Tam, gdzie Ikar spadł do morza

Chios

Ze stolicy wyspy ruszamy na północ wzdłuż wschodniego wybrzeża. Zaraz za miastem droga pustoszeje, piękno plaż i dzikich zakątków naprawdę ciężko opisać. Bardzo dziwi niemal całkowity brak turystów. W urokliwej miejscowości Langada spędzamy dwie godziny na sjestę. Następnie przemierzając gąszcz uliczek trafiamy do zacienionego rynku w Kardamyla, osady spowitej tajemniczą, jakby złowroga aurą. Hałas cykad jest naprawdę trudny do zniesienia, niepokojący dźwięk natarczywie wwierca się w nasze umysły. Namiot rozbijamy ledwie kilka metrów od morskiej tafli na przepięknej plaży Giossonas. Najważniejszym dobrem i znanym na całym świecie towarem eksportowym Chios jest mastyks, a raczej aromatyczna żywica z drzewka mastyksowego, z której wyrabia się całą gamę produktów, od leków na wszelkie możliwe dolegliwości, poprzez kosmetyki, na gumie do żucia skończywszy. W średniowieczu mastyks był równie cenny jak złoto, dziś zainteresowanie nim najwyraźniej przeżywa renesans.

Do plaży Kambia prowadzą kilkukilometrowe, strome serpentyny o szutrowej nawierzchni. Plaża jest pusta, jest tu tylko kapliczka, w cieniu której zatrzymujemy się na dłuższy czas. Niewiarygodne, że tak magiczne zakątki można jeszcze gdzieś odnaleźć. Niestety nawet tak piękne miejsca trzeba kiedyś opuścić, a temperatura nie zachęca do wysiłku – nawet po 15 jedzie się ciężko, żar bijący od żwirowej drogi potęguje i tak piekielne uczucie gorąca. Jesteśmy w Leptopoda, o czym informuje nas tablica leżąca koło śmietnika. Miasteczko wygląda na całkowicie opuszczone. Domy są wprawdzie zadbane, jednak na ulicach nie ma nikogo. Przy drodze jest za to kran, można więc się schłodzić. Tego jeszcze nie było: prysznic na środku ulicy! Odświeżony postanawiam zobaczyć jak Leptopoda prezentuje się z bliższa. Idę schodami, wąskimi uliczkami. Nie widać żywej duszy. Jedynie koło kościoła na środku betonowego placu leży szczęka jakiegoś zwierza. Już po chwili wąskimi serpentynami pędzimy w dół. Warto zauważyć, że dziś widzieliśmy sporo mrówek-gigantów, niezwykle szybkich. Ich rozmiary zupełnie nie przystają do naszego utrwalonego wyobrażenia o tych owadach. Mijamy wioskę Keramos, kolejną, która wydaje się zupełnie opuszczona. Powoli zaczynamy się już przyzwyczajać do takich widoków w północnej części wyspy. Warto zatrzymać się na dłuższą chwilę w klimatycznym Volissos. Nie trzeba chyba dodawać, że w okolicy wzgórza zamkowego większość podupadłych domów jest opuszczona. Spacerowi w takiej scenerii zawsze towarzyszy dreszcz emocji. Po południu docieramy do niebywale wręcz pięknej plaży Elinda, gdzie nad samym morzem, na drobnych białych kamykach rozbijamy namiot i zanurzamy się w ciepłej toni morza.

