Ze Stambułu na Lesbos i Chios

Z Dworca Centralnego na Okęcie bierzemy taxi. Jest gorąco i duszno, cytując brawurowego kierowcę: „parówa”. Na lotnisku płacimy za przewóz rowerów (drogo, 100 USD za sztukę), nadajemy bagaż i idziemy na kawę. Do Stambułu lecimy przez Frankfurt. Podróż mija spokojnie, o 2 w nocy jesteśmy na miejscu. Spod lotniska kursują autobusy do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów centrum. Autobus jest wielki, ale oprócz nas jadą może 4 osoby. Pakujemy sakwy i kartony z rowerami do bagażnika i ruszamy. Zaczyna świtać, opuszczamy autobus na Taxim Square i zabieramy się za skręcanie rowerów. W transporcie na szczęście nic nie uległo uszkodzeniu, co wcale nie musi być takie oczywiste i wraz z niepewnością „czy wszystkie bagaże przylecą? Czy część naszych tobołków nie poleciała aby do New Yorku?” stanowi największą niewiadomą podróżowania samolotami. Montaż rowerów idzie w miarę szybko i sprawnie. Towarzyszy nam kilku gapiów, lokalnych kierowców, którzy oczywiście są chętni do pomocy i udzielają „fachowych” wskazówek co, jak i gdzie powinno się przykręcić. Nikt się jednak nie narzuca. Do hostelu, w którym rezerwowaliśmy nocleg bodaj trzy miesiące wcześniej, mamy niewiele ponad kilometr. Idziemy więc sobie w atmosferze budzącego się do życia miasta. Zapachy piekarni, cukierni i lokalnych specjałów mocno działają na zmysły. Uliczki są wąskie, strome, o wysokich krawężnikach. Tak jak się spodziewaliśmy, do naszego pokoju będziemy mogli się wprowadzić dopiero za kilka godzin. Nie ma jeszcze 7 rano, więc czasu mamy sporo. Bagaże zostawiamy w hallu, rowery sprowadzamy do podziemi. „Neverland” ma miłą obsługę, dużą kuchnię do dyspozycji, darmowy dostęp do netu, w powietrzu unosi się zapach kociej kuwety. Bo w koty to Stambuł jest wyjątkowo dobrze zaopatrzony. Kuchnia i jadalnia mają przyjemny wystrój. W tle sączy się głos Lisy Gerard z wczesnego albumu Dead Can Dance. Zmęczenie przełamujemy kawą, która musi wyzwolić w nas energię potrzebną do ruszenia w miasto. Znaczną część wystroju „Neverlandu” stanowią antywojenne postery i hasła. Jest i Che Guevara, są hipisi, symbole pacyfistyczne i przeciekające sklepienie z prowizorycznym zbiornikiem na wodę. Te wszechobecne symbole lewicowe określają charakter tego miejsca, definiują bywalców i gospodarzy. Ruszamy w kierunku starego miasta gdy zaczyna się robić bardzo gorąco. Należy cholernie uważać na wysokie stopnie na chodnikach i krawężniki – idąc tak sobie beztrosko trafiam raz na taki uskok – tracę nagle grunt pod nogami, że aż coś mi chrupie w lędźwiach, boli jakby mnie na pół łamano. Zabytkowa część miasta jest naprawdę niesamowita, spiętrzenie niebywale wielu atrakcji na małym obszarze sprawia, że zapominamy o trudach podróży i upale.

Kolejnego dnia wstajemy o 5, a wyjeżdżamy po 6 rano. Jako że port znajduje się niedaleko zabytkowego centrum, odwiedzamy ponownie miejsca poznane wczoraj, utrwalając tym samym materiał obowiązkowy: Hagia Sofia, Błękitny Meczet, Hipodrom, itd. Początkowo planujemy płynąć do Bandirmy, jednak jak się okazuje wszystkie miejsca są już wykupione (weekend), na następny prom dysponujący wolnymi siedzeniami musielibyśmy czekać ponad 30 godzin. Pierwszy raz spotykamy się z sytuacją, kiedy to na promie nie ma wolnych miejsc dla pasażerów. Pozostaje nam popłynąć do Mudanya, także na południowym wybrzeżu Morza Marmara, jednak ponad 100 km na wschód od Bandirmy. Jak się okaże, będzie to bardzo szczęśliwe dla nas zrządzenie losu – okolice Bandirmy do ciekawych nie należą, w przeciwieństwie do okolic Mudanya. Aby dostać się na prom wszystkie bagaże są prześwietlane. Kontrola ta ma jednak wymiar czysto symboliczny – strażnicy są tak zaabsorbowani rozmowami, że nie mają czasu śledzić podglądu zawartości bagaży na okazałych monitorach. Czy uprawnione było przewiezienie blisko litra benzyny? Czy mieliśmy prawo do posiadania noży w naszych podręcznych torebkach? Tego nie wiemy. Nikt o nic nie pyta. W Mudanya spotykamy Mustafę, lat około 60. Rozmawiamy w języku Goethego – swojego czasu spędził on (Mustafa) dłuższy czas w Bonn, gdzie mieszkał i pracował, jednak uraz i późniejsza operacja kręgosłupa przypieczętowały jego powrót do rodzimej Turcji. Gdy pytamy naszego nowo poznanego tureckiego przyjaciela, gdzie moglibyśmy dostać jakąś bardziej precyzyjną mapę, Mustafa nakazuje abyśmy nigdzie nie odchodzili, po czym obróciwszy się na pięcie daje nura w gęstwinę licznych sklepików i straganów. Po kilku minutach pojawia się triumfalnie dzierżąc wyszperaną w jakimś zakamarku zdobycz, wyrysowaną na połyskliwym papierze mapę. Mapę, warto nadmienić, znacznie mniej precyzyjną od naszej, z zaznaczonymi jedynie głównymi drogami. Mustafa stwierdza jednak, że mapa jest bardziej dokładna od naszej, powtarza kilkakrotnie, że to „Geshenk” (prezent), jego poczucie własnej wartości oraz wartości wymiernie mierzonej w grupie swych kompanów, którzy w pokaźnej liczbie zdążyli już się zebrać wokół nas, znacząco wzrasta. Wzrasta być może bardziej, niż kiedykolwiek, w jednym bowiem momencie Mustafa demonstruje swoje być może nieznane szerszemu gronu przymioty: znajomość języków obcych, operatywność, szczodrość, by wymienić tylko te najważniejsze. Bardzo miły ten Mustafa, zaprasza nas jeszcze na czaj i coffee. Być może w innym momencie naszej eskapady skusilibyśmy się na taką ofertę, jednak tak naprawdę jeszcze nie rozpoczęliśmy podróży. W związku z powyższym żegnamy się z Mustafą oraz lokalną bracią starszych panów i ruszamy przed siebie. Morze Marmara czaruje głębokim odcieniem zieleni. Przejeżdżamy przez urocze wioseczki, mijamy liczne meczety, pola uprawne, gaje oliwne. Przy drodze jest wiele ujęć wody pitnej, jednak w początkowych dniach podróży wolimy dmuchać na zimne i pijemy wyłącznie wodę butelkowaną oraz profilaktycznie spożywamy bardzo popularny na całym świecie brunatny napój gazowany, zawierający kwas fosforowy. Wiele osób, zarówno pieszych jak i kierowców, pozdrawia nas w akompaniamencie szerokich uśmiechów. Tak naprawdę zdecydowana większość kierowców macha w radosny sposób.  Wyczuwa się w tym naturalność i spontaniczność. Dla polskich kierowców takie zachowanie byłoby chyba nie lada obciachem, uderzałoby prawdopodobnie w powagę i majestat prowadzącego. W ładnej miejscowości Zeytinbagi, położonej nad samym morzem robimy zupki i kawę, spędzamy miło czas pod palmami. Przy jednym z ujęć wody zatrzymuje się samochód, nieśmiali ludzie dają nam kilka egzotycznych dla nas owoców, ni to gruszki, ni to jabłka. Zbliża się wieczór, rolnicy kończą pracę na swych plantacjach, to najbardziej dogodny czas na rozejrzenie się za jakimś noclegiem. Nie szukamy długo, już po chwili wbijamy się do gaju oliwnego jakieś dwieście metrów ponad drogą. Piękny nocleg, bardzo spokojny, pod niebywale rozgwieżdżonym niebem.

