Azja Środkowa 2012: Część 1

Uzbekistan, przejścia na granicznym przejściu i pierwszy wieczór w Tadżykistanie

Lotnisko w Taszkiencie. Bagaże dolatują bez uszczerbku, co zawsze jest wspaniałą wiadomością w dniu przylotu. W bliskim i dalekim sąsiedztwie taśmy z bagażami nie ma wózków, trzeba więc kilkudziesięciokilogramowe worki i kartony nieść. Można też je ciągnąć po posadzce, w tej kwestii na szczęście pozostawiono przylatującym pełną dowolność. Długa kolejka do wypełniania jakichś deklaracji, naturalnie jedna kopia nie wystarcza, wypisujemy więc dwie na osobę. Późna noc, właściwie to do świtu już niedaleko, najtrudniejsza pora do podejmowania decyzji, pora głębokiego snu. Na zewnątrz pełno taksówkarzy, naganiaczy przekonujących, dlaczego to właśnie z ich oferty transportowej należy skorzystać.

Zaczynamy rozważać, czy faktycznie nie lepiej będzie odjechać za miasto z zapakowanym sprzętem i tam, w świętym spokoju, z dala od miejskiego gwaru i upału, bawić się w skręcanie rowerów. Jest busik który jedzie w interesującym nas kierunku i weźmie nas z całym ekwipunkiem za niewielkie pieniądze. Po kilku godzinach jesteśmy w Bekobod, pokonaliśmy długą prostą przecinającą płaską jak deska równinę. Jedyny hotelik w miasteczku nie przyjmie nas. A dlaczego? Bo nie przyjmuje obcokrajowców. A dlaczego nie przyjmuje obcokrajowców? Tego niestety nie wiemy do dziś. Nic nie pomaga rozmowa naszego kierowcy  z kierownikiem. Koniec końców zostajemy u pewnej uzbeckiej rodziny, momentalnie rozkładamy materace na podłodze i idziemy spać. Upał na zewnątrz niemiłosierny. Śpimy jak zabici około pięciu godzin. Widać tego nam było potrzeba, po południu niespiesznie zaczynamy rozpakowywać worki z ekwipunkiem, kartony z rowerami, skręcamy nasze jednoślady. Wieczorem jemy wspólną kolację z naszymi miłymi gospodarzami i ich gośćmi. Jest tu student metalurgii z Taszkientu, jest młody dziennikarz z Kazachstanu i kilka innych ciekawych osób. W nocy nie możemy spać, siadamy na schodach, patrzymy w rozgwieżdżone niebo. Jesteśmy daleko od domu, daleko od wszystkiego co znamy. Gospodyni przynosi nam koc, żebyśmy nie siedzieli na kamieniach. Tak, kolejna przygoda rozpoczęła się.

Wyjeżdżamy o poranku, mamy nadzieję, że od tego momentu wyłącznie o własnych siłach pokonamy kawał Azji Środkowej przez najbliższe dwa miesiące i doturlamy się szczęśliwie do Biszkeku.  Jedziemy długą prostą, trochę oślich zaprzęgów, trochę aut, nieskończona równina.

- Cześć kolego, mówi ktoś z otaczającej nas grupki skośnookich Uzbeków. Powitanie pada po … polsku.

- Cześć, odpowiadam. Skąd znasz polski… kolego????

- Wiesz, spędziłem w Polsce kilka lat, sprzedawałem towar na Stadionie X-Lecia w Warszawie.

- Pewnie handlowałeś płytami CD, co?

- Płytami też, ale głównie perfumami.

Na to włącza się inny i mówi, że pracował na Węgrzech. Mówi to na szczęście po rosyjsku. Na szczęście, bo chyba pomyślałbym, że śnię lub ktoś nas wkręca w jakąś intrygę…

Nasza wiza tadżycka obowiązuje dopiero od jutra. Mamy dylemat, czy ryzykować i liczyć że pogranicznicy nie zauważą, przymkną oko i jakoś się uda? Czy też może bezpieczniej będzie spędzić jeszcze jeden dzień w Uzbekistanie? Zasieki i wielka stalowa brama, prześwietlanie bagażu, część uzbecka załatwiona bez problemu. Idziemy na pewniaka do Tadżyków. Podajemy paszporty. O naiwności nasza, jakżeby mogli przeoczyć tak ewidentny brak formalny? Możemy przejechać, ale dopiero po północy, czyli za około dwanaście godzin od rozgrzanej palącym słońcem chwili obecnej. Czy aby na pewno nie da się nic zrobić? W rzeczy samej, nie da się nic zrobić. A cienia tu nie mają zbyt wiele, jedynie kilka drzewek. No nic,  poczekamy, cierpliwość to przecież ważna cnota, kształtująca charakter. Rozkładamy materace, wyjmujemy mapy i notatki. Czekamy. Po niezbyt długim czasie podchodzi pogranicznik.

- Ej, rebiata, przecież nie będziecie tak tu siedzieć, jest taka żarka. Sami pomyślcie, moglibyście w tej chwili jechać sobie dalej zamiast tracić cenny czas na bezczynnym wyczekiwaniu w tak mało ciekawym miejscu. Wiecie, ile moglibyście przejechać przez te 12 godzin?!

- No jasne, ale sami powiedzieliście, że nic się nie da zrobić, więc chyba nie mamy specjalnego wyboru?

- Wiesz, młodzieńcze, nigdy nie jest tak, że nie da się niczego zrobić – odpowiada z uśmiechem.

