Azja Środkowa 2012: Część 2

Przełęcz Shahristan, czarnoskóry Duńczyk i drogocenne mumio

Od rana napotkani ludzie co rusz zapraszają nas na arbuza, na zielony czaj. Droga mija spokojnie, łagodnie wspinamy się, zdobywamy dzisiaj znaczną wysokość. Mijamy też kilka wiosek i miasteczek, możemy popatrzeć jak płynie życie w Tadżykistanie.

Już późne popołudnie, głęboka prowincja, wokoło tylko pola. Nagle słychać głos, ktoś macha i biegnie do nas. Zatrzymujemy się więc. Starszy mężczyzna mówi, że już kilka godzin idą z synkiem bez wody, pokazuje pustą butelkę. Mieli tylko butelkę po benzynie i do niej zdołali nabrać trochę wody z jakiejś niewielkiej kałuży. No i pili z tej butelki, która faktycznie mocno śmierdzi benzyną! Ich dom znajduje się jakieś dwa kilometry stąd, ale myśleli, że już nie dojdą, że umrą z pragnienia. Gdy daję im litr wody mineralnej piją łapczywie i dziadek mówi, że musimy do nich przyjechać, że właśnie uratowaliśmy im życie i on chce nas ugościć, że ubije barana, że bardzo nalega. A tak w ogóle to on ma piętnaścioro dzieci. Ciężko uwierzyć, że ten dzieciaczek to jego syn. Już ciemno, wbijamy się do przydrożnego zagajnika. Gotujemy, rozmawiamy, w takich momentach docenia się podróżowanie w większym gronie.

Pewien Uzbek spotkany po drodze mówi nam, że owszem, że widział sporo turystów rowerowych w swoim życiu, że widział także rower z przyczepką, widział tandem, jednakże gadających po rusku rowerzystów to jeszcze nie widział nigdy! Rowerzyści wydawali mu się jacyś tacy obcy, zdystansowani, aż do dnia dzisiejszego. Miło nam to usłyszeć. W centrum Istaravshan jemy śniadanie na schodach dużego sklepu. Jesteśmy w mieście, które istnieje do ponad 2500 lat. Wstajemy skoro świt, żeby jak najwcześniej rozpocząć wspinaczkę na przełęcz Shahristan. Rozstajemy się z Danielem, bardzo nam się miło jechało przez te kilka dni, jednak uznajemy, że nie ma co iść na kompromisy, niechaj każdy jedzie własnym tempem. To przecież właśnie jest najpiękniejsze w podróży, niczym nieskrępowana wolność, swoboda wyboru tempa i kierunku jazdy.

Podjazd na przełęcz jest wymagający, stromy, o mocno zniszczonej, kamienistej nawierzchni. Przekonał się o tym kierowca ciężarówki, który spadł z drogi i oparł się o skalne zbocze, koła przechylonego pojazdu zawisły wysoko ponad drogą. Człowiek ten jednak spokojnie drzemie od kilku godzin na poboczu i oczekuje na jakąś pomoc. Widać takie sytuacje to dla niego chleb powszedni. Aż ciężko uwierzyć, że tak fatalna droga jest jedynym szlakiem łączącym dwa największe miasta w kraju: Duszanbe i Khujand, że to jedyny szlak łączący północ z południem Tadżykistanu! Pięciokilometrowy tunel pod przełęczą zostanie otwarty kilka miesięcy po naszym przejeździe tą drogą, po wielu latach intensywnych prac armii chińskich robotników. Trzeba przyznać, że szybka wspinaczka na 3378 m n.p.m. nieco nas zmęczyła. Nawierzchnia po drugiej stronie przełęczy składa się z jeszcze drobniejszego pyłu, który wzniecony przez przejeżdżające auta na długo zawisa w powietrzu, wdziera się do oczu, ust i nozdrzy, bez względu jak szczelnie się zakryjemy. Szkoda, że tunelu nie otwarto kilka miesięcy wcześniej… Szybko tracimy wysokość, z każdą minutą karkołomnego zjazdu odczuwamy rosnącą temperaturę.

Gdy już niemal osiągamy dno doliny, mija nas samochód, kierowca nakazuje abyśmy się zatrzymali. Z wozu wychodzi czarnoskóry mężczyzna i pyta czy mówimy po angielsku. Gdy przytakujemy, niemal wpada w ekstazę:

- Jesteście pierwszymi napotkanymi w tym kraju ludźmi, którzy mówią po angielsku! Jestem Duńczykiem, podróżowałem tak jak wy, tyle tylko, że na motorze.

No tak, pewnie dawno to było, pewnie chłopak wzruszył się bo przypomniał sobie swoją przygodę sprzed lat, myślę sobie.

- No i przejechałem kawał Azji, aż w końcu zawitałem do Osh w Kirgistanie, a ściślej rzecz ujmując, na tamtejszy bazar. Odwróciłem się tylko, żeby zapłacić za owoce i za coś tam jeszcze po czym… motoru już nie było. Tak, jakieś kirgiskie dranie zwinęły mi motor wykorzystując ułamek sekundy mojej nieuwagi.

