Azja Środkowa 2012

Część 5: Uśmiech w niedostatku

Wczesnym popołudniem jesteśmy w Tavildara, „Rajonie”, a wiec czymś potencjalnie dużym, największym w całej okolicy. Rajonie czyli czymś, gdzie człowiek planuje zdobyć zapasy prowiantu na kilka dni. Idziemy więc na bazar, jesteśmy nieco głodni, obawiamy się więc chyba nie bezpodstawnie, abyśmy nie zaszaleli nadmiernie, nie nakupili zbyt wielu soczystych warzyw i owoców – gdzie to wszystko spakujemy? Kto będzie te niewątpliwie smaczne i odżywcze,  ale niestety ciężkie, smakołyki woził?

- Pomidory są?

- Nie, pomidorów nie ma.

- A ogórki? Ogórki macie?

- Nie, ogórków też nie ma. I dzisiaj nie będzie.

Nie ma również jajek. Nie ma też owoców. Szkoda nawet wymieniać, czego jeszcze nie ma. W piekarni:

- Chleb jest?

- Nie, chleba nie ma.

- A może lepioszka jest?

- Niestety, lepioszki też nie ma.

Niestety, w Tavildara niewiele udaje nam się kupić. Odpoczywamy pod zadaszeniem, posilamy się tym co nam zostało, przeczekujemy największy upał i ruszamy w dalszą drogę. Może gdzieś po drodze uda się coś kupić? – oszukujemy samych siebie. Na wyjeździe mijamy malutki sklepik, zobaczmy co mają. Chleba nie ma, nie ma tez jajek, nie ma pomidorów i – cóż za zaskoczenie! – nie ma ogórków ani lepioszki. Gdy wychodzimy, sprzedawca woła za nami, wykręca numer, dzwoni.

– A ile tego chleba potrzebujecie?

Nie dowierzamy w to, co właśnie usłyszeliśmy, patrzymy na sprzedawcę w osłupieniu. Stosownie poinstruowani kierujemy się do kolejnego maleńkiego sklepiku, dwie ulice dalej. Miłe panie czekają w progu i triumfalnie dzierżą DWIE lepioszki! Ludzie w Tadżykistanie nie dadzą nam zginąć, o nie.

Naszą drogę niespodziewanie przecina strumień, niezbyt szeroki acz całkiem wartki. Nie chce nam się moczyć nóg, trzeba więc rzeczkę spróbować przejechać. Nie wiedzieć kiedy, na przeciwległym brzegu w rządku zbierają się dzieciaki i patrzą, czy aby nie wpadnę do strumienia. W skupieniu śledzą każdy mój ruch, bacznie obserwują jak się rozpędzam i wjeżdżam w nurt. Ciekawe czy kibicują abym przejechał cały i suchy, czy może raczej wolałyby, abym skąpał się w wraz z całym rowerem? Niestety, próba udana, dzieci pewnie mocno zawiedzione. Pomimo przejazdu bez szwanku, nastroje wszystkich doskonałe, przybijamy piątki, śmiejemy się, rozmawiamy. Naprawdę niezapomniana chwila, na wskroś przesiąknięta pozytywnymi emocjami. Wystarcza kilka minut, abyśmy się z nimi porządnie skumplowali, wszyscy jesteśmy w tym roześmianym momencie po prostu szczęśliwi. Odprowadzają nas do pobliskiego punktu kontrolnego, zostawiamy dokumenty i przez okno spoglądamy na siebie śmiejąc się – naprawdę niełatwo zachować powagę w rozmowie z milicjantami. Dokumenty nie budzą zastrzeżeń, możemy jechać dalej. Żegnamy się