Azja Środkowa 2012: Część 4

Przepalone bezpieczniki teraźniejszości

Najwyższa pora na kawę i śniadanie. Zatrzymujemy się w pobliżu jakiegoś budynku,  rozkładamy kuchenkę, gotujemy wodę. Niespodziewanie podchodzi mężczyzna w średnim wieku, przynosi dwa foteliki i stawia je nad strumykiem. Rzecz jasna nakazuje, abyśmy w tak romantycznym miejscu zjedli śniadanie, przecież na schodach goście siedzieć nie będą!

M41, czyli Trasa Pamirska („Pamir Highway”) przez wiele kilometrów wznosi się. Dzień rozpoczynamy na ok. 900 m, po południu jesteśmy niemal tysiąc metrów wyżej, po to jednak tylko, aby po karkołomnym zjeździe ponownie utracić 600 metrów wysokości. No, ale na rozległym płaskowyżu kupiliśmy wyborny miód od pszczelarzy, więc wspinaczka miała pewien sens. Od pewnego momentu nawierzchnia staje się trudna do jazdy, głęboki piasek i żwir. Aut nie ma wiele, ale nawet te nieliczne wzniecają takie tumany pyłu, że po prostu nie da się jechać. Nie tęsknimy jednak do asfaltu.

W porze największego upału zatrzymujemy się na dłuższą przerwę w przydrożnej czajchanie. Zielona herbata, arbuz, chleb i pomidory, prawdziwa uczta. Właściciel ma sześcioro dzieci, tutaj dziewczyna w wieku osiemnastu lat staje na rozdrożu: albo dalej się uczy, albo zakłada rodzinę. Znajomy właściciela inicjuje ciekawą rozmowę. „Mieszkałem dziesięć lat na Ukrainie, miałem tam żonę, to był czas największego szczęścia i dostatku w moim życiu. Życie w Sowieckim Sojuzie, niczego nie brakowało, niczego co człowiekowi potrzeba do życia. Z kołchozu wsio było, nawet motor można było dostać. U was, w Europie, dziewczyna swobodna, wolna, pasmatri mir, świat zobaczy, a tutaj, w Tadżykistanie? Dzieciństwa jeszcze nie skończy, młodości nie zazna, zanim się obejrzy ma dziesięcioro dzieciaków, ciąża rok po roku, nie wie nawet jak świat wygląda. Tak, co rok rodzi, tylko dzieci przewija. Chodzi całe życie pozawijana szmatami od stóp do głów, z jednej ciąży w kolejną, nawet tych dzieci niczego nie nauczy, bo niby czego?  U was, w Europie mając dwójkę dzieci możecie im wiele przekazać, wychować, dziecko, świat pokazać…”. Tak, mieszkał w innym kraju, powrócił, nabrał pewnej perspektywy, patrzy na życie w Tadżykistanie przez pryzmat życia w innym świecie. Pamięć o lepszych czasach, świadomość, że może być inaczej, to może być bolesne…