Do Avgonyma docieramy po męczącym, 10 kilometrowym podjeździe. Ta kamienna osada o średniowiecznym rodowodzie została odbudowana przez Amerykanów greckiego pochodzenia, którzy zgodnie z duchem amerykańskiego pragmatyzmu kasują nas słono za litr wrzątku. Z przełęczy roztacza się nieziemski widok na Anavatos, legendarną obronną osadę wzniesioną pośród naturalnych skalnych fortyfikacji. Ta opuszczona obecnie górska wioska zajmuje szczególne miejsce i ma wyjątkowe znaczenie dla historii i tożsamości narodowej Greków. W roku1822 kilkuset mieszkańców Anavatos wolało skoczyć na pewną śmierć ze skalnego urwiska niż oddać się w ręce Turków. Krótki zjazd z przełęczy i jesteśmy w Nea Moni, bizantyjskim klasztorze z XI wieku, który po prostu trzeba odwiedzić, choćby dla galerii czaszek czy wspaniałych malowideł pokrywających pogrążone w półmroku wnętrza. Na Chios jest niezwykle dużo świetnie zachowanych kamiennych osad wywodzących się ze średniowiecza. Szczególnie warte bliższego poznania są Mesta, Olympoi oraz Pyrgi. Pierwsze z nich to miasto-labirynt, niewątpliwie jedno najwspanialszych miejsc, jakie dane mi było w życiu zobaczyć. Klaustrofobiczne kamienne uliczki, mnóstwo ciekawych zaułków, wspaniałych rzeźb. Panuje tu klimat niczym z filmu fantasy, który wciąż czeka na nakręcenie. Ledwie kilka kilometrów dalej wzniesiono Olympoi, kolejne miasto labirynt, w którym aż chce się człowiek zagubić. I wreszcie Pyrgi, słynące przede wszystkim z oryginalnych biało-szarych ornamentów zdobiących elewacje zabudowań. Na zakończenie naszej przygody z wyspą mastyksu korzystamy z dobrodziejstw wulkanicznej plaży Emporios.

Samos

Wyspa narodzin Pitagorasa, słynąca także ze znakomitego wina, wita nas porywistym wiatrem. Jadąc z Vathy w kierunku zachodnim nie możemy nadziwić się nierealnemu wręcz błękitowi morza. Na Samos jest bardzo dużo ujęć wody pitnej, która jest bardzo zimna, w przeciwieństwie do Chios, gdzie w przydrożnych źródłach można się było … poparzyć. W Kambos kupujemy przeceniona bułkę (0,60 EUR) i ruszamy na plażę Psili Amos. Bardzo tu ładnie, mało ludzi, woda przyjemnie ochładza, na dnie drobny piaseczek, czego można chcieć więcej? Nocujemy pośród drzewek oliwnych niedaleko plaży.

Mocny wiatr znacznie przeszkadza w jeździe. W Pyrgos robimy dłuższą przerwę na środku rynku pod okazałym drzewem. Staruszka o niebywale wręcz pokrzywionej posturze daje nam dwa ogórko-podobne warzywa – należy dokładnie wyskrobać pestki, jak demonstruje garbata pani instruktor. Okolica słynie z pysznego miodu i wyrobów robionych na jego bazie, które możemy polecić z czystym sumieniem. W Pythagorio zwiedzamy antyczny Tunel Eupalinosa, jeden z najznakomitszych przykładów starożytnej sztuki inżynieryjnej. Tunel o długości ponad 1000 metrów mający doprowadzać wodę z górskich źródeł wykuto w litej skale, do dziś zadziwia precyzją wykonania i architektonicznym geniuszem. Psili Ammos to ładne, niezwykle spokojne miasteczko portowe. Prowadząca stąd droga szutrowa do Posidonio jest niezmiernie wymagająca, stroma z całą masą dużych kamieni. Miejscami ciężko nawet prowadzić rower. Godny polecenia jest bezasfaltowy odcinek z Kamara do Agh. Paraskevi. Piękne widoki na błękitne morze, trawersująca droga malowniczo poprowadzona po zboczu góry. W oddali majaczą tureckie porty. Na poboczu greckich dróg czasami można wypatrzyć intrygujące ciekawostki, takie jak choćby ta obrotowa kapliczka zmontowana z najprzeróżniejszych mechanizmów, przypominająca robota R2D2 z gwiezdnej sagi George’a Lucasa.

