na postój – zadaszone drewniane ławy z grubych bali. Posilamy się i jako że pora już niewczesna ruszamy z myślą o znalezieniu noclegu. Jedziemy w głębokich cieniach stromych skał i co rusz sceptycznie kręcimy nosem na kolejne potencjalne miejsca na biwak: a to zbytnio zacienione, a tu nazbyt kamieniście, a w innym z kolei nie będzie słońca o północy. W końcu przyjechaliśmy w ten rejon Europy między innymi po to, aby upajać się słońcem przez całą dobę! Tak oto nie wiedzieć kiedy dojeżdżamy do przystani. Już z oddali widzimy, że prom jest już zapełniony i gotowy do odpłynięcia, więc podkręcamy tempo i ze znaczną prędkością wpadamy na pokład. Mamy sporo szczęścia, przeprawa dokładnie za minutę i niemal równo z naszym zaokrętowaniem trap podnosi się. Główne kryterium jakie stawiamy przy wyborze dzisiejszego noclegu to „Midnight Sun”, solidarnie postanawiamy nie kończyć jazdy aż do momentu zaspokojenia naszych wyszukanych wymagań biwakowych. Po drugiej stronie fiordu mamy okazję podziwiać wspaniały widok na Svartisen, drugi największy lodowiec kontynentalnej Norwegii. Miejsce na namiot znajdujemy przy bocznej drodze około 3 kilometry od portu. Podłoże niespecjalne, ale za to sceneria zaspokaja nasze poczucie estetyki i co najważniejsze mamy to, czego tak bardzo pragnęliśmy: słońce co najmniej do 23.

Dzień 9, 04.07.2008, piątek (DST.: 71,69 km) Trasa: – Forøy - Vassdalsvik – /prom/ – Ornes – Reipå – Storvika – nocleg na przełęczy ok. 5 km przed Sundsfjorden.

Od rana jest słonecznie i ciepło. Zaopatrujemy się w supermarkecie ICA i jazdę tego dnia rozpoczynamy od stromego podjazdu. Droga nr 17 zakręca w prawo, jednak rowerzyści nie mogą z niej skorzystać (zakaz przejazdu tunelem pod lodowcem Svartisen). Aby dostać się do Ornes cykliści muszą skorzystać z promu Vassdalsvik – Ornes oddalonego od rozjazdu o około 30 km. Na miejscu jesteśmy godzinę przed czasem, panuje całkowita cisza i spokój. Podziwiamy wspaniałe scenerie roztaczające się wokół maleńkiej przystani. Po przeprawie promowej od razu daje o sobie znać bardzo mocny, lodowaty północny wiatr. Naprawdę ciężko pokonać tak znaczną siłę hamującą. Zatrzymujemy się w Reipå przy muzeum Meløy na szybki posiłek. Wychodzi do nas człowiek, jak się okazuje bardzo sympatyczny Anglik sprawujący pieczę nad tą historyczną placówką. Studiował skandynawistykę i też podróżuje na rowerze. Bardzo dobrze nam się rozmawia, wymieniamy uwagi „branżowe”, tj. dotyczące różnych aspektów podróży rowerowych. Zaprowiantowani w mnóstwo przydatnych informacji ruszamy w dalsza drogę, która wiedzie doliną o stromych zboczach wypełnioną porywistym, mrożącym wiatrem. Wkrótce przed nami rozpościera się przepiękny widok na otwarte morze. To miejsce zwane Grensen („Granica”), wzniesiono tu oryginalny pomnik upamiętniający załogę łodzi podwodnej Uredd zatopionej w 1943 roku przez Niemców i odnalezionej dopiero w roku 1985. Król Olaf V uroczyście odsłonił pomnik rok później. Piękne miejsce na nocleg znajdujemy na przełęczy około 5 km przed Sundsfjorden. Wspaniały widok na fiord, bliskie sąsiedztwo potężnego wodospadu. Czego więcej można chcieć?

Dzień 10, 05.07.2008, sobota (DST.: 90,05 km) Trasa: – biwak na przełęczy ok. 5 km przed Sundsfjorden – Saltstraumen – Løding – dr nr 80 – Bodø

Od wczesnych godzin porannych operuje jaskrawe słońce. Przez kilka tuneli mkniemy na spotkanie z kolejnym fiordem. Końcówka drogi nr 17 oferuje zwiększoną liczbę podjazdów. Jednak nie martwi nas to. Wręcz przeciwnie, ostatni górski odcinek sprawia nam wiele radości, jak zahipnotyzowani wpatrujemy się w potężne szczyty i skalne iglice pasma Børvasstindan. Bardzo szybko jednak góry zostają za nami i docieramy do miejsca kolejnego arcy-ciekawego fenomenu: cieśniny Saltstraumen, gdzie zaobserwować można efekty najsilniejszego pływu na świecie. Co 6 godzin blisko 400 milionów metrów sześciennych morskiej wody przepływa z prędkością 40 km/h przez szeroką na 150 metrów cieśninę. Kulminacją tego spektaklu są potężne wiry o średnicy dochodzącej do 15 metrów.

Do Bodø jeszcze około 30 km, magia baśniowego wybrzeża nagle zanika. Okolica coraz bardziej ucywilizowana, remonty dróg, zwiększone natężenie ruchu, takie niezbyt ciekawe podmiejskie klimaty. Podczas ostatniego 18-to kilometrowego etapu do Bodø kręcimy bezstresowo po ścieżce rowerowej. Słońce oślepia, wiatr mamy w plecy. W porcie jesteśmy o 19:01. Następny prom do Moskenes na Lofotach jest o 1:45 w nocy. Nie namyślając się długo, rozkładamy namiot i wstawiamy wodę na makaron. Do promu już ustawił się sznur aut i motocykli. Sporo kolejkowiczów koczuje w poczekalni, podczas gdy my leżymy sobie wygodnie w namiocie. Wieje porywisty wiatr od morza. Jest północ. Promienie słońca rozświetlają niebo. Zbieramy nasz namiot i ustawiamy się w kolejce do promu. Jak się okazuje, prom ma godzinne opóźnienie (a więc nawet w Norwegii to się może zdarzyć!). Mamy czas na podsumowanie pierwszego etapu naszej podróży: czy Droga numer 17 jest rzeczywiście – jak głosi wiele opinii – najpiękniejszą drogą świata? Nie nam to oceniać, jako że jeszcze po wielu trasach nie pedałowaliśmy. Bez wątpienia jednak dla rowerzysty to istna sielanka. Zobaczyliśmy mnóstwo wspaniałych scenerii, odwiedziliśmy iście baśniowe miejsca. Jednak jak to zwykle bywa, wszystkiego zobaczyć nie zdołaliśmy i gdzieś tam głęboko w człowieku tli się uczucie niedosytu. Miejsca takie jak wyspy Vega, Traena, lodowiec Svartisen oraz wiele innych wciąż czekają na nas. Zostawmy jednak powyższe refleksje, rano będziemy już na Lofotach i zastanawiamy się, czy słynny archipelag będzie w stanie zaoferować nam coś więcej, aniżeli dane nam było zobaczyć na Rv 17?

You are here: Home 2008 Nordkapp