Wiatr rządzi w królestwie żywiołów

Mieli ostry wiatr przeciwny, musieli zatem wiosłować, ile sił starczyło,

dzień i noc. Noce były już jasne i sposobne do jazdy”. – „Saga o Egilu”

 

Południe

Na malutkim, praktycznie pustym lotnisku w Keflaviku lądujemy późnym popołudniem. Islandia wita nas słoneczną pogodą, błękitnym niebem i przelotnym opadem deszczu niewiadomego pochodzenia. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów opustoszałą drogą rozbijamy namiot na rozległej równinie pokrytej miękkim mchem. Poranek jest słoneczny, powietrze bardzo łagodne, wzdłuż drogi rozciągają się niezmierzone pola lawy. Z premedytacją nie skręcamy w bezasfaltowe drogi półwyspu Reykjanes, zostawimy je sobie na deser. Chcemy nieco pokręcić po asfalcie, zobaczyć jak sprawdzi się sprzęt i przede wszystkim zaprowiantować się solidnie na dalsze dni. Natężenie ruchu w okolicach stolicy jest spore, dopiero po zjeździe na drogę nr 39 możemy odetchnąć z ulgą: samochody znikają całkowicie, jest przepiękne słoneczne popołudnie, na horyzoncie rysuje się morze. W obrębie naturalnej skalnej fortyfikacji, na miękkim mchu rozbijamy namiot.

Poranek jest wietrzny, jedziemy nad brzegiem morza i patrzymy, jak ciemne chmury ustępują miejsca jaskrawemu błękitowi. Teren jest płaski, scenerie sielskie, w żadnym razie nie spektakularne, ale pięknie tu. Pusto. Z wyjątkiem ptaków, które – kiedy tylko przejeżdżamy – wznoszą niebywały wrzask i … atakują nas. Tak, lepiej mieć kask na głowie, bo kto wie. Brak nocnych ciemności powoduje, że nie trzeba się nigdzie spieszyć, szczególnie, iż wieczorem droga główna pustoszeje. Namiot rozbijamy przed północą, na wielkim, ciągnącym się aż po horyzont omszałym polu. W oddali widać charakterystyczne kształty archipelagu Vestmannaeyjar. Podłoże jest pokryte niezwykle drobnym pyłem wulkanicznym, który wnet pokrywa także znaczną część ekwipunku i naszych ciał. Tak, to przecież niedaleko stąd miała miejsce niedawna erupcja wulkanu Eyjafjallajökull. Przed południem podziwiamy dwa spektakularne wodospady: Seljalandsfoss oraz Skogarfoss, na które można by patrzeć i patrzeć całymi godzinami. Aura nie pozwala nam dziś zapomnieć, gdzie jesteśmy. Pogoda zmienia się niezwykle często: mżawka, słońce, deszcz, błękitne niebo – takie widoki w ciągu jednej godziny to tutaj nic niezwykłego. Wzdłuż drogi rozciągają się połacie pyłu wulkanicznego, pozostałość po niedawnych dantejskich scenach, na które patrzył cały niemal świat. Wiatr się wzmaga, niesiony wraz z nim drobny pył wdziera się do ust i nozdrzy. Nadkładamy nieco drogi aby zobaczyć cypel Dyrhólaey z piękną wulkaniczną plażą. Wrażenie psuje nieco gęsty deszcz oraz całkiem niska temperatura.