Ikaria

Evdilos, główny port wyspy, to niezła dziura. Dobrze, że robimy przerwę do 13:30, jest dziś cholernie gorąco, temperatura w cieniu przekracza 35 stopni. Gdy zbieramy się do odjazdu zauważamy, że ktoś w pobliżu naszych rowerów zostawił siatkę z zakupami. Rozglądamy się za właścicielem, jednak po dłuższej chwili oczekiwania postanawiamy – oczywiście w trosce o ekologię – zaopiekować się torbą z nieznaną zawartością. W środku: kawa rozpuszczalna 100g, galaretki w proszku (2 opakowania), dżem truskawkowy 500g. Dodatkowo 4 kostki mydła Milk & Honey firmy Nivea; płatki owsiane, margaryna 400g. Większością produktów, których zabrać się nie decydujemy, obdarowujemy nieco zaskoczoną staruszkę. Pierwsze wrażenie po wyjechaniu z portu jest takie, że Ikaria to jedna wielka pustynia. Co uderza, to duże ilości starych, opuszczonych, korodujących aut i innego metalowego żelastwa zalegające na poboczu. Niezrozumiałe, ale tak jest: Ikaria to wyspa wraków, niestety bez romantycznego podtekstu – nie chodzi o wraki pirackich okrętów; nawet tak powszechne i pielęgnowane w Grecji kapliczki tutaj zamieniły się w zardzewiałe rupiecie. Na dalszym odcinku robi się bardziej dziko, pusto, pięknie. Okazuje się, że wbrew pierwszemu wrażeniu tak naprawdę Ikaria jest w znacznej części bardzo zielona Od portu jedziemy praktycznie cały czas pod górę. Nieliczni napotkani ludzie bardzo życzliwie nas pozdrawiają, zagadują, a to dodaje sił i ochoty do jazdy. W końcu docieramy do przełęczy – od poziomu morza na wysokość 600 metrów w takim upale to spory sukces. Jesteśmy tuż przy ogromnych wiatrakach, stąd rozpoczyna się szalony zjazd. Dzisiejszy nocleg jest jednym najpiękniejszych podczas tegorocznej podróży. Z namiotu rozpościera się widok na bezkresne morze i wspaniały zachód słońca. Tuż obok niewielki kościółek i nieco podupadła kamienna baszta. Skumplował się z nami daleki kuzyn konika polnego, mieszkaniec murku, na którym to bez pytania gospodarza umyśliliśmy sobie gotować. Zielony stworek przygląda nam się z nieskrywanym zaciekawieniem, nie wykazuje cienia strachu, jest nawet nieco zuchwały.

Stromy zjazd piaskowo-żwirową drogą prowadzi do lotniska. Siadamy sobie na lotniskowych ławkach w przyjemnym cieniu, wokoło pusto. Parzymy kawę, jemy kanapki. Coś ciężko dziś się zmobilizować do jazdy. Wzdłuż drogi ciąg dalszy złomowisk – aż dziw bierze, że w tak pięknych sceneriach dopuszczono, aby setki ton żelastwa powoli przenikały do gleby i wody, o walorach estetycznych nie wspominając. Od Xylosirtis droga ostro pnie się do góry, za Plaghia musimy pokonać jeszcze większe, niezwykle obszerne serpentyny. Zjazd z przełęczy to piękne zakręty, klasyczne „patelnie”. Droga w kierunku Raches jest piaskowo-żwirowa, o dużym nachyleniu. Po drodze odwiedzamy położony w całkowicie odludnej okolicy, pośród piasków i sosnowych lasów, wspaniały klasztor Moni Mounte. Raches to miejsce wyjątkowe, panuje tu niepowtarzalny klimat, niczym w Hobbitonie, a to m.in. za sprawą domków z szarego kamienia, których dachy pokryte są skalnym łupkiem. Zacienione uliczki, liczne sklepiki, kamienny taras widokowy z oszałamiającym widokiem na morze Egejskie, a przede wszystkim ciekawi mieszkańcy. Na przykład  Xenia – przyjechała na Ikarię we wrześniu ubiegłego roku aż z Niemiec, również na rowerze, ze swoim chłopakiem, z przyczepką i dwoma kotami. I tak im się spodobało, że zostali. Mówi, że trzeba się sporo nagimnastykować, żeby zarobić na życie. Niemniej jednak, jak mówi, czas tutaj płynie inaczej, wolniej, życie nabiera smaku i sensu. Inna z kolei dziewczyna mówi, że aby utrzymać się na Ikarii trzeba imać się różnych zajęć. Ona przykładowo sezonowo pracuje w barze na plaży, zbiera oliwki, prowadzi cafe-internet. Zjeżdżamy karkołomnymi serpentynami do poziomu morza i wskakujemy do ciepłej morskiej wody na pierwszej napotkanej plaży. Siedzenie na piasku to jednak nie dla nas – zdecydowanie bardziej nas męczy niż pedałowanie przez najbardziej nawet rozpalone żwirowe drogi.