Od rana jedzie się bardzo przyjemnie, droga o niewielkim natężeniu ruchu, przyjemna temperatura. Niestety wkrótce wjeżdżamy na turecki highway, na szczęście z szerokim poboczem. Żar leje się z nieba. Na jednej ze stacji benzynowych w bliskim sąsiedztwie dystrybutorów z paliwem w wielkiej beczce wypalają się śmieci, ognisty płomień szaleje w promieniu kilku metrów. Stajemy pod zadaszeniem i jak zwykle nawadniamy nasze ubrania, a tu młody pracownik przynosi nam dwie herbaty w tradycyjnych tureckich mini-szklaneczkach w kształcie tulipana. Zagaduje. Rozmawiamy posługując się kilkoma zaledwie angielskimi słowami, gestami. Takie momenty są niezwykle przyjemne. W Karacabey robimy zakupy i na wyjeździe zatrzymujemy się na sjestę na trawniku pod drzewem. Warto wspomnieć o pracowniku sąsiedniej budowy, który z drugiego piętra patrzy się na nas jak zahipnotyzowany chyba ze 30 minut! Czas ruszać, jedziemy około 30 kilometrów przez płaskie tereny rolnicze, zapuszczone wioski. Mało ciekawy teren. Jest wprawdzie mało aut, ale okolice jakieś takie podmokłe, do tego nachodzą chmury, panuje szaruga. W pewnym momencie przykleja się do nas dwóch chłopaczków na skuterze. Pytają, dokąd jedziemy. Mówimy, że do Manyas. Oni naradzają się i kategorycznie oświadczają, że to w drugą stronę, że tędy na pewno nie dojedziemy. Chcą sobie z nas zakpić, to widać w ich porozumiewawczych spojrzeniach i głupkowatych uśmiechach, a nade wszystko na moim kompasie. My wiemy swoje i nie zważamy na ich niby przyjacielskie wskazówki. Największym utrapieniem w podróży są takie właśnie bachory. Prawdopodobnie na całym świecie jest tak, że ze strony dorosłych praktycznie zawsze można liczyć na pomoc, dobre słowo, w najgorszym wypadku obojętność. Z dziećmi tak dobrze być nie musi. Dlatego grupki wyrostków lepiej omijać szerokim łukiem. Na dalszym odcinku droga jest wąska i kręta, poprowadzona po sporych wzniesieniach. W jednej z wiosek biorę wrzątek z karczmy. Przy meczecie jemy zupki i pijemy herbatę. Już późno. Nie mając specjalnego wyjścia, na nocleg wybieramy miejsce w mało ciekawej, PGR-owskiej scenerii na wjeździe do Manyas. Jakieś wybetonowane magazyny,  rozszczekane, napakowane psy-stróże. Jednak rozstawienie namiotu na takim betonowym podłożu posiada również wcale przekonujące atuty: czysto i równo, małe zagrożenie robactwem i wszelakim paskudztwem lubującym się w trawach i innych krzakach. Ale nawet pośród tych betonów o dziwo jest trochę komarów. O 22 leżymy już w namiocie.