Piękny słoneczny poranek, cudowny błękit nieba i zieleń traw odsuwają w niepamięć nieprzyjemne chwile sprzed kilkunastu godzin. Szalony zjazd do Vik, zakupy i niespieszna kawa gdzieś na poboczu drogi z widokiem na morze i piękne skalne formacje. Znowu nasza czujność zostaje uśpiona, tak gwałtownych zmian pogody, to u nas raczej nie ma. Ciemne chmury napływają nie wiadomo skąd, znikąd uderza frontalny wiatr, deszcz pada w poziomie. Zwijamy się więc z kuchenką i innymi bambetlami. Nic to, ubieramy neoprenowe buty, rękawice i resztę wodoodpornego rynsztunku. Niesione z wiatrem krople atakują nasze twarze niczym szpilki, o jeździe powyżej 10 km/h można jedynie pomarzyć. Każdy kilometr w tych warunkach to sukces. Po mniej więcej trzydziestu takich małych sukcesach na liczniku pokonywanych w tempie piechura ochota do jazdy jest jakby mniejsza. Chyba o tym nie wspomniałem – jesteśmy w samym środku Myrdalssandur, zdradliwej pustyni słynącej z naprawdę ciężkich warunków, burz piaskowych niebezpiecznych nawet dla samochodów. Suniemy mozolnie przez ten jałowy krajobraz, wiatr i deszcz narastają z każdą chwilą. Późnym popołudniem jesteśmy już porządnie wyczerpani i postanawiamy, że dość już na dzisiaj kręcenia. Ruszymy dalej choćby i w środku nocy, niech no tylko wytworzy się jakaś „dziura” tym sztormie. Problem w tym, że na tej równinie kompletnie nie ma gdzie się zatrzymać, nie można wypatrzeć niczego, co mogłoby ochronić namiot przez nawałnicą. Po kilkuset metrach przekraczamy niewysoki betonowy most przerzucony nad wyschniętym korytem rzeki. Nie namyślając się długo sondujemy teren i pomimo, iż nawet tutaj wiatr szaleje, udaje nam się rozstawić namiot. Zrzucamy przemoczone ubrania, wskakujemy do śpiworów i obmyślamy dalszą strategię. W środku nocy przerywam płytki sen i wychodzę na drogę zobaczyć, jak się sprawy mają. Niestety, ledwie da się ustać, do tego nieprzerwanie pada. Nad ranem zauważamy, że zdecydowanie się ochłodziło, zimno ciągnie od podłogi. „Pewnie to od tej rzeki, która nas właśnie zalewa”, żartuję. Wyglądam z namiotu, a tu faktycznie: zimno ciągnie od rzeki, która nas właśnie zalewa. Z każdą sekundą wody przybywa, jesteśmy pośrodku pokaźnego już nurtu, boso wskakujemy do rzeki i ratujemy nasz dobytek. Woda raczej ciepła nie jest, w końcu płynie wprost z majaczącego na horyzoncie lodowca. Wiatr nagle przestaje być problemem, problemem jest teraz rzeka. Wynosimy ekwipunek na drogę i kontynuujemy jazdę pod wiatr i deszcz. Nie wierzę w cuda, ale coś na kształt cudu właśnie stało się naszym udziałem. Po kilku zaledwie kilometrach wiatr i deszcz niemal całkowicie ustają, wychodzi słońce. Rozwieszamy domoczone rzeczy na jakiejś tablicy drogowej i z niedowierzaniem patrzymy, jak wszystko szybko schnie. Mówienie o cudzie byłoby szafowaniem tym zacnym pojęciem gdyby nie fakt, że oto wiatr zaczyna przywiewać dokładnie w nasze plecy i praktycznie bez wysiłku mkniemy przez ogromne obszary zastygłej lawy porośniętej przez bajecznie zielone mchy. W Kirkjubaejarklaustur dowiadujemy się, że ostatniej nocy wiatr wiał około 140 km/h i paru osobom też ostro dał się we znaki. Toczymy się po długiej prostej przez pustynię Brunssandur i nagle podmuch uderza z ogromną siłą, zupełnie jakby ktoś wymierzył w nas jakąś niewidzialną dmuchawę, przesunął pokrętło na „max” i bezlitośnie uruchomił potężne urządzenie. W tym wietrze spotykamy Dave’a, Brytyjczyka, jadącego z przeciwnego kierunki. Przedni hamulec ma zerwany od nieustannego zaciskania, na prostej drodze wiatr rozpędza go do niebotycznych prędkości. Krótką chwilę rozmawiamy, huragan porządnie nami szarpie. Pamiątkowe zdjęcie i żegnamy się, Dave oddala się z zawrotną prędkością praktycznie nie pedałując. Szkoda, że my tak dobrze nie mamy. Na przemian pchamy rowery i, gdy niewidzialna siła na chwilę zanika, próbujemy pedałować. Podczas jednej z takich prób huragan dosłownie zmiata Olę z drogi, koziołkuje do głębokiego na kilka metrów rowu, obładowany rower przygniata ją, po drodze dotkliwie uderza głową w skały. Na pamiątkę mamy pęknięty kask i kilka zadrapań. Przed nami rozciąga się niegościnna pustynia, na szczęście widać też osamotnioną skałę, przy której po prostu będziemy musieli przenocować. Pomimo kamiennej osłony, namiot mocno się wygina, trzeba go porządnie zastabilizować, żeby nie odleciał.