Naxos

Naxos wita nas sztormową  pogodą. Kierujemy sie wzdłuż wybrzeża na północ. Pod zaporą zatrzymuje się auto, kierowca o bujnej rudej brodzie i nie mniej bujnej rudej czuprynie pyta, czy czegoś nie potrzebujemy. Mówi, że wcześniej mijał nas już i tak sobie o nas myślał. Postanowił zawrócić. Mieszka z babcią niedaleko stąd, w Kambos Komianis. Oferuje nam nocleg. jedzenie, picie, wypoczynek. Strasznie miły gość! Też kiedyś podróżował na rowerze, raczej niewielki dystanse, ale wysiadły mu kolana. Głupio nam przyjąć jego ofertę – z jednej strony to kuszące: poznać nowych ludzi, porozmawiać, trochę zregenerować siły. Z drugiej strony nie bardzo chcemy się narzucać. Ostatecznie namiot rozbijamy na całkowitym pustkowiu, na skalnej półce ponad drogą.

W kamieniołomach w pobliżu Apollonas spoczywa Kuros, przeszło 10-cio metrowy marmurowy posąg. Kolejne pokolenia przemijają, a majestatyczny gigant cierpliwie trwa od z górą 2500 lat, jakby w oczekiwaniu na przebudzenie. Wspaniałe jest to, że nie ma tu turystów, można w ciszy obcować z tą niezwykłą pozostałością po świetności dawnej cywilizacji. W Apollonas, kameralnym miasteczku położonym na malowniczym cyplu, jemy śniadanie patrząc na wzburzone  morze. Temperatura jest dziś doskonała do jazdy, nie przekracza 20 stopni Celsjusza, podczas postojów, w co ciężko uwierzyć, odczuwamy chłód. Wczesnym popołudniem jesteśmy w Komiaki-Koronida – osadzie wzniesionej prawie 600 m.n.p.m. Miasteczko jest uśpione, w przeciwieństwie do zbyt wygładzonych śnieżnobiałych, często epatujących sztucznością i komercją portowych miast Cyklad, tutaj wyczuwa się harmonię i autentyczność. Apiranthos to kolejne cudowne, nieskomercjalizowane wzniesione na tarasach miasto. Nieco dalej rozpościera się fenomenalny widok, który na zawsze pozostanie w naszej pamięci. Zachodzące słońce wpadające do morza, lesiste pagóry i ta bezkresna przestrzeń. Zjeżdżamy popod drogę i znosimy nasz ekwipunek po gigantycznych schodach. Na jednym ze stopni, w świetle zachodzącego słońca rozbijamy namiot. Wkrótce zapada zmrok, z „okna” naszego domu spoglądamy na migające światła usytuowanego w dolinie Filotio. Warto poświęcić czas aby odwiedzić Chalki i bardzo stare świątynie w okolicy. Nieco dalej warte zobaczenia są dwie wieże, Bazeos oraz Beloni. Przed opuszczeniem Naxos zwiedzamy Chorę, stolicę wyspy. Wędrujemy z naszymi obładowanymi rowerami w labiryntach uliczek, kluczymy po wąskich korytarzach i ciasnych zaułkach, które doprowadzają nas wreszcie do najwyższego poziomu miasta, gdzie wznosi się otoczona fortyfikacjami wenecka forteca.

