Azja Środkowa 2012: Część 3

Przeprawa przez zasypaną przełęcz

Skoro świt zwijamy obóz i po kilku kilometrach odbijamy w boczną drogę wiodącą do Iskanderkul, jeziora w sercu Gór Fańskich. Droga jest niezwykle malownicza, widoki z każdym przejechanym kilometrem stają się coraz bardziej spektakularne. Czerwone skały, rwąca lazurowa rzeka, błękitne niebo. Przejeżdżamy przez kilka wiosek, stanowimy sporą atrakcję dla dzieciaków, które najchętniej zatrzymałyby nas na dzień cały i wypytały o wszystko, o co tylko można wypytać. Droga jest praktycznie pusta, na ostatnim odcinku ostro zaczyna się wspinać, obszerne serpentyny, kamienista nawierzchnia. Spotykamy Daniela, który nocował nad jeziorem, rozmawiamy dobrą chwilę, mamy nadzieję, że gdzieś spotkamy się ponownie. Po godzinie siedzimy już nad brzegiem jeziora i podziwiamy widok na szczyty wyrastające ponad niezmąconą taflę. W przeciągu kilkunastu minut złowrogie chmury pożerają błękit nieba i rozpętuje się potężna burza. Błyskawice, porywisty wiatr i niewyobrażalny wręcz opad deszczu. Leje tak około trzech  godzin, dopiero późnym popołudniem rozpogadza się i nie ma już śladu po niedawnej nawałnicy. Pokonujemy przełęcz, korzystamy z dobrodziejstw ostatnich promieni zachodzącego słońca i kąpiemy się w krystalicznie czystym, lodowatym potoku. Taka kąpiel jest niezastąpiona, hartuje nasze ciała i umysły, dodaje energii jak chyba nic innego. Zapada noc, namiot rozbijamy nieopodal drogi pośród skał.

Od czasu gdy zbudowano tunel Anzob, droga wiodąca przez przełęcz jest praktycznie nieuczęszczana. Po cóż ktoś miałby jechać 60 km po dziurach, po śniegu, na przekraczającą 3300 m n.p.m. przełęcz? „Ktoś” w znaczeniu innym niż rowerzysta z Polski, rzecz jasna. Droga z początku wiedzie pośród wysokich skalnych ścian, jazda jest miejscami utrudniona przez rozległe kałuże i błoto. Ekipa naprawiająca zniszczoną, ledwie przejezdną drogę mówi, żebyśmy od razu zawracali, bo wjazd na przełącz jest niemożliwy, w tym roku nie przejechało tam jeszcze żadne auto. I nie wiadomo czy przejedzie. Oprócz trzech wielkich osuwisk śnieżnych jest też ponoć kilka kamiennych zatorów i miejsc, w których droga jest zupełnie oberwana. Hmm, ale może dałoby się przenieść ekwipunek? Zdecydowana większość robotników jest sceptyczna, ale jeden dziadek mówi, że mamy szanse pokonać te przeszkody. Cóż, w najgorszym wypadku zawrócimy, ale raczej nie dopuszczamy do świadomości tego wariantu, mamy wiele wiary w naszą determinację. Jesteśmy gotowi przenosić rowery przez lawiny choćby i dwa dni.

Ostatnia osada przed przełęczą jest niezwykle malowniczo usytuowana, otoczenie jest iście bajkowe. Jednak nawet w takim miejscu na końcu świata zawisł wielki portret Przywódcy, to oczywiście nie kto inny jak wszechobecny w tym kraju prezydent Emomali Rahmon, który pozdrawia umiłowany lud. Ten były dyrektor kołchozu rządzi już twardą ręką od blisko 20 lat. Podobizny prezydenta są w tym kraju widoczne na każdym kroku, co rodzi naturalne skojarzenia z totalitarnym reżimem. Zresztą o sile prezydenta przyjdzie nam się jeszcze przekonać… Za wioską przekraczamy most na rzece i wnet zatrzymujemy się na dłuższą przerwę w zrujnowanej Czajchanie.