Wschód

Od rana znów zmagamy się z pustynnym wiatrem, początkowo sporo prowadzimy rowery. Około południa docieramy do parku narodowego Skaftafell, gdzie urządzamy sobie wycieczkę do malowniczego wodospadu Svartifoss oraz do czoła potężnego Vatnajökull. Kolejnego dnia kontynuujemy jazdę wzdłuż lodowca, widoki są nieziemskie. Spędzamy sporo czasu nad lodową laguną Jokulsalron, wpatrujemy się w fantazyjne kry oraz odpieramy ataki nieobliczalnych ptaków. Cielący się lodowiec, bryły lodu niesione przez lodowcową rzekę – fascynujący spektakl. Następnego ranka mocno pada, opóźniamy nasz wyjazd. Jednak czekanie z reguły nie ma sensu. Najlepiej nie oglądać się na warunki i po prostu wyzbierać się – z namiotu pogoda zawsze wygląda bardziej przygnębiająco. W strugach ulewnego deszczu dojeżdżamy do Höfn, gdzie znajdujemy zadaszenie, pod którym możemy nieco odpocząć. Zadaszenia na Islandii to odrębne, bardzo ciekawe zagadnienie: w co być może ciężko uwierzyć, niezmiernie ciężko tu o choćby kawałek wystającego dachu, o wiatach nawet nie wspominając.

Widoki na odcinku poprzedzającym Djúpivogur są wprost fenomenalne, malownicze plaże, zatoki, absolutnie cudowne miejsca. Jednak po pewnym czasie jazda wzdłuż fiordów wschodnich staje się nieco monotonna – każdy fiord jest łudząco podobny, port usytuowany w podobnym miejscu, jadąc mamy wrażenie „deja vu”. Najprzyjemniejszy jest odcinek za Fáskrúðsfjörður, głównie za sprawą tunelu, który pochłania w swych trzewiach niemal wszystkie samochody zmierzające do Egilsstadir. My oczywiście wybieramy dłuższy wariant, wzdłuż fiordów. Na całym odcinku mija nas jeden zabłąkany samochód. Wszystko spowijają mgły, jest niemal bezwietrznie, słońce przypieka. Od Egilsstadir dzieli nas pokaźna przełęcz, za którą pogoda gwałtownie się załamuje, temperatura szybko spada, nadciągają ciężkie chmury. Nocleg spędzamy nad rzeką, kilka kilometrów przed miastem, jest zimno. Droga za Egilsstadir jest mało ciekawa, takie odcinki po prostu należy szybko pokonać. Noc spędzamy na ponad 500 m.n.p.m, całą noc szaleje lodowaty wiatr, strasznie wyziębia wnętrze naszego namiotu.