Paros i Andiparos

Na Paros dopływamy późnym wieczorem, jedziemy więc czym prędzej w poszukiwaniu jakiegoś noclegu na obrzeżach miasta. Budzimy się o 6:40, o dziwo bardzo wyspani. Odwiedzamy położony w centrum absolutnie wspaniały Church of 100 doors. Nie trzeba być osobą wierzącą, żeby zachwycić się panującym tutaj klimatem. Jedziemy nieustannie pod górę w kierunku Lefkes, gdzie odpoczywamy w zacienionym parku. Od razu za miastem rozpoczyna się naprawdę duży podjazd, z którego jednak rozpościerają się piękne widoki na niemal całą wyspę. Przełęcz osiągamy po pokonaniu blisko 600 metrów przewyższenia. W dół prowadzi droga żwirowa, ciężko się jedzie. Droga wiedzie przez tereny przypominające prerię, przy jedynych na trasie niewielkich zabudowaniach spotykamy lokalnego kowboja ujeżdżającego rączego rumaka, co jeszcze bardziej podkreśla westernowy klimat. Późnym popołudniem zjeżdżamy z dzikich gór na drogę główną, mało ciekawą trzeba przyznać. Nocleg spędzamy w Marpissa w sosnowo-kaktusowym zagajniku. Do Naousa jedziemy pod ostry wiatr, droga jest płaska i niestety ruchliwa. Spotykamy tam Polaka, który 22 lata temu przyjechał na wakacje i tak już pozostał. Co ciekawe, Paros to według niego najładniejsza wyspa. Dla nas wręcz przeciwnie, Paros nie oferuje takich perełek jakie spotykaliśmy dotychczas. Późnym popołudniem przepływamy promem na malutką Andiparos. Noc spędzamy na plaży nieopodal opustoszałej drogi, jest niebywale gorąco, temperatura o godzinie 21 przekracza 30 stopni Celsjusza! Nasz kolejny cel to „Dolina Motyli”, niebywale zielony ogród i tysiące niedźwiedziówek latających wokół nas sprawiają, że zapominamy na chwilę w jakiej części Europy jesteśmy.

Eubeja i Grecja kontynentalna

Port w Marmari i pierwsze kilometry przynoszą bardzo korzystne wrażenie. Wąska droga asfaltowa poprowadzona nad samym morzem, znikomy ruch samochodowy, wiele niemal bezludnych plaż. Po kilku kilometrach asfalt zamienia się w ledwie przejezdny głęboki żwir. Miejscami podjazdy są tak strome, że przy porywistym wietrze mamy spore problemy nawet z wypchaniem rowerów. Mijamy malownicze zatoki i piękne plaże, wiatr nie ustaje. Późnym popołudniem docieramy do Porto Lafio, malutkiej, niezwykle spokojnej osady, wokół której widać jeszcze ślady niedawnego pożaru. W jednym z nielicznych domków dostajemy lekko słonawą wodę. Ludzie z przejeżdżającego auta terenowego pytają dokąd zmierzamy. Gdy słyszą, że planujemy nazajutrz wdrapać się na przełęcz i dotrzeć do drogi głównej zgodnie mówią, że lepiej od razu zawracajmy do Marmari, bo betonowy podjazd jest prawie pionowy. Nie zamierzamy nadkładać kilkudziesięciu kilometrów ani martwić się na zapas, skoro droga widnieje na mapie, na pewno ją jakoś „zmęczymy”. Namiot rozbijamy pośród sosen na miękkim igliwiu w „centrum” miejscowości. Sztormowa pogoda nasila się, w nocy wieje potężnie, wydaje się, że namiot zaraz odleci, a my wraz z nim. Nie namyślając się długo wrzucamy wszystkie bagaże do środka, przywiązujemy namiot do drzew, przy pomocy taśm robimy odciągi do przyniesionych głazów. Wstajemy około 7. Jesteśmy totalnie niewyspani, nocna nawałnica porządnie dała się nam we znaki. Początek podjazdu rzeczywiście nie nastraja nas optymistycznie. Żwir do kostek, droga prawie pionowa. Wiele trudnych podjazdów pokonaliśmy, także podczas tej wyprawy, jednak takiej „kosy” jak ta, nigdy. Ponad 5 kilometrów niebywałej stromizny, pod huraganowy wiatr, każdy metr podejścia okupiony jest wielkim wysiłkiem. Przełęcz osiągamy pokonując ponad 500 metrów różnicy wzniesień. Deniwelacja może nie jest powalająca, ale okoliczności, owszem.

Okolice Chalkida są mało ciekawe. Od Psachna pokonujemy 16 km podjazdu, droga jest idealnie wyprofilowana, niewiele aut, odpowiednia temperatura. Wszystko psują tony śmieci zalegające w przydrożnych rowach. Dlaczego Grecy nie szanują swojej wspaniałej przyrody, dlaczego bez najmniejszych oporów wyrzucają śmieci ze swoich samochodów? Odganiając się od os dojeżdżamy do przełęczy, gdzie dumnie zaparkował wóz strażacki. Dzielna załoga ma najwyraźniej wypatrywać ewentualnych pożarów, które tak dotkliwie pustoszyły kraj w ostatnich latach. Chłopaki widać są jednak mocno znudzeni i rozleniwieni. Zobaczywszy nas, wpadają w panikę i prawdopodobnie w poczuciu winy zaczynają udawać, że coś robią. Zupełnie im to jednak nie wychodzi. Komiczna sytuacja. Nocleg spędzamy w przepięknym miejscu, pośród lesistych wzgórz.