Wyjeżdżamy o 7 rano. Temperatura bardzo przyjemna. Mimo, iż jest niedziela, sklepy od samego rana są otwarte. Mnogość sklepików, wszelakich miejsc w których nieustannie cos się kupuje i sprzedaje, jest w Turcji porażająca. Sklepy, budki, kawiarnie,  stragany są na każdym kroku. W jednej z licznych piekarni kupujemy dwa wyśmienite chleby, z przepyszną chrupiąca skórką. Za Manyas mamy pierwszy problem techniczny. W moim rowerze wykręca się prawy pedał, co najmniej połowa gwintu w korbie wypada na asfalt zwinięta w cieniutką wstążkę. Sprawa raczej ciężka do naprawienia. Jeśli się nie wkręci, trzeba będzie chyba pedał przyspawać do korby. Po kilku próbach pozostała cząstka gwintu na szczęście chwyta. Ciekawe, czy długo wytrzyma... Podchodzi do nas piesek stanowiący zatrważający i chwytający za serce obraz nędzy i rozpaczy. Wyszarpany, wychudzony, wystraszony. Widok naszego śniadania jest jednak mocniejszym bodźcem aniżeli lęk przed człowiekiem, piesek wpatruje się w kromki chleba z niewielką dozą nadziei na jakiś ochłap. Dokarmiamy biedaka, mamy jednak świadomość, że ta sierota nie przetrwa długo w tym świecie rządzącym się brutalnymi zasadami. Jesteśmy w Turcji ledwie kilka dni, a takich obrazków widzieliśmy już sporo. Nie ukrywam, że przed przyjazdem w te rejony obawialiśmy się agresywnych psów, które mogłyby nas porządnie pogonić. Jednak ich zachowanie na tureckiej ziemi są dla nas zaskoczeniem. Psy widząc ludzi najzwyczajniej w świecie uciekają w popłochu, pada na nie blady strach. Najwyraźniej człowiek i pies nie są w tym kraju najlepszymi kumplami. Teren jest pofałdowany, droga wiedzie między uprawami i mokradłami, postoje uprzykrzają gryzące muchy i komary. W mijanych wioskach mężczyźni w sporych grupkach przesiadują przed gospodami popijając herbatki. Mniej liczne reprezentacje kobiece spędzają czas w swoim gronie. Świat kobiet i mężczyzn to dwa zupełnie różne, oddzielne kosmosy, w świecie islamu w szczególności. W samo południe dojeżdżamy do Gönen. Pomimo swoich blisko 50 tysięcy mieszkańców, miasteczko jest przyjazne i niezbyt hałaśliwe. W ładnie utrzymanym parku rozkładamy maty i polegujemy do godziny 14. Gdy nadchodzi czas by ruszać, grupka ciekawskich dzieciaków wykorzystując jednego z nich jako anglojęzyczne medium, zadaje rozmaite pytania: o rowery, o nasze pochodzenie, o cel podróży, o wrażenia z Turcji. Niedaleko za Gönen rozpoczyna się liczący blisko 12 kilometrów podjazd. Pogoda burzowa, duchota, przymglone niebo skutecznie przesłania jaskrawe promienie słoneczne, które w innych okolicznościach bezlitośnie palą każdą powierzchnię. Droga jest praktycznie pusta. Jeśli coś sporadycznie przejedzie, jest to ciężarówka. Podjazdy momentami są okrutnie strome, ale to nie boli, gdy okolica jest tak ładna: bardzo różnorodna, bujna roślinność, niebywale wręcz dużo zieleni, co jest dla nas sporym zaskoczeniem – spodziewaliśmy się bowiem raczej pustynnego krajobrazu. Podobnym zaskoczeniem jest jazda tureckich kierowców – bazując na stereotypach spodziewaliśmy się, że mogą być nie lada zagrożeniem. Tymczasem ich kultura jazdy, szacunek dla mijanego rowerzysty mogą być porównane z kulturą Szwedów czy Norwegów. W ani jednym momencie naszej podróży przez Turcję nie zostaliśmy niebezpiecznie wyminięci przez samochód. Droga wiedzie przez płaskowyż, najwyższy punkt to prawie 500 m n.p.m. Zjazd serpentynami i w mgnieniu oka tracimy mozolnie wypracowane kilkaset metrów przewyższenia, tylko po to jednak, aby po chwili od nowa piąć się do góry. Dojeżdżamy do Danisment, pięknie usytuowanego miasteczka w górskiej scenerii. Wysokość wprawdzie nie przekracza 300 m n.p.m., ale wokoło aż po horyzont rozciągają się górskie łańcuchy. Zaopatrujemy się w wodę i chleb, ludzie widząc, że przygotowujemy kolację na murku, gdzieś na uboczu, nalegają abyśmy wygodnie usiedli na stolikach w samym centrum. Tak też czynimy. Starsi panowie zagadują, rozmawiamy po niemiecku, języku w Turcji bardzo popularnym. Zapada zmrok, namiot rozbijamy kilkaset metrów za Danişment, przy samej drodze, mając miasteczko w zasięgu wzroku.