Północ

Po kilkudziesięciu przedpołudniowych kilometrach wjeżdżamy na drogę nr 85 wiodącą wokół najbardziej na północ wysuniętego skrawka Islandii, półwyspu Melrakkasletta. Obszary te są rzadko odwiedzane przez turystów, są też niezmiernie słabo zaludnione. Jednym słowem, tego właśnie poszukujemy. Nie ma tu spektakularnych atrakcji pokroju lodowców czy obszarów geotermalnych. I bardzo dobrze, w przeciwnym razie nie jechalibyśmy po pustej gruntowej drodze, nie patrzylibyśmy w całkowite samotności na potężne drewniane bale wyrzucane przez wzburzone fale Atlantyku. Mam ogromny sentyment do tego rejonu, chociaż pogoda początkowo jest bardzo zła. Deszcz, nieustający wiatr z przeciwka, częste pchanie roweru, niska temperatura. I tak przez ponad dwa dni, bez przerwy. Czasami można przeczytać jak to już pierwszego dnia ktoś tak dostał w kość deszczem, wiatrem i „tarką” na drodze, że mu się wszystkiego odechciało. Islandia nie jest bowiem dla ludzi niecierpliwych, dla rowerzystów, dla których dzień wietrzny i deszczowy to „dzień świra” i skołatanych nerwów.

To już 17 dzień naszej wyprawy, gdy docieramy do najbardziej na północ wysuniętej islandzkiej osady, Raufarhöfn. Miasteczko to kilka ulic, na których nie widać nikogo, barakowa zabudowa, wokoło tylko ptaki, ocean i nieskończona przestrzeń. Wybrzeże na południe od Kopasker jest doprawdy urzekające, niesamowicie wręcz malownicze, sporo czasu spędzamy na czarnych, bezludnych plażach obserwując ptaki. Wieczorem docieramy do pięknego kanionu Asbyrgi, skąd drogą F226 ruszamy w kierunku Myvatn. Nie napiszę, że nawierzchnia jest gładka, ale droga jest przejezdna bez jakichś większych problemów, oczywiście dla rowerów górskich na solidnych kołach. Po drodze odwiedzamy Hljóðarklettar („szepczące skały”) oraz przepiękne wodospady Dettifoss oraz Selfoss. Gapiąc się w wody najpotężniejszego wodospadu Europy spostrzegamy, że nasz niewidzialny przyjaciel nadciąga z północy. Tumany pyłu szaleją na pustynnej drodze, czas ruszać. Po kilkudziesięciu kilometrach kończymy jazdę po wertepach. Całkiem niezły był to sprawdzian przed zapuszczeniem się w interior. Nocną ciszę zakłóca tajemniczy odgłos z wnętrza ziemi i zapach siarki. Przypominamy sobie gdzie jesteśmy. Myvatn jest miejscem, bez odwiedzenia którego obraz Islandii będzie niepełny. Poświęcamy cały dzień na zwiedzanie obszaru, który bardziej przypomina odległą planetę aniżeli naszą poczciwą Ziemię. Gotujące się błota, kratery, nieprzyjemny zapach drażniący nozdrza i wsiąkający w ubranie, czerwona ziemia. Wokół jeziora miliony meszek oblepiają ciało, na szczęście ta odmiana nie kąsa, nie ma więc się czego obawiać. Od rana do późnej nocy udaje nam się zobaczyć tyle cudów natury, że kładąc się spać mamy poczucie całkowitego odrealnienia.

Odcinek pomiędzy Myvatn a Akureyri, za wyjątkiem pięknego wodospadu Godafoss, nie jest zbyt interesujący, głównie dlatego, że na drodze panuje spory ruch. Dopiero minąwszy miasto, kiedy zjeżdżamy z „Ring Road” na drogę wiodącą wokół półwyspu Tröllaskagi możemy odetchnąć i ponownie delektować się jazdą oraz wspaniałą, słoneczną pogodą. Tuż przed Dalvik spotykamy nietuzinkową postać. Bertus jest Holendrem, na rowerze podróżuje od czterech lat, Wcześniej pracował jako kierowca TIR-ów, jednak pewnego dnia doszedł do wniosku, że w sumie to pracuje, zarabia i wszystko wydaje na jedzenie, utrzymanie i inne przyziemne sprawy. Jednym słowem, jego żywot jest niezbyt ciekawe, strawy dla ducha w nim za grosz. Z dnia na dzień rzucił więc dotychczasowa robotę i tak rozpoczęła się jego przygoda z rowerem. Każdego roku wyrusza na trzy miesiące w trasę i po powrocie podejmuje jakąś dorywczą pracę. Na pożegnanie dajmy Bertusowi bochenek chleba i ruszamy dalej, na północ. Cały dzień świeci słońce, można powiedzieć nawet, że jest upalnie jak na islandzkie standardy. Półwysep jest mocno górzysty, przecina go piękna górska droga o szutrowej nawierzchni. W okolicy przełęczy spędzamy niczym niezakłóconą noc. Wokoło nas ośnieżone szczyty, głębokie cienie.