W supermarkecie niedaleko Strofillia zagaduje nas Niemiec, Sasha, któremu towarzyszy żona Greczynka. Wiedząc dokąd się kierujemy, odradza spanie na dziko w północnej Grecji. Swoją przestrogę uzasadnia tym, że w tamtych rejonach możemy natknąć się na nieobliczalnych Albańczyków przekraczających nielegalnie zieloną granicę. Przez pierwsze dwa dni pedałowania przez Grecję kontynentalną droga w większości jest płaska, równa jak stół, nieciekawa. Pola uprawne, pola uprawne, pola uprawne. Generalnie ruch niewielki, jedzie się szybko, kręcimy średnio ponad 100 kilometrów dziennie. Cóż jednak z tego? Dopiero klasztory w Meteorach, surrealistycznie osadzone pośród fantazyjnych skał, wynagradzają z nawiązką nasz wysiłek, nie pozwalają oderwać od siebie wzroku. Widzieliśmy wiele architektonicznych cudów w różnych zakątkach globu, jednak zgodnie stwierdzamy, że Meteory jako jedyne spośród owych wspaniałości sprawiają iście nieziemskie wrażenie. Kolejnego ranka łatamy przebitą dętkę – sprawcą okazuje się kolec cieniowy. Jako że czynności wulkanizacyjne odprawiamy koło cmentarza, możemy być świadkami modłów odprawianych przy jednym z grobów. Piosenka zainicjowana przez prowadzącego obrzędy popa naprawdę wpada nam w ucho. Szkoda, że nie możemy jej tutaj odtworzyć.

Jadąc w kierunku Kastoria wjeżdżamy na budowaną właśnie autostradę, zamkniętą dla ruchu, co jest dla nas najlepszą wiadomością. W samotności suniemy po nowiutkiej nawierzchni, szerokiej niczym pas startowy. Kręci się dobrze, ale nie bardzo jest się gdzie rozbić. I tak jedziemy i jedziemy przez noc, sami na pustej drodze. Po kilkunastu kilometrach mijamy zaskoczony naszym widokiem patrol policji. Jak gdyby nigdy nic pedałujemy dalej i  znikamy w ciemności. Jazdę kończymy na oświetlonym skrzyżowaniu tuż przy opuszczonej betonowej budce. Miejsce na biwak zupełnie nietypowe, nawet jak dla nas. Podczas rozbijania namiotu za drogą strasznie ujadają psy strzegące hodowli owiec. Ujadają tak wściekle, że rozważamy czy nie zwinąć manatków i nie opuścić tego miejsca. Jesteśmy jednak zbyt zmęczeni i zakładamy, że jeśli przestaniemy hałasować, psy zamilkną. Gdybyśmy przewidzieli, co wydarzy się później, na pewno nie spalibyśmy w tym miejscu. W środku nocy mianowicie ktoś wypuszcza na ulicę setki owiec i zaczyna się niezła jatka – psy zaczynają ujadać około dziesięć razy głośniej niż wcześniej, w dodatku niebezpiecznie zbliżają się do naszego namiotu, są tuż przy nim. Ogromne stado zatarasowało całą jezdnię, dźwięk klaksonów, jakieś krzyki, przepychanki słowne, przyjeżdża policja – a wszystko w akompaniamencie nieopisanego wręcz ujadania sfory psów, kilkanaście metrów od naszego, na szczęście schowanego w cieniu, namiotu. Sytuacja, trzeba przyznać, nieco nas zestresowała.