Kolejny dzień. Przez pierwsze kilometry droga prowadzi w dół, takie zjazdy są zdecydowanie najlepsze – droga nie opada na złamanie karku, lecz opada optymalnie, czyli  tak, że nie trzeba ani pedałować ani używać hamulców. Daje to poczucie sprawiedliwości, że oto długotrwały wysiłek włożony w podjazd jest rekompensowany w postaci co najmniej równie długiego, a najlepiej znacznie dłuższego, zjazdu. W Balya zajmujemy ławki przy stoliku na zacienionym placu, pijemy kawę, herbatę, jemy śniadanie. Poznajemy ciekawego człowieka, który pracuje teraz w miejscowej policji, ale imał się już najprzeróżniejszych zawodów. Pracował m.in. dla Brytyjczyków (czemu zawdzięcza swój bardzo dobry angielski) w branży sprzedaży nieruchomości na tureckim wybrzeżu, jeździł w najrozmaitszych interesach do najdalszych zakątków tureckiego kraju. Czyli widział naprawdę wiele. Jednak, jak przyznaje, turystów zagranicznych w Balya to on jeszcze nie widział nigdy. Jest gorąco, ale na szczęście parzące promienie słoneczne nie przebijają się przez warstwę chmur. W pewnym momencie spada nawet kilka kropel deszczu, w oddali słychać przewalającą się gdzieś burzowe pomruki. Na przerwę południową zostajemy w Irvindi. Niezbyt udaje nam się wypocząć, gdyż my i nasze rowery stanowimy źródło ogromnego zainteresowania lokalnych dzieciaków. Nie chcemy jednak oddalać się poza miasto ze względu na potężne czarne chmury wiszące właśnie nad okolicą. Na szczęście szybko rozpogadza się i opustoszałą drogą podążamy w kierunku Morza Egejskiego. Dzisiaj ściągamy z drogi trzy żółwie, z których jeden jest wyjątkowo okazały – waży chyba z sześć kilogramów. Pod wieczór docieramy do pięknie usytuowanej górskiej wioski. Czas jakby zatrzymał się tutaj w miejscu, zabudowa wsi mogła równie dobrze wyglądać tak samo dwa tysiące lat temu, nie ma tu żadnych śladów cywilizacji przemysłowej, żadnych widocznych śladów technologii pochodzącej choćby tylko z ostatniego stulecia. Wielu sakwiarzy to ludzie tutaj chyba nie oglądali, podobnie zresztą jak osioł, który na nasz widok zaczyna nieopisanie wręcz głośno ryczeć, jego wrzask wypełnia całą okolicę. Jest to ewidentnie kpiący głos szydercy, zwierz omal nie pada na ziemię zanosząc się niekontrolowanymi salwami histerycznego śmiechu. Ludzie pracują niemal do nocy, ostatni schodzą z pól po ciemku. Na ich twarzach zarysowuje się życzliwość i przyzwolenie dla naszego biwaku na obrzeżach ich terytorium. Miejsce magiczne. Chciałoby się tak siedzieć koło namiotu i gapić na okolicę popijając coś dobrego. Niestety ciemność na tej szerokości geograficznej zapada niezwykle szybko, w zasadzie znienacka, bez fazy przejściowego zmroku, który normalnie daje czas na akceptację faktu, że oto dzień dobiega końca. Po prostu po dniu następuje tutaj noc, bez żadnych zbędnych ceremoniałów.

Kolejny dzień kiepskiej widoczności. Droga jest nieco dziurawa, dwie rozjechane żmije przypominają, żeby uważać gdzie się włazi. Nagle droga staje się szeroka niczym pas startowy, to nowy odcinek, równy, łagodnie wyprofilowany, ruch samochodowy jest praktycznie zerowy. Z nieba leje się żar, zapasy wody mamy niewielkie, ubrania wysuszone na pieprz. Na szczęście odcinek do Pergamonu jest o kilka kilometrów krótszy, niż to wynika z mapy. Pod supermarketem dostajemy oferty noclegowe od dwóch naganiaczy. Decydujemy się na „Guesthouse Odyssey” – miejsce jak się okaże ze wszech miar godne polecenia. Nasz gospodarz, Ersin, to człowiek ujmująco miły i skromny. „Odyssey” ma bardzo przytulny, tradycyjny wystrój. Do dyspozycji mamy laptopa z dostępem do netu, dobrze wyposażoną kuchnię i taras z cudownym, rozległym widokiem na Czerwoną Bazylikę oraz miasto. Ersin robi wszystko, żeby znaleźć gości. Jeździ na swoim skuterku po ulicach Pergamonu i wypatruje turystów. Jesteśmy najlepszym przykładem, że metoda ta bywa skuteczna. Ersin sprawdza też często, czy aby ktoś nie dokonał rezerwacji online. Dysponuje 30 miejscami noclegowymi. O tej porze w ubiegłym roku wszystkie miejsca miał zajęte. Teraz nie ma nikogo oprócz nas. Kryzys kryzysem, ale tak drastyczna zmiana tendencji, nawet w dobie kulejącej ekonomii, musi zastanawiać. Nasz gospodarz nie jest jednak całkowicie załamany, cała kamienica należy przecież do niego. W nieporównanie gorszej sytuacji są ci hotelarze, którzy płacą czynsz. Ponoć są oni na krawędzi bankructwa. Bierzemy pokój na parterze, stylowe meble, klimatyzacja. Cena 5 Euro za osobę. Za extra opłatą można skorzystać z pralki i suszarki. Żona Ersina jest nauczycielką. Właśnie zostawia męża na placu boju i wraz z córką wyjeżdża na wakacyjny wypoczynek. Warto poświęcić nieco czasu na zaznajomienie się z księgą gości, prześledzić ciekawe wpisy ludzi z naprawdę wielu zakątków globu. Z jak wielu krajów przybyszów gościł ten dom najlepiej obrazuje ścienna mapa polityczna świata: miejsce swojego pochodzenia goście zaznaczają pinezkami, ilość krajów jest doprawdy imponująca. Około godziny 20 na pustych rowerach wjeżdżamy serpentynami do bram Akropolu. Niestety już nieczynne. Jednak widok miasta w świetle zachodzącego słońca jest wart wysiłku.

Od rana zwiedzamy Pergamon. Wejście do takich miejsc jak Akropol czy Asklepion naprawdę słono kosztuje. Kwota jest irracjonalnie wysoka, nawet jak na zachodnioeuropejskie warunki. Jest to tym bardziej nieuzasadnione, że zabytki Pergamonu przetrwały w formie ledwie szczątkowej, niewiele pozostało z czasów świetności tego wspaniałego ongiś miasta. Ci, którzy pragną poczuć atmosferę starożytnych świątyń, doświadczyć obcowania z komnatami antycznych budowli, mogą poczuć się srogo zawiedzeni – ruiny w większości przypadków nie dają wyobrażenia o tym, czym były niegdyś. Dzień jest upalny. Idziemy spacerem do Asklepionu, jest sporo pod górkę. Nieoczekiwanie zatrzymuje się samochód, kierowca oferuje podwiezienie. Nie namyślając się długo wskakujemy do auta. Dziewczyna kierowcy wydaje się niezbyt zadowolona, być może jedzie do pracy, być może są spóźnieni. A on sobie beztrosko podwozi turystów. Zostajemy podstawieni pod samo wejście, po czym kierowca zawraca i odjeżdża.