Interior


Nazajutrz rozpoczynamy przejazd przez interior wyspy szlakiem Kjölur poprowadzonym między lodowcami Langjökull i Hofsjökull. Początkowo jedzie się nadspodziewanie dobrze, droga nie jest zbyt wyboista, ale nawet gdyby była, lepsze to niż najrówniejszy nawet asfalt i pędzące samochody. W miarę łagodnym podjazdem pokonujemy kilkaset metrów przewyższenia, jesteśmy na płaskowyżu, wokoło liczne jeziora. Jako że pora już słuszna i wiatr z przeciwka napiera, w przydrożnym zagłębieniu rozbijamy namiot. Jeszcze wieczorna zupka przyrządzona na mętnej wodzie glacjalnej i spać. Wichura szaleje całą noc, rano jest jeszcze mocniejsza. Droga jest pusta, lekko wznosi się na ponad 600 m n.p.m. Nasza prędkość oscyluje w przedziale 6-10 km/h. Nawet nieliczne mijające nas auta potrafią wkurzyć, a raczej okurzyć nas solidnie. Po ponad 30 kilometrach walki z ciężkimi warunkami odpoczywamy w pomarańczowej chatce ratunkowej. Około 10 kilometrów przed Hveravellir jakość drogi dramatycznie pogarsza się i tak będzie już do końca. Wielkie głazy, grząski teren, piach i żwir. Do tego zaczyna padać. Nie pozostaje nic innego jak zakończyć 25 dzień jazdy w samym środku rozległej pustyni. Cóż za niesamowita cisza i widok na lodowce!

Od rana kontynuujemy zmagania z niebywale kamienistą drogą, na przemian tarka i luźne kamienie, od wielkich po bardzo drobne. Mimo iż w przeważającej części jest w dół, jedziemy w granicach 10 km/h. Deszcz nas goni, także przez długi czas jedziemy bez przerwy. Taktyka okazuje się skuteczna, gdy pojawia się słońce, ciężko ukryć śmiechy. Ucieczkę przypłacamy niemałym zmęczeniem i w okolicy rzeki Hvítá zatrzymujemy się na dłuższą przerwę. Pokonujemy jeszcze dwie większe przełęcze i powoli kończymy przygodę ze szlakiem Kjölur. Wjeżdżając na gładką asfaltową nawierzchnię czujemy się jakoś dziwnie, można swobodnie puścić kierownicę, nie trzeba walczyć o życie i być cały czas mocno skoncentrowanym.

Przed południem odwiedzamy wodospad Gullfoss oraz obszar geotermalny, na którym znajduje się kolejna wizytówka Islandii, Stokkur. Gejzer ten co kilka minut wyrzuca słup wody na wysokość kilkudziesięciu metrów – można tak patrzeć do znudzenia na ten fenomen natury. Zanim wyruszymy w dalszą trasę wymieniamy zużyte klocki hamulcowe, robimy przegląd rowerów. Przed nami bowiem znacznie trudniejszy odcinek aniżeli wszystko, po czym do tej pory jechaliśmy. Kamienisto-gliniastą drogę jedziemy wzdłuż rzeki Hvítá i ponownie spoglądamy na Gullfoss, tym razem z drugiego brzegu. Początkowo szlak jest nienajgorszy, wspina się dosyć łagodnie. Niestety na dalszym odcinku jest już kiepsko, nawierzchnia bardzo kamienista, luźna i zdradliwa. Wiatr przepędza złowrogie chmury, nie możemy oprzeć się wrażeniu, że gdziekolwiek byśmy się nie pojawili, rozpogadza się. Tego dnia przekraczając dwie większe rzeki, woda w najgłębszych miejscach sięga najwyżej do pasa. Jak dotąd nie minął nas żaden samochód, wokół nie ma żywego ducha. Niestety na dalszym odcinku droga nie nadaje się do jazdy, nawierzchnia to zwały kamieni, ciężko nawet pchać rower. Przez trzy godziny nabijamy w sumie 8 kilometrów. Po kilkudziesięciu kilometrach takiej zabawy i przekroczeniu kilku mniej lub bardziej głębokich rzek docieramy do absolutnego cudu natury. Oto oczom naszym ukazuje się Haifoss, drugi co do wysokości wodospad Islandii. Dla tego widoku warto się było pomęczyć blisko dwa dni. Jeszcze kilka kilometrów szutrową tarką i już asfaltową drogą zmierzamy na wschód, oczywiście pod mocny wiatr. Wieczorem docieramy do jedynej w okolicy stacji benzynowej, gdzie po mocno zawyżonych cenach kupujemy trochę jedzenia. Jak informuje znak, następna stacja za 268 km.