Droga w kierunku przełęczy jest mocno nierówna, jednak jej profil jest łagodny. Po pokonaniu kilku obszernych pochylni wjeżdżamy na rozległe, zielone hale. Wkrótce dojeżdżamy do pierwszego osuwiska, wielka lawina urwała kawał drogi, jednak udaje nam się przeprowadzić rowery. Wkrótce droga rozwidla się, nie bardzo wiemy którą wybrać. Aby nie wepchać się w jakieś kłopoty idę na rekonesans, wybieram węższą dróżkę, która może być obejściem zniszczonej drogi. Po kilkuset metrach dochodzę do przyczepy i archaicznego, skorodowanego buldożera. Dwóch mężczyzn spokojnie sobie siedzi przy ognisku, pieką jakieś mięsko. Potwierdzają, że ścieżka jest jedynym wariantem ominięcia drugiej z trzech lawin na drodze do przełęczy. Wracam po Olę, wypychamy rowery do obozowiska.

- Koczujemy tak już kilkanaście dni, od czasu, gdy połamał się spychacz, którym próbowaliśmy udrożnić przejazd – mówi jeden z mężczyzn.

- To nikt wam przy tej robocie nie pomagał? – pytam.

- Nie, ale jakoś szło pomalutku, no ale teraz czekamy, aż dostaniemy części do naprawy lub nowy spych. Miało tu już być, ale sami widzicie jak jest. Słuchajcie, już późno, i tak daleko nie zajdziecie. W nocy będzie zimno, w naszej przyczepie mamy dosyć miejsca. Zostańcie.

- Dzięki, ale chcielibyśmy jeszcze dzisiaj pokonać choćby 100 metrów przewyższenia, żeby jutro było lżej.

Żegnamy się i kontynuujemy wspinaczkę po wąskiej, stromej, zarośniętej ścieżce. W pewnym momencie wyłania się widok na drogę w dolinie – jest całkowicie zasypana przez potężną lawinę. W szczytowej partii, za kilka kilometrów, nie unikniemy już przeprawy przez śnieg. Nie trzeba chyba dodawać, że nie spotykamy na tej drodze żadnego samochodu. Możemy więc spokojnie rozbić się na drodze, jedynym równym miejscu w zasięgu wzroku.

O poranku pogoda jest cudowna, błękit nieba, zieleń traw i biel śniegu. Poczucie całkowitego odosobnienia. Droga łagodnie wspina się, zżera nas ciekawość jak wygląda lawinisko. Wysokość daje znać o sobie, nogi mamy miękkie, nie forsujemy tempa. Po kilku kilometrach odsłania się widok na wielki śnieżny zator na drodze. Nie wygląda to tak źle, damy radę, być może trzeba będzie bagaż przenosić na kilka razy, ale spodziewaliśmy się większego problemu. Oczywiście przejazd samochodem jest niemożliwy. Nie wiedzieć skąd, pojawia się grupka dzieciaków, a przecież jesteśmy na ponad 3000 m n.p.m. na, wydawałoby się, całkowitym odludziu! Zjawiają się niczym jakieś duszki opatrznościowe, zupełnie niespodziewanie, przecież w pobliżu nie ma żadnych śladów cywilizacji! Nie namyślając się długo, mali pasterze pokazują, że pomogą przepchać obładowane rowery. Ochoczo zabierają się za pchanie i przytrzymywanie roweru przed osunięciem się z lawiny. Wspólnymi siłami pokonujemy śnieżny zator i powtarzamy czynność z drugim rowerem. Dzieciaki mają mnóstwo zabawy, wnet żegnamy się a oni robią sobie zjeżdżalnię na lawinie! Scena mocno surrealistyczna, nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie zakładaliśmy takiego scenariusza. Na dalszym odcinku pokonujemy jeszcze kilka skalnych osuwisk i już prawie prawie jesteśmy na przełęczy. Chyba jeszcze całkiem niedawno szczytowy fragment również był ciężki do pokonania, gdyż wolna od śniegu jest tylko wąziutka, kilkudziesięciocentymetrowej szerokości ścieżka na skraju stromego urwiska. Uff, udało się! Zjazd z przełęczy jest przyjemny i bezproblemowy, po tej stronie nie ma żadnych utrudnień. Widoki przepiękne, temperatura szybko podnosi się wraz z szybkim zjeżdżaniem w dolinę.

Przed nami długi zjazd w kierunku Duszanbe, mamy niewiele wody, bardzo chcielibyśmy mieć już stolicę za sobą. Droga asfaltowa jest gładka i niezbyt ruchliwa, kilometry szybko uciekają. Jest późne popołudnie, gdy osiągamy stolicę. Wjeżdżamy do centrum aby zaprowiantować się nieco...

C.D.N.

Michał Sitarz

więcej ilustracji

Iskanderkul (Fan Mountains, Tajikistan)

You are here: Home Część 3