Od rana droga świetnie się układa, nasze nastawienie do jazdy jest wyśmienite. Sjesta w Leropigi, ponad 1000 m.n.p.m. Siedzimy sobie w sympatycznej wiatce pijąc kawę i patrząc na przepiękną okolicę. Temperatura o godzinie 14 przekracza 31 stopni, jednak w ogóle tego nie odczuwamy. Mam dziś największy „power” podczas całej wyprawy. Droga do Krystalopigi jest żwirowa, w kilku miejscach rozwidla się i nawet użycie kompasu nie daje pewności, że jedziemy w dobrym kierunku. Na pierwszym rozjeździe drogę wskazuje nam dwóch chłopców na skuterze, jednak nauczeni wcześniejszymi doświadczeniami, choćby z Turcji, traktujemy tę informację z pewną doza nieufności (jak się okazuje, niesłusznie). Jedziemy przez odludne tereny, niedaleko granicy albańskiej. Po około 10 kilometrach jazdy po piachu i żwirze daleko w dolinie dostrzegamy drogę asfaltową.

Albania

Na granicy jest sporo samochodów, my jednak przesuwamy się w kolejce wraz z pieszymi. Śmieszna sytuacja: albańscy mężczyźni wpychają się przed Olę do okienka, zupełnie ignorując fakt, że ustawiła się przed nimi! Trzeba panów nieco pouczyć, żeby odczekali swoje. Kobiety nie maja tu lekko. Wjazd do Albanii to dla nas dreszczyk emocji – tyle różnych historii słyszy się o tym kraju, niektóre tak nieprawdopodobne, że nie wiadomo czego się spodziewać. Nadszedł czas na weryfikację tych opowieści. Co od razu rzuca się w oczy, to doskonała jakość asfaltu i szerokie pobocze na drodze wiodącej do Korce. Śmieci w przydrożnych rowach jest wyraźnie mniej niż w Grecji. Droga jest płaska i równa, krajobraz pól uprawnych i wzgórz. W mijanych miasteczkach oczywiście sporo zaprzęgów, konnych i oślich. Naturalnie praktycznie wszystkie samochody to Mercedesy – stare i nowe, ciężarówki, autobusy i samochody osobowe, w każdej konfiguracji, modelu i kolorze. Lavazh, czyli myjnia samochodowa w postaci gumowego węża i tabliczki, jest wszędzie. Podobnie obficie w albańskim krajobrazie występują bunkry, których ilość w Albanii szacuje się na kilkaset tysięcy. To pozostałość po podszytej paranoją polityce Envera Hodży, który na wypadek konfliktu nuklearnego najwidoczniej chciał być najlepiej przygotowanym przywódcą w Europie. Bunkry zobaczymy zarówno w szczerych polach jak i pośród osiedli (służące jako piwniczki na ziemniaki i cebulę), bunkry najeżone metalowymi kolcami na wypadek szturmu jak i bunkry zupełnie gładkie, „dzikie” bunkry mocno zaniedbane i te przydomowe, pieczołowicie pielęgnowane. Bunkier jest doskonałym nośnikiem reklamowym, najpopularniejszym albańskim souvenirem (najczęściej w plastikowej wersji mini). Zjeżdżamy z głównej drogi do centrum Korce, nawierzchnia od razu staje się nieprawdopodobnie wręcz dziurawa i wyboista, przedmieścia są mocno zaniedbane, brudne. Jednak w okolicach centrum widzimy już bardzo ładnie utrzymany park, deptaki, dużo zieleni. Nocleg znajdujemy w niewielkim hotelu „Gold”, cena nie jest wygórowana, a warunki naprawdę bardzo dobre. Albańskie życie po zmierzchu może pozytywnie nastroić – wieczorem na ulice wylegają tłumy spacerowiczów, ludzi starszych i młodych, wszyscy doskonale się bawią. Rano odwiedzamy bazar, robimy honorową rundkę wokół centrum i obowiązkowe zdjęcie przy pomniku Skandenberga. Najbardziej przygnębiające wrażenie robią zaniedbane przedmieścia miast, a nade wszystko straszące, odrapane osiedla, rozpadające się betonowe konstrukcje o nieodgadnionym przeznaczeniu oraz wkomponowane w to wszystko zdezelowane bunkry, osiołki i pranie porozwieszane byle gdzie i byle jak. Droga w kierunku Pogradec jest gładka i posiada łagodny profil. Co rzuca się w oczy, to ogromna ilość rozpoczętych budów, szkieletów budynków stojących pośród pól i wszędzie indziej. Nad tym wszystkim dumnie trzepoczą czerwono-czarne flagi narodowe. Rozległa równina poprzecinana jest słupami dymu powstałego z wypalania trawy na znacznych obszarach. Przed Maliq spotykamy parę Belgów na obładowanych rowerach. Są zachwyceni Albanią, zachwalają i gorąco polecają Pogradec położony nad słynnym Jeziorem Ochrydzkim.