Kolejnego dnia jedziemy drogą F208 w kierunku Landmannalaugar. Kapitalne scenerie, na dużych odcinkach jedynymi kolorami są czerń i jaskrawa zieleń, niezapomniane kadry. Spotykamy dwóch Francuzów, mają poważne kłopoty z przeciążonymi tylnymi kołami, łakomie patrzą na naszą przyczepką, która sunie po terenie niczym czołg. Na kempingu w Landmannalaugar jesteśmy wczesnym popołudniem. Jest sporo ludzi, nieco gwarnie, rozważamy, czy nie jechać dalej. Wychodzi na to, że mocno się na tej Islandii wyalienowaliśmy. Z samego rana wyruszamy pieszo aby z bliska zobaczyć kolorowe góry, jakich próżno szukać gdzie indziej na ziemi. Na całym szlaku spotykamy zaledwie jedną osobę, młodego Niemca. Wierzchołki co chwila spowija mgła, widoki są doprawdy niepowtarzalne. Po zdobyciu najwyższego szczytu w okolicy przez ogromne pole lawy wracamy na kemping. We wspaniałym gorącym źródle relaksujemy się ponad godzinę i ruszamy w dalsza drogę. Trasę F225 wiodącą na zachód zgodnie uznajemy za najpiękniejszą podczas całej tegorocznej wyprawy. Księżycowy krajobraz, czarny piach i lawa, nierealnie zielone pagóry i błękitne niebo. Jakby powiedział nasz przyjaciel : „miazga”. Przejeżdżamy nieopodal „wrót do piekła” – nieobliczalnego wulkanu Hekla. Pomimo okazjonalnej tarki i grząskiej nawierzchni, jedzie się świetnie. W momencie, gdy zbliżamy się do rzeki przecinającej naszą trasę, urywa się hak w tylnej sakwie. W momencie, gdy urywa się hak w tylnej sakwie, zaczyna potężnie lać. Po kilkunastu sekundach jesteśmy nakryci plandeką. Oberwanie chmury trwa około godzinę. W tym czasie zastępujemy urwany nit śrubką i patrzymy jak potok koło którego siedzimy, zamienia się w rwącą rzekę. Deszcz ustaje, pokonujemy całkiem głęboki nurt i z radością obserwujemy wychodzące słońce.

Kolejnego dnia wracamy na asfalt i od razu robi się mniej ciekawie. Przez zamkniętą dla aut zaporę na rzece skracamy sobie drogę o dobrych kilkadziesiąt kilometrów. Wieczorem w Þingvellir spotykamy dwoje Szwajcarów, którzy kończą właśnie swoją wyprawę i obdarowują nas drogocennym towarem: dwoma linkami do przerzutek, które nam się nieco sfatygowały. Przed nami kolejny szlak wiodący przez interior, Kaldidalur, droga nr 550. Niestety od rana zamiata nami porywisty wiatr, który dodatkowo atakuje uciążliwymi strugami deszczu. Nawierzchnia składa się z kamieni, żwiru i piasku, krajobraz jest pustynny. Powoli wznosimy się na ponad 700 m n.p.m., pomimo dużego zachmurzenia widok na lodowce jest imponujący. Późnym popołudniem osiągamy Húsafell, w trudnych warunkach przejechaliśmy dziś ponad 70 km, całkiem nieźle.