- No to przykra sprawa - mówię i po chwili dodaję: - A w którym dokładnie roku to było [w Kirgistanie kilka lat temu była krwawa wojna więc może nasz Duńczyk, a raczej jego motor, padł ofiarą szabrowników]?

- W którym roku? Jak to w którym roku?! - pyta mocno zdezorientowany. - Przecież to było wczoraj, a raczej dwa dni temu!

- Że co?! - zapytuję z niedowierzaniem.- To co ty, stary, do cholery, robisz w Tadżykistanie??!

- Po tej kradzieży od razu poinformowałem policję, ale powiedziano mi od razu, szczerze, bez owijania w bawełnę, żebym się nie łudził, żebym nie liczył na cud, a tutaj musiałby zdarzyć się jakiś, a cuda jak wiemy zdarzają się nader nieczęsto, żebym jeszcze kiedykolwiek ujrzał moją maszynę. Zaufałem więc lokalnym praktykom, wziąłem taksówkę i poprosiłem kierowcę, żeby wiózł mnie jak najszybciej i jak najdalej z tego przeklętego kraju, niech mnie wiezie czym prędzej do granicy chińskiej. Wiecie, chciałem przecież dalej kontynuować podróż na wschód. Jazda trwała całą noc, nagle ze snu wyrywa mnie kierowca i mówi, że to już, że jesteśmy na granicy. No i faktycznie, pełen stresu dzień sprawił, że podróż przespałem jak dziecko, ale uspokoiłem się nieco gdy ujrzałem przejście graniczne, zabrałem więc moje torby i pożegnałem się z kierowcą, chciałem też jak najszybciej pożegnać Przeklętą Republikę Kirgistanu. Podczas kontroli paszportowej coś jednak mnie zaniepokoiło. .. całkiem szybko otrząsnąłem się z letargu, oto bowiem zorientowałem się, że to nie granica z Chinami, lecz z… Tadżykistanem!!! Całe szczęście miałem ważną wizę tadżycką… Ludzie, pod żadnym pozorem nie jedźcie do Kirgistanu, zostaniecie tam najpewniej okradzieni, jeśli w ogóle ujdziecie z życiem. Mówię Wam, nie jedźcie tam, a jeśli już koniecznie musicie tam jechać, nie jedźcie do Osh, nie jedźcie do Bishkeku, nie jedźcie do Jalalabad ani do żadnego innego kirgiskiego miasta. Trzymajcie się gór, trzymajcie się prowincji, trzymajcie się z dala od miast, błagam was, weźcie to sobie do serca, weźcie to sobie do serca, jeśli wam życie miłe.

Żegnamy się, nie wiemy czy mamy do czynienia z szaleńcem, konfabulantem, czy też faktycznie chłopak ma taaakie przygody!

Gdy zapada zmrok, jesteśmy na dnie kamiennego wąwozu pośród gigantycznych, porozrzucanych niczym klocki w dziecinnym pokoju skał, które stoczyły się na dno kanionu. Oby tylko żadna nie namyśliła oderwać się od skalnego zbocza dzisiejszej nocy. Gdy zabieramy się do rozładowywania rowerów, zauważamy dwóch mężczyzn schodzących z gór po skalistym, sypkim urwisku. Jeden niesie torbę wypełnioną tajemniczą zawartością. - Nie będzie Wam przeszkadzało, jeśli rozbijemy tutaj namiot? – pytam. - Chodźcie z nami, nieopodal jest nasza „stolowaja”, lepiej nie nocować tutaj, jest dużo skorpionów, żartów nie ma. Brodaty właściciel okazałej torby okazuje się być profesorem, wykładał kiedyś tadżycką literaturę na uniwersytecie. Odkrywa przed nami swój skarb – kilka kilogramów czarnej, kamiennej substancji. Jak mówi, to „krew skał”, niezwykle pożądane lekarstwo na wiele dolegliwości. Dobre na skórę, znakomite na raka, doskonałe na różne choroby układy pokarmowego, oddechowego i krwionośnego. Jak mówi, sam nie zbiera tych smoło-podobnych minerałów, lecz odkupuje je od mieszkańców położonej daleko za górami wioski. Wydobywają oni drogocenna substancje z trudno dostępnych pieczar skrytych w sercu wysokich gór. - Kiedyś zabrałem ponad 20 kilo do Moskwy, na sprzedaż, wszystko rozeszło się na pniu w przeciągu dwóch godzin. Drogocenny towar to nic innego jak osławione „mumio”, substancja występująca w grotach wysokich gór w postaci nacieków, od tysięcy lat przypisuje się jej cudowne właściwości w zwalczaniu najrozmaitszych dolegliwości. Swoją drogą ciekawe, czy chociaż ułamek procenta opowieści o leczniczym działaniu mumio ma odzwierciedlenie w rzeczywistości…

C.D.N.

Michał Sitarz

więcej ilustracji

Shahristan Pass (3378 m)

You are here: Home Część 2