Wieczorem przechadzając się ulicami Pergamonu w pobliżu jednego ze stoisk z dywanami spotykamy Alego, mocno starszego pana, który zaprasza nas do obejrzenia osobliwego miejsca. Otwiera drzwi od ulicy i wprowadza nas do lokalu porośniętego okazałymi, dzikimi drzewami. Lokalu, warto dodać, bez zadaszenia, wypełnionego rozmaitymi starymi sprzętami. Na tapczanie leży kot. Ali zastrzega, że wcale nie mieszka w tym zdezelowanym przybytku, że czeka na pozwolenie od rządu na wyremontowanie swojej zabytkowej kamienicy. Jednak pewne poszlaki mogłyby wskazywać, że Ali tu jednak pomieszkuje, ale wstydzi się tego. Zupełnie niepotrzebnie. W ściany wmurowane są fragmenty jakby kolumn, masywnych marmurowych bloków przyozdobionych ciekawą ornamentyką. Gospodarz spekuluje, że być może, że nawet wysoce prawdopodobne jest, iż jako budulca użyto materiałów zagrabionych ze znajdującej się po drugiej stronie ulicy Czerwonej Bazyliki. A może to słynna bazylika powstała z materiału pierwotnie stanowiącego szkielet kamienicy Alego? Któż to może wiedzieć. W lodówce Ali przechowuje książki. Najwidoczniej twórcy filmu „Edi” (polskiej nadzwyczaj miernej produkcji, która okazała się wielkim kasowym sukcesem), odwiedzili Alego i swój pomysł na domową biblioteczkę zaczerpnęli właśnie od niego. Ali biegle mówi po angielsku i niemiecku. Nie dostrzegam w nim cwaniactwa czy wyrachowania, cech typowych dla sprzedawców i „łowców turystów” – wręcz przeciwnie, ma w sobie pewną ujmującą dobrotliwość, spokój. Bardzo miły człowiek, dobrze nam się rozmawia. Nagle pojawia się mężczyzna z wąsikiem, którego wczoraj wieczorem spotkaliśmy na Akropolu, dziś rano rozmawialiśmy w pobliżu kasy w Asklepionie, a teraz podjechał tutaj na swoim motorku widząc Olę stojącą na ulicy. To kumpel Alego, jednak w przeciwieństwie do niego, cwaniak pełną gębą, posiadający jednak niezaprzeczalny urok osobisty. Żegnając się mówimy oczywiście „do jutra”, mając mocne przesłanki aby założyć, że spotkamy się ponownie.

Droga na płaskowyż Kozak jest bardzo dobrej jakości, o doskonałym profilu. Tereny przez które wiedzie są gęsto zalesione, niezwykle wręcz malownicze. Wrażenie psują jedynie liczne śmieci porozrzucane na poboczu. Wzdłuż drogi dumnie stoją ogromne sosny pinie. Wysokość w granicach 600 m n.p.m. sprawia, że powietrze nie jest tak rozgrzane jak na nizinach. Gdy tracimy kilkaset metrów wysokości, jazda momentalnie staje się naprawdę trudna. Jesteśmy w sercu pustynnego obszaru, niewielki ruch na drodze zamiera całkowicie. Na horyzoncie zarysowuje się postać idąca środkiem drogi. To około dziesięcioletni chłopiec, samotnie wędrujący przez ten wypalony słońcem krajobraz. Nie udaje nam się porozumieć, chłopiec nie zna żadnych słów w żadnym obcym języku. Komunikacja jest szczątkowa, odbywa się głownie za pomocą gestów i kilku znanych nam tureckich zwrotów. Mimo iż nie ma szans na dialog, chłopiec nieprzerwanie wesoło pyta, zagaduje czekając z nadzieją na odpowiedź. Rozkładamy bezradnie ręce, co wcale go nie zniechęca. Pyta dalej. Cóż, czas na nas, żegnamy się. Z odległości kilkuset metrów widzimy jednak, że mały wędrowiec zawraca i idzie naszym śladem. Dziwne to spotkanie z chłopcem widmo. W takim upale nie udaje nam się zbyt wiele pokręcić. Zatrzymujemy się pod zadaszeniem na przydrożnym placu budowy i na chwilę zasypiamy. Po godzinnej przerwie, która bardziej wytrąca nas z rytmu niż regeneruje, ruszamy dalej. Zjeżdżając z przełęczy zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Wokół stołu bilardowego hasają tu radośnie kurczaki i inne egzotyczne zwierze. Kupuję Coca-Colę w ramach profilaktyki zdrowotnej, jednak po odkręceniu nakrętki nie słychać charakterystycznego syknięcia. Data ważności: 12.2007. Pokazuję sprzedawcy źródło problemu i mówię, że chcę wymienić. Ten wstawia odkręconą Colę z powrotem do chłodni i pokazuje, żebym wybrał sobie inny napój. Wszystkie butelkowane są mocno przeterminowane (nawet 2 lata), decyduje się więc na sok wiśniowy w kartoniku. Sprzedawcę chyba ruszyło sumienie, wychodzi bowiem za mną i wręcza nadpłaconą groszową kwotę. Wkrótce wjeżdżamy na drogę główną. Jedzie się znośnie, pobocze jest szerokie. Kierowcy pozdrawiają, najwyraźniej przykuwamy sporą uwagę. Na efekty nie trzeba długo czekać. Na odcinku robót drogowych kierowca nie dostrzega ograniczenia prędkości do 30 km/h oraz sznura stojących przed nim aut. Wszystkiemu winne dziwaczne dwukołowe pojazdy objuczone jakimiś torbami, czyli my. Owo zaskoczenie powinno bez wątpienia stanowić pewną okoliczność łagodzącą tragicznego zdarzenia, które nastąpi za ułamki sekund. W efekcie swojej dekoncentracji uderza bowiem rzeczony kierowca w stojący na swoim pasie samochód. Uderza, warto nadmienić, z wielkim impetem, huk jest niemiłosierny, części rozsypują się efektownie w promieniu wielu metrów. Mamy gorącą nadzieję, że nikt zbytnio nie ucierpiał w tym karambolu.