Na dalszym odcinku droga jest w większości płaska, pada już tylko czasami. W Reykholt odpoczywamy koło cmentarza, gdzie o dziwo jakiś ekscentryk zainstalował zadaszenie. Co ciekawe, ciężko tu o zimną wodę, pod całą okolicą woda gotuje się bowiem, świadczą o tym choćby kłęby pary w okolicach Deildartunguhver, największego gorącego źródła w Europie. Dzień jest ponury, siąpi, scenerie raczej monotonne. Aby tylko trzymać się z dala od drogi głównej, z Varmaland jedziemy po niebywałych wręcz wertepach. Nocleg spędzamy na górskiej drodze nr 60.

Od rana w nieprzeniknionej mgle kontynuujemy wspinaczkę na przełęcz. Na szczęście nad morzem, w Búðardalur jest słonecznie. Robimy tam większe zakupy, przed nami bowiem odludne obszary Fiordów Zachodnich. Pod wieczór oglądamy spektakl na niebie, potężne deszczowe chmury nadciągają zarówno ze wschodu jaki i z zachodu, widać, że leje wszędzie z wyjątkiem miejsca, w którym jesteśmy. Nie namyślając się długo pędzimy przez kamienną groblę przecinającą Gilsfjörður i widzimy, jak chmury ścierają się za nami. Po raz kolejny uchodzimy przed deszczem.

Zachód


Fiordy Zachodnie witają nas wspaniałą pogodą, bezchmurnym niebem. Ach, to wspaniale palące słońce północy! Od razu przypominamy sobie przepiękne lato A.D. 2008 za kołem podbiegunowym. Nie da się jednak ukryć, wielką przewagą Islandii jest całkowity brak dokuczliwych insektów. Szutrową drogą nr 608 wspinamy się na przełęcz. Blisko pięciokilometrowe serpentyny i 500 metrów przewyższenia sprawiają nam spory kłopot, głównie za sprawą śliskiego żwiru i dużego kąta nachylenia drogi. Nie ma jednak co narzekać, z podjazdu roztacza się fenomenalny widok na Þorskafjörður, a droga przez płaskowyż jest naprawdę niezłej jakości. Wkrótce dojeżdżamy do drogi asfaltowej, którą przez ponad 20 kilometrów jedziemy w dół, wprost do poziomu błękitnej wody wypełniającej Ísafjörður.

Rano deszczowa chmura wydaje się wisieć nad naszym namiotem. Rzeczywiście, gdy tylko odjeżdżamy około kilometr, pogoda poprawia się. Fiordy Zachodnie, w przeciwieństwie do tych na wschodzie, są urozmaicone, każdy jest wyraźnie inny. Scenerie wgniatają w ziemię, widok na Súðavík, okolice miasta Ísafjörður, Önundarfjörður… szkoda wymieniać, szkoda coś pominąć. Droga na zmianę wije się wzdłuż fiordów, czasami wznosi się obszernymi serpentynami na około 500 m n.p.m. Pogoda przez większość czasu jest bezchmurna, słońce przypieka. Noc spędzamy nieopodal przepięknego wodospadu Dynjandi. O poranku mgła jest tak gęsta, że widoczność nie przekracza kilku metrów. Gdy droga wynosi nas na znaczną wysokość, naszym oczom ukazuje się nieskażony niczym błękit nieba, pod nami rozciąga się niezmierzony ocean chmur. Takie widoki towarzyszą nam przez kilka dni. Czterdziestego dnia naszej podróży z niemałym żalem opuszczamy krainę Fiordów Zachodnich, która zaskoczyła nas swoją łagodnością. Wieczornym promem przepływamy na Snæfellsnes, półwysep nazywany często „Islandią w miniaturze”. Podczas rejsu udaje nam się zaobserwować wieloryby oraz fantastyczne zjawiska świetlne, co nieco łagodzi nasz gniew wywołany ceną biletu. Namiot rozbijamy późno, co po raz pierwszy ma jakieś znaczenie – pokonanie sporego odcinka na południe w połączeniu z faktem, że jest już 11 sierpnia przekłada się na zauważalny zmierzch. Walory krajobrazowe półwyspu faktycznie nie są przereklamowane: kolorowe góry, rozległe pola lawy, malownicze zatoki, zielone pastwiska. Żeby nie było tak różowo, jedziemy pod wiatr, a wieczorem pogoda załamuje się. Namiot rozbijamy na polu zastygłej lawy w pobliżu wulkanu-lodowca Snæfellsjökull, przez który można dotrzeć do wnętrza ziemi, co ze wszystkimi szczegółami opisał Juliusz Verne w swojej klasycznej powieści. Z powodu bardzo złej pogody tym razem nie decydujemy się odwiedzić podziemnego królestwa, moglibyśmy nie zdążyć do Keflaviku na nasz samolot.