Jakość drogi dramatycznie pogarsza się, wyboje i ubytki w asfalcie są doprawdy imponujących rozmiarów. Pogradec wita nas stertami śmieci rozrzuconymi na poboczu, odpadki pogrupowane  są w dymiące, wypalające się sterty. Może w centrum będzie lepiej. Tumany kurzu i pyłu wdzierające się do gardła i oczu rozwiewają nasze nadzieje. Liczne gromadki dzieci biegają po ulicach z imitacjami karabinów wrzeszcząc przy tym niemiłosiernie. Chcielibyśmy kupić jakieś typowo albańskie pamiątki, choćby tylko kultowe okładki do paszportów z napisem Shqipëria, jednak nic godnego zainteresowania nie udaje nam się znaleźć. Rozgoryczeni, postanawiamy opuścić Pogradec, miasto, które w przeciwieństwie do naszych belgijskich przyjaciół, całkowicie nas rozczarowało. Kierujemy się do granicy z Macedonią. Być może za miastem znajdziemy jakieś przyjemniejsze miejsce nad brzegiem jeziora. Jedziemy przez bagniste, rozkopane, potwornie zaśmiecone tereny, pośród których szwendają się dzieci, rzucające w naszą stronę zaczepki słowne. Albańskie plaże nad brzegiem jeziora to – nazwijmy rzeczy po imieniu – wysypiska śmieci. Sterty odpadków wśród których grasują różne zwierzaki, rzeki ścieków, które walą wprost do takiego skarbu natury, jakim jest Jezioro Ochrydzkie – tak to niestety wygląda. Początkowo jest nam przykro, a po chwili wzbiera w nas zwyczajna złość i brak zrozumienia dla tej bylejakości i dziadostwa. Granica po stronie albańskiej to kilka zdewastowanych blaszanych budek i pogranicznicy zaabsorbowani jakimiś grami, ciężko nam opanować śmiech. Opuszczamy zatem kraj, który może zainteresować jako dalece odmienny od naszego, kraj niewątpliwie z wielkim potencjałem. Jednak brak poszanowania środowiska naturalnego, architektoniczny chaos nie czynią z Albanii miejsca, w którym chciałbym na dzień dzisiejszy zamieszkać. Ciężko o rzetelny opis kraju, w którym spędziło się niespełna dwa dni. Dlatego chcielibyśmy tam jeszcze kiedyś powrócić i zobaczyć więcej.

Macedonia i powrót do domu

Wjeżdżając do Macedonii odczuwamy pewną ulgę. Od razu rzuca się w oczy bujna zieleń. Początkowo ruch na drodze jest minimalny, jednak im bliżej Ochrydy, tym więcej aut i krzykliwej komercji, mniej niezabudowanej przestrzeni, ciszy i spokoju.  Ciężko znaleźć nawet jakiś skrawek na rozbicie namiotu. W końcu pod osłoną nocy wbijamy się na przydrożną plantację i tam spędzamy noc. Następnego przedpołudnia zwiedzamy Ochrydę – miasto trzeba przyznać bardzo ładne. W tym miejscu kończy się nasza rowerowa wyprawa, chociaż gdybyśmy wiedzieli jak będzie wyglądać nasza podróż autobusem do Skopje, zapewne zdecydowalibyśmy się do stolicy Macedonii popedałować. Coraz bardziej doceniamy wyspy i już tęsknimy do bezludnych plaż i nieskażonych przez naturę przestrzeni. Wyprawy w miejsca takie jak wyspy greckie to niczym teleportacja do innej rzeczywistości. Przechodzisz przez drzwi od szafy i już jesteś w zupełnie innym świecie, gdzie jeszcze możliwe jest doświadczenie niemal bezgranicznej wolności, przeżycie przygody, o której ludzie myślą, że może się wydarzyć jedynie w awanturniczej książce z okresu dzieciństwa.

You are here: Home Relacja (cz. II)