Okazuje się, że ma całkowitą rację. W Azji Środkowej tak to już jest, że czynnik ludzki potrafi ominąć bezduszną biurokrację, biurokracja praktycznie nigdy nie powoduje niemożności, „nie da się” nie ma tutaj racji bytu. Przechodzimy jeszcze kilka kontroli, pogranicznicy nie robią problemów, widać system działa sprawnie, zostali poinformowani, że jak dzisiaj ma być 5 lipca, to jest 5 lipca, choćby nawet był 4 lipca. Kolejna kontrola, chyba to już ostatnia, nasze paszporty sprawdza człowiek w białym kitlu zasiadający w obskurnym pomieszczeniu, którego wystrój stanowią odrapane paździerzowe biurko, portret jakiegoś dygnitarza (jeszcze nie wiemy kto to taki, ale wnet się dowiemy) i zwisająca z sufitu zupełnie naga żarówka. I właśnie ten człek pyta, jak to się stało, że chcemy wjechać do Tadżykistanu dzień przed ważnością wizy. Widać pierwszy pogranicznik wykonał o jeden telefon za mało. Przychodzi jakaś kobieta i też widać  nie rozumie, a może udaje że nie rozumie, zaistniałej sytuacji.

- Wasi koledzy z pierwszego punktu gdzieś dzwonili i dostali pozwolenie, żeby nas wpuścić – mówię.

- Jak to, dzwonili? A dokąd dzwonili?

- Nie wiem dokąd dzwonili, ale dzwonili, chyba do ministerstwa spraw wewnętrznych, coś takiego chyba mówili. Spytajcie ich zresztą sami.

- Jak to możliwe, że macie pieczątkę wjazdową z datą 5 lipca, wizę ważną od 5 lipca, a przecież dzisiaj mamy 4 lipca!

- Nie wiem jak to możliwe, ale widać jednak możliwe. Najlepiej zadzwońcie do tych panów i sami zapytajcie.

Coś długo gadają przez telefon, oj długo, co – przyznam – zaczyna nas nieco niepokoić. Nie fajnie by było trafić do więzienia, jakiegokolwiek więzienia a tadżyckiego w szczególności, już na samym początku podróży. Przecież my sobie spokojnie chcieliśmy poczekać te 12 godzin, to oni wyszli z inicjatywą pomocy. W końcu urzędnik z kwaśną miną wręcza nam paszporty, podnosi się ostatni szlaban i … jesteśmy w Tadżykistanie!

Po kilku kilometrach spokojnego kręcenia zatrzymujemy się przy powstającej stacji benzynowej aby kupić kilka pomidorów prosto z zaparkowanej tu furgonetki. Sprzedawca daje nam pomidory, nie chce nawet słyszeć o zapłacie. Właściciel stacji daje nam arbuza, jemy wspólnie pod zadaszeniem. Rozmawiamy.  Ależ ci ludzie są gościnni.

Zatrzymujemy się w jakimś miasteczku na popołudniowy posiłek. Niespodziewanie  podjeżdża do nas obładowany bagażami rowerzysta. Daniel jest Szwajcarem, jedzie samotnie, w Azji był już kilkakrotnie. Pyta czy nie moglibyśmy pojechać przez jakiś czas razem. Dlaczego nie? Jeszcze nigdy z nikim nie jechaliśmy w podróży przez dłuższy czas.  Już wieczór, wjeżdżamy do jedynej w okolicy wioski, niska zwarta zabudowa, klasyczne lepianki budowane w pustynnym terenie. Podjeżdżamy do pierwszego podwórka, pytamy o wodę. Młody chłopak perfekcyjną angielszczyzną oferuje abyśmy spędzili noc w jego domu, albo, jeśli już tak bardzo chcemy spać w namiocie, rozbijmy się na jego podwórzu. Umidzhon spędził rok na stypendium w USA, teraz uczy angielskiego studentów w Khujand, chociaż pieniądze z tego są symboliczne. Chłopak ma  w sobie mnóstwo pozytywnej energii, posiada pierwszej klasy intelekt i tak wyrafinowane poczucie humoru, że aż wierzyć się nie chce,  że jakimś przedziwnym zrządzeniem losu nasze drogi skrzyżowały się w takim miejscu. Przyznaję, że nieco się obawiam, czy zaraz nie dowiem się, że sprzedawał ciupagi, kierpce i oscypki pod Gubałówką w Zakopanem… Przecież wówczas musiałbym całkiem na poważnie zakwestionować realność dzisiejszych spotkań.

Zostajemy zaproszeni na kolację, rozmawiamy o potencjalnych zagrożeniach w Tadżykistanie. Umidzhon mówi, że jest tu trochę jadowitych węży, skorpionów, pająków. „Chcecie zobaczyć?”, pyta. Po chwili zjawia się ze słoikami i butelkami, w których trzyma węże, skorpiony i pająki. Wąż trzymany jest do  celów konsumpcyjnych, ponoć będzie z niego pyszna zupa, prawdziwy delikates. Z tych biednych gadów miejscowi przyrządzają również lekarstwa, „moda” na węże wzięła się ponoć od Chińczyków, którzy budując drogi w Tadżykistanie dali się poznać właśnie z łapania węży i przerabiania ich na rozmaite specjały. Wąż jest ponoć jadowity, ale nie przeszkadza to naszemu gospodarzowi w wyjęciu go z butelki i pokazaniu jego ząbków. Zaczyna wiać pustynny, porywisty wiatr. Dobrze że nasze namioty rozstawiliśmy za osłoną muru, choć i tak pomimo tego nieźle nimi szarpie.

Tajikistan

C.D.N.


Michał Sitarz

You are here: Home Część 1