W miejscu, gdzie M41 odbija na południowy-wschód okolica staje się bardzo malownicza. Czerwona droga, czerwone skały, dużo drzew, wszystko to budzi skojarzenia z Afryką. Przemierzamy wioseczki zatopione w zieleni, panujący tu spokój ciężko opisać. Po drodze mijamy jeden sklepik, jednakże oprócz ciastek twardych jak skała, niewiele można tutaj dostać. Zaczynamy sobie uzmysławiać, że kupno chleba w tych nielicznych sklepikach będzie praktycznie niemożliwe. Tak, przecież tutaj każdy wypieka pieczywo samodzielnie, na użytek swój i swojej rodziny, należy więc próbować zakupić lepioszki, takie bardziej placki aniżeli chleby, bezpośrednio u mieszkańców. Bywa, że nie chcą sprzedać, ale najczęściej będą chcieli się z wami podzielić, nie chcąc pieniędzy. Uważam jednak, że warto dać coś w zamian, zostawić jakąś drobną kwotę, przecież ci ludzie w ogóle nie mają środków na kupno czegokolwiek. Przejeżdżając przez te uśpione wioski nachodzi mnie refleksja o statyce tego życia. My przejechaliśmy już kawał Tadżykistanu, pokonaliśmy kilka górskich przełęczy, w ciągu dziesięciu dni doświadczyliśmy wielu przygód, ciekawych spotkań, zdobyliśmy wiele nowych doświadczeń. A teraz mijamy wioski, których mieszkańcy w jednym miejscu spędzili prawdopodobnie większość, jeśli nie całość, swego życia. Spędzić życie w jednym mikroświecie. Czy czas, a raczej jego poczucie, spowalnia czy jest wręcz przeciwnie, czy na skutek podobieństwa kolejnych przeżywanych dni nie galopuje aby w szaleńczym tempie? A może właśnie nasze przepalone bezpieczniki galopującego czasu mogą zostać naprawione w takiej statyce? W gąszczu tych rozważań i swobodnego dryfowania przypomniał mi się ten oto tekst: „Jakoś zaraz po pięćdziesiątce czas teraźniejszy przestał istnieć, miesiące, które dawniej składały się z czterech tygodni - teraz trwały kilka godzin. Zaczął się pęd niewiarygodny, w listopadzie czerwiec był za pasem, w czerwcu - grudzień. Ledwo przechodził Nowy Rok, była Wielkanoc; lipcowe upały zwiastowały lutowe śniegi; wodór nie nadążał za węglem, węgiel za azotem, azot za tlenem; każdego ranka budziłem się ze ściśniętym sercem i absolutną pewnością, że obojętnie, ile jeszcze będę żył: rok, dwa, dziesięć, czterdzieści, sześćdziesiąt, sto, sto pięćdziesiąt pięć - obojętnie ile - śmierć i tak jest tuż-tuż. Miałem wrażenie, że przepaliły się we mnie jakieś bezpieczniki teraźniejszości, że wysiadły mi węzły chłonne czasu, że tajemnicza choroba trawi przysadkę albo inny gruczoł odpowiadający za doznawanie istniejącej chwili” („Marsz Polonia”, Jerzy Pilch).

Lekarstwem na tę chorobę może być podróż w nieznane. Każdy dzień jest osobnym rozdziałem pełnym przygód, spotkań, nowych obserwacji, nowych sytuacji. Bywają nawet dni, o których można by napisać obszerne opowiadania. Z dotychczas odbytych podróży pamiętam prawdopodobnie każdy dzień, niemal każdą chwilę. A ile Wy pamiętacie z ostatniego roku? Czy aby dni nie zlewają się Wam w z dniami, tygodnie z tygodniami, a miesiące z miesiącami? Czy sięgając pamięcią wstecz aby na pewno potraficie odróżnić rok od roku? Wyraziste wydarzenia i zaskakujące przygody, w które obfitują podróże mogą stać się tymi punktami odniesienia, które dadzą nam poczucie, że w danym przedziale czasu wydarzyło się naprawdę wiele, mogą dać poczucie iż upłynął szmat czasu. Gdy spoglądam wstecz, odróżniam rok od roku przez pryzmat odbytych podróży. Tak, w pewien sposób nauczyliśmy się spowalniać czas. Gdy wracamy z podróży mamy świadomość, że oto na powrót znajdujemy się w świecie, w którym podczas naszej nieobecności dwa miesiące przeleciały nie wiadomo kiedy. Te same dwa miesiące były dla nas okresem niemalże kilkuletnim, jeśli liczyć wrażenia, doznania, nowe doświadczenia. Wracasz po dwóch miesiącach do kraju, co noc spałeś w innym, wyjątkowym miejscu; masz bagaż setek spotkań, rozmów, obserwacji. Wchodzisz do sklepu na swojej ulicy i zdajesz sobie sprawę z ogromu tych przeżyć, przeżyć praktycznie nie do opisania, i wiesz, że osoba stojąca przed tobą codziennie przychodziła do pracy na tę samą godzinę, powielała ten sam rytuał, rozmawiała z tymi samymi ludźmi. Dla niej minione dwa miesiące nie były niczym szczególnym. Gdyby ich nawet nie było, osoba ta prawdopodobnie nie zauważyłby różnicy. Tak, wracając z podróży czuję się niemalże jak przybysz z innego czasu i wymiaru, który niestety wpada w wir codzienności, szaleńczo galopującego czasu i wydarzeń pozbawionych większego znaczenia.

C.D.N.

Michał Sitarz

więcej ilustracji

Somewhere on Pamir Highway

You are here: Home Część 4