Mgła, deszcz i frontalny wiatr raczej nie zachęcają do jazdy. Jedziemy około 10 km/h w widoczności ograniczonej do ledwie kilku metrów. Przez niemal dwa dni nie przestaje padać nawet na sekundę, 180 kilometrów bez większej historii.
Rejon Þingvellir po raz kolejny okazuje się dla nas niezbyt łaskawy. Wszędzie otwarta przestrzeń, wiatr szaleje, nie bardzo jest się gdzie zatrzymać. Szczęśliwie nieopodal drogi jest spora kupa okazałych głazów. Wykorzystując podstawowe prawa fizyki przetaczamy ogromny kamień i przyklejamy się do usypiska. W nocy mamy niezły huragan i deszcz, gdyby nie kamienna osłona, średnio by to wszystko wyglądało. Od rana w trzy godziny pokonujemy 7 kilometrów, wiatr porządnie nami zamiata. Po kolejnych dwóch kilometrach jesteśmy na środku równiny. Decydujemy się zawrócić około 500 metrów, które z takim mozołem zdobyliśmy i przy niewielkim wzniesieniu rozbić namiot, odpocząć i zaplanować dalszą trasę, podzielić ją na etapy i jakoś „zmęczyć” do rana. O sile wiatru niech świadczy to, że odcinek z powrotem pokonaliśmy w tempie ponad 30 km/h, pod górę, bez pedałowania. Kolejne kilkanaście kilometrów pokonujemy w czasie poniżej trzech godzin i wyjeżdżamy na asfalt. Jazda na wschód w tak silnym wietrze i deszczu nie wzbudza naszego entuzjazmu. Zamiast z wiatrem walczyć, postanawiamy go bezwzględnie wykorzystać i w niewiele ponad godzinę pokonujemy 40 kilometrów dzielące nas od Reykjaviku. Nie planowaliśmy odwiedzać stolicy Islandii, chcieliśmy trzymać się z daleka od większych miast. Trudno, nie wyszło, można w sumie powiedzieć, że zawiał nas tam wiatr, poniekąd wbrew naszej woli.

Nazajutrz do południa zwiedzamy centrum i kierujemy się na południowe wybrzeże półwyspu Reykjanes. To naprawdę wspaniały rejon, odludny, można tu znaleźć spokój i przepiękne scenerie. Obszary geotermalne, morze i ptaki, bezkresne pola lawy. Nie, nie odwiedzamy popularnego kąpieliska „Błękitna Laguna”, bezchmurne przedpołudnie wolimy spędzić delektując się pyszną kawą i falami rozpryskującymi się o skalisty brzeg. Tak żegnamy się z Islandią, a może ona z nami? Późnym wieczorem rozbijamy namiot na obszarze wyludnionego lotniska i po kilku godzinach snu meldujemy się na odprawie paszportowej. Z samolotu ostatni raz spoglądamy na rozświetloną porannym słońcem wyspę, na którą z pewnością jeszcze kiedyś powrócimy.

tekst: Michał Sitarz

You are here: Home Relacja