Cena za prom Ayvalik – Lesbos jest nieprzyzwoicie wręcz wysoka – 40 Euro za osobę! To rozbój w biały dzień: dystans niewielki, prom to w zasadzie „prom”, jakaś taka mocno podrdzewiała barka. Bilety kupuje się za pośrednictwem biura podróży vis a vis portu. Gdy pytam, czy nie mają jakichś zniżek, kobieta nie pytając jakie zniżki mam na myśli, bez większego namysłu proponuje obniżkę ceny o 5 Euro za osobę. Tak po prostu. Cena nadal horrendalna, ale dobre i to. Na „promie” w sporej liczebności kotłują się Grecy – objuczeni rozmaitymi siatami, wprowadzają wrzask, zgiełk i chaos. W oczy rzucają się także wielkie gabaryty Greków, ilość tkanki tłuszczowej w ich ciałach jest zdecydowanie ponadprzeciętna. Lesbos zarysowuje się na horyzoncie. Widać już światła Mitilini, stolicy wyspy. W okolicach portu panuje wielki ruch i gwar. Setki młodocianych motocyklistów, pędzących aut. Oby tylko się stąd wydostać. Gdy pytamy ludzi o drogę wiodącą do Plomari, każdy, jak jeden mąż, nim udzieli jakichkolwiek wskazówek nie omieszka przestrzec, że na rowerze, że „na tym czymś”, na pewno do Plomari nie dojedziemy. Plomari jest bowiem bardzo, bardzo daleko. Nie dość że 40 kilometrów od Mitilini, to po tak stromych i krętych drogach, że autem droga jest uciążliwa, o rowerze nie wspominając. Już noc, a my krążymy bezradnie w labiryncie zaciemnionych uliczek. Tak łatwo stąd nie wyjedziemy. Decydujemy się spędzić noc na dużym, pustym parkingu na obrzeżach centrum. Podczas rozbijania namiotu staramy się pozostać niezauważeni dla przejeżdżających co jakiś czas nastoletnich motocyklistów. W nocy nikt i nic nie zakłóca naszego spokoju.

Pierwszą osobą zapytaną następnego poranka o wyjazd w kierunku Plomari jest młody pracownik serwisu samochodowego. Pyta, czy do Plomari wybieramy się „on this”, wskazując na nasze rowery. Jeśli tak, to wprawdzie jesteśmy na właściwej drodze, ale daje do zrozumienia, że równie dobrze moglibyśmy wybierać się na inną planetę. Czy to cholerne Plomari, pytam spokojnie, jest naprawdę za siedmioma morzami, za siedmioma wystrzelonymi w kosmos górami i siedmioma rwącymi rzekami? Wszystko napisane powyżej potwierdza nasze obserwacje. Poczynione przez nas obserwacje składają się mianowicie na diagnozę, iż mentalność Greków charakteryzuje, w przeważającej ilości przypadków, niemożność i niewykonalność. Ludzie ci kategorycznie stwierdzają, że zadanie X  jest zbyt trudne do wykonania, droga zbyt daleka, temperatura zbyt wysoka, wszystko wydaje się przekraczać nasze, a w rzeczywistości ich, możliwości, ich granice pojmowania, ich najśmielsze wyobrażenia. Rzeczy będące dla nas chlebem powszednim są w ichniejszym światopoglądzie absolutną abstrakcją. Grecy najzwyczajniej w świecie wielu rzeczy po prostu nie są w stanie sobie wyobrazić. Gdy zjeżdżamy z drogi głównej, aut nie ma wcale, wzdłuż drogi rozciągają się kuszące, całkowicie puste plaże. W niewielkiej wiosce położonej malowniczo nad samym morzem robimy dłuższą przerwę. Pierwsze przedpołudnie na wyspach greckich swoim spokojem oraz sielskością amortyzuje zgiełk wczorajszego wieczora. Na dalszym odcinku droga pnie się serpentynami pośród gajów oliwnych. Podczas największego upału polegujemy w ładnym parku w jednej z górskich miejscowości. Około godziny 15 ruszamy dalej. Przejeżdżamy przez ciasne uliczki uśpionego Papados. Po pokonaniu serii wzniesień wreszcie osiągamy urokliwe Plomari. Woda w morzu zachwyca kolorem i przejrzystością. Wkrótce dojeżdżamy do kolejnego wspaniałego miejsca – Melinda. Kąpiemy się w pobliżu wystającej z morza strzelistej skały. Po z górą dwóch godzinach beztroskiego relaksu, ruszamy dalej. Po kilku kilometrach jazdy szutrową drogą docieramy do miejsca absolutnie magicznego, ukrytego pośród skał, odludnego Panagia Krifti. To malownicza zatoczka, do której prowadzi stromy szlak pieszy. Jesteśmy nieco zaskoczeni zastając tu wykutą w skale kapliczkę, w pobliżu której, tuż przy morskiej tafli, tryska gorące źródło. Zapada zmierzch, wokoło absolutna cisza i pustka. W oknie kapliczki nieoczekiwanie rozbłyska blask świeczki. W środku nie widać nikogo, unosi się jedynie zapach kadzidła. Dziwne. Wspinamy się z powrotem kilkaset metrów do miejsca, w którym zostawiliśmy nasze stalowe rumaki. Namiot rozbijamy tuż przy szutrowej drodze, ponad taflą morza mieniącego się promieniami zachodzącego słońca. Moc wrażeń pierwszego dnia na Lesbos chyba ciężko będzie przebić.

Kolejny dzień zaczynamy od stromego i długiego podjazdu. Pośród zacienionych uliczek nielicznych górskich wiosek starsi mieszkańcy od rana spędzają czas na gwarnych dyskusjach. Jesteśmy 440 m n.p.m., droga skręcająca do Vatera jest szutrowa, 10 kilometrów w dół po piachu i kamieniach. W Stavros zatrzymujemy się przy ujęciu wody. Wychodzi do nas kobieta i daje nam pokaźną miskę pysznych, mocno schłodzonych moreli. Dostajemy też gruszki. Rozmawiamy. Ostatni odcinek zjazdu do wybrzeża wiedzie wąską drogą asfaltową o dobrej nawierzchni. Wkrótce odsłania się widok na ciągnącą się na odcinku wielu kilometrów plażę z drobnych kamyczków. Warto dodać, że w zasięgu wzroku nie ma żywej duszy. Jest dokładnie południe, realizujemy postanowienie o codziennej obowiązkowej morskiej kąpieli. Woda jest ciepła, ale nie przesadnie, bardzo orzeźwiająca. Ogólnie ciężko dziś się jedzie, mam zmęczone nogi na tyle mocno, że na większych podjazdach pcham rower. W mijanych miejscowościach praktycznie wszystkie domy mają zainstalowane bojlery na dachach. Dziwna sprawa,  ale w moim rowerze, a w zasadzie w tylnym kole, nieustannie słychać niezbyt głośny, ale niezaprzeczalny i wyraźny syczący odgłos. Butla z gazem w sakwie na pewno nie (takowej nie mamy), butelka z benzyną też nie. Pozostaje jedynie opcja powietrza uchodzącego z koła. Ale powietrze nie uchodzi. Może ciśnienie powietrza w kole wytwarza taki specyficzny odgłos, może dętka w każdym momencie gotowa jest eksplodować? Jedziemy dalej, sprawę zdiagnozujemy na biwaku. Za Vasilika naprawdę wspaniały zjazd do morza pięknie wyprofilowanymi zakrętami pośród sosnowych lasów. W Akladeri jemy kolację nad samym morzem. Zapada zmrok, zapuszczamy się do pobliskiego sosnowego lasu, idealnego miejsca biwakowego. Podczas rozpakowywania bagaży okazuje się, że tajemniczy syk zlokalizowany jest jednak w tylnej sakwie. Cóż to może być, do diaska?? Źródło niepokojącego dźwięku odnajdujemy na samym dnie sakwy: mini-radyjko ustawione na martwe pasmo włączyło się samoistnie.

Droga do Paraklia jest całkowicie płaska. I przez to od razu mniej ciekawa. Teren nizinny, miejscami nieco podmokły, nic więc dziwnego, że w powietrzu krąży jakieś gryzące robactwo. Nieopodal przydrożnej restauracji robimy sobie przerwę na kawę. Po chwili pojawia się pijany cham wraz ze swoim kompanem. Panowie uwiązują konie na sznurach o długości około 30 centymetrów, oczywiście w pełnym słońcu. Po dłuższej chwili koniecznej do wychylenia litra piwa na łebka, pijak odwiązuje zwierzę po to tylko, aby urządzić pokaz swej bezmyślności i okrucieństwa. Uderzany lejcami koń rży i wierzga, staje na tylnych nogach, ku uciesze właściciela. Wszystko odbywa się tuż przy naszych rowerach. Przy stolikach siedzi naprawdę sporo ludzi, jednak wszyscy pozostają bierni. Zabieramy nasze rowery głośno mówiąc, co myślimy o takich typach. Tak oto właśnie jeden bezwzględny osobnik potrafi bez cienia oporu zdominować i zastraszyć całą społeczność. Szkoda jedynie koni.

Droga pnie się niezwykle obszernymi łukami. Wokoło pustynia, słońce pali, jednak wilgotne ubrania szczelnie zakrywające nasze ciała chronią dosyć skutecznie. Na poboczu, w pełnym słońcu, w dodatku bardzo krótkim sznurem, jakiś skończony idiota uwiązał do płotu osiołka. Pojemnik na wodę wprawdzie jest, ale nie trzeba chyba dodawać, że jest wysuszony na pieprz. Oddajemy czworonogowi ponad połowę wody z naszych bidonów. Pan Osiolinda, jak go nazywamy, jest stworzeniem niezwykle łagodnym i przyjacielskim. Pije wpierw lekko onieśmielony, wkrótce już jednak bardziej zachłannie. Rozważamy, czy nie zabrać go z nami w dalszą drogę, jednak nie wiemy, czy taka forma aktywności przypadłaby mu do gustu. Odwiązanie Pana Osiolindy mogłoby mu bardziej zaszkodzić niż pomóc – pobocza są tutaj szczelnie wygrodzone metalowymi siatkami, więc zwierzak musiałby iść asfaltem, byłby więc narażony na potrącenie, nie wiadomo także, czy znalazłby wodę. A tak, pewnie ktoś w końcu do niego przyjdzie. Cholera… może jednak trzeba go było odwiązać?

Naprzeciw nas, na zboczu, wyłania się górska wioska Agra. Na stacji benzynowej uzupełniamy zapasy wody pitnej. Właścicielka donośnym krzykiem nawołuje kogoś na piętrze. Po chwili młoda dziewczyna, prawdopodobnie córka, pojawia się i zostajemy obdarowani trzema dorodnymi ogórkami. Trzeba gdzieś przeczekać dwie godziny największej spiekoty. Problem w tym, że nie bardzo jest gdzie. Jesteśmy porządnie wycieńczeni. Wokoło pustynia, brak choćby skrawka cienia. Z każdą minutą sił ubywa. Zatrzymujemy się na jednej z serpentyn, przy samej jezdni pod jedynym w polu widzenia drzewkiem dającym jakikolwiek schronienie przed słońcem. Rozkładamy karimaty i zabieramy się do przyrządzania posiłku – kanapek z serem feta, pomidorami i pysznymi ogórkami. Po dwóch godzinach wymuszonej przerwy czas na ciąg dalszy wspinaczki. Przejechawszy wąskie uliczki Agra docieramy do przełęczy strzeżonej przez dwie majestatyczne baszty. Przed nami wypalone słońcem górzyste pustkowie i wspaniały, kilkukilometrowy zjazd. Brak jakichkolwiek zarośli, a mimo to ciężko oprzeć się pięknu krajobrazu. Po południu docieramy do Skala Eressou – miejsca narodzin Safony, miejsca, które upodobały sobie lesbijki. Kobiece pary faktycznie można zobaczyć na każdym kroku, przechadzające się po plaży i wąskich uliczkach. Jak dla nas jest tu jednak zbyt tłoczno. Kupujemy chleb i wnet jesteśmy na drodze wyjazdowej. W Eressos przyrządzamy makaron i po tej sycącej kolacji ruszamy szutrową drogą w kierunku Sigri bezasfaltową drogą. Zbliża się wieczór, trzeba gdzieś rozbić namiot. Jednak wkoło niezbyt miłe dla oka jałowe tereny, w dodatku spora część okolicy jest ogrodzona ze względu na wypasające się owce i kozy. Decydujemy się więc na pokonanie całkiem sporego podjazdu. Na szczycie zastajemy psa pilnującego przełęczy. Jest uwiązany na krótkim łańcuchu, bez wody. Nie ma w nim za grosz agresji. Piesek macha przyjaźnie ogonem. Może nie postępuję zbyt roztropnie, ale oswobadzam tego bezbronnego czworonoga, który znalazł się w miejscu zupełnie nieprzystającym do jego łagodnego charakteru. Gdziekolwiek rzuci go los, gorzej trafić nie może. Przed nami kawał zjazdu po niezłych wertepach. Wokoło step, owce, coraz głębsze cienie. Zapada zmrok, a końca drogi nie widać. Jedynym jasnym punktem pośród tej czarnej nocy jest mocno świecący księżyc. Po kilkunastu kilometrach kamienistej drogi w końcu widać Sigri. Spotykamy trójkę starszych ludzi, bardzo sympatycznych Włochów i Francuza. Docieramy do plaży oświetlanej promieniami księżyca odbitymi w morskiej tafli. Rozbijamy namiot na białym piasku, kąpiemy się w morzu, a następnie spłukujemy sól z naszych ciał pod plażowym prysznicem. Takie zwieńczenie dnia to zamawiamy codziennie!

Sigri to miejsce absolutnie wspaniałe. Spokojne, harmonijne, takie, w którym chciałoby się zamieszkać. Poranna kawa na nadmorskim skwerze smakuje wybornie. Wizytówką miasteczka jest muzeum skamieniałego lasu, miejsca wyjątkowego w skali całej naszej planety. W muzeum znajdują się niezwykle interesujące ekspozycje, prezentacje multimedialne, unikalne skamieliny zarówno z najbliższej okolicy jak i z najdalszych zakątków globu. Żal opuszczać miejsca takie jak to, ale cóż począć. Żegnaj Sigri. Przed nami naprawdę ciężki podjazd, w dodatku w pełnym słońcu, bez choćby skrawka cienia. Po kilkunastu kilometrach dojeżdżamy do skamieniałego lasu. Kto spodziewa się setek wysokich skamieniałych drzew i spaceru pomiędzy nimi może poczuć spory niedosyt. Zastaniemy tu bowiem ogrodzone pustkowie ze sporadycznie sterczącymi, niezbyt wysokimi skamieniałymi pniami. W drodze powrotnej wypatrujemy na poboczu, pośród licznych głazów, jeszcze jedną dziko „rosnącą” skamielinę. Ciekawe, czy naukowcy również wypatrzyli ten egzemplarz.  Całe popołudnie kręcimy w spiekocie, pośród pustynnych scenerii. W Vatousa jemy zupki, odpoczywamy. Za nieco ponad kilometr rozbijemy namiot nieopodal drogi i tak zakończy się kolejny dzień.

Spało się świetnie, najlepiej od początku podróży. Jest rześko, tropik namiotu mocno wilgotny. Zjeżdżamy do Skalochori. W restauracji dostaję dwa lekko czerstwe chleby, kobiety nie chcą pieniędzy, zostawiam jednak 1 Euro. Dojeżdżamy do Molivos, widok na miasto naprawdę robi wrażenie. Niedaleko nabrzeża, zarządzamy sjestę. Upał doskwiera. Wieczorem dojeżdżamy do Mandamados, wrażenie delikatnie mówiąc mało korzystne: sporo ruder, zaniedbane zwierzęta. Środkiem drogi idzie kózka potykając się co chwila. Nic dziwnego, gdy zważymy na fakt, że ma spętane nogi. Na nocleg wybieramy rozległy plac będący częścią ćwiczebnego terenu wojskowego jakieś 2 kilometry dalej. Przed nami morze, niebo pięknie rozświetla jaskrawy księżyc.

Kolejny dzień rozpoczynamy od pokaźnego zjazdu. Tuż przed Thermi zatrzymujemy się, aby zażyć kąpieli – plaża przy samej drodze i niebywale przejrzysta woda okazują się zbyt kuszące. Brzeg jest wprawdzie żwirowy, za to dno morskie to już bardzo drobny piasek. Lesbos opuszczamy po godzinie 20, do Chios nasz prom przybija dwadzieścia minut przed północą. Jesteśmy zalewie 7 kilometrów od wybrzeży Azji Mniejszej, na piątej co do wielkości wyspie greckiej, słynącej z bogatej historii oraz drzewek mastyksowych. Nie namyślając się długo kierujemy się na drogę wyjazdową ze stolicy wyspy, jak najszybciej chcemy znaleźć jakieś miejsce nadające się do rozbicia namiotu. Przed nami ładnie oświetlone wiatraki, koło nich równy, betonowy plac otoczony murkiem. Tutaj będziemy mogli porządnie pospać. Robię zdjęcie fotogenicznym wiatrakom, gdy nagle światło wszędzie wokoło gaśnie. Zalega całkowita ciemność. Zrzucamy sakwy z rowerów i zabieramy się za rozbijanie namiotu. Tak dla świętego spokoju kieruję światło czołówki na podłoże. Już po chwili namiot wraz z sakwami ląduje z powrotem na bagażniku a my w pośpiechu oddalamy się z tego miejsca, w którym robale występują liczniej, aniżeli we wszystkich częściach przygód Indiany Jones’a razem wziętych. Po jakichś dwóch kilometrach nocnej jazdy skręcamy do niewielkiego portu, gdzie na końcu jednego z betonowych pomostów rozstawiamy namiot. Snopy naszych latarek skrupulatnie przeczesują podłoże w poszukiwaniu potencjalnych karaluchów, które mogliśmy tu zaimportować. Za wyjątkiem jednego robala, czysto. Tej nocy śpimy jak zabici.

You are here: Home Relacja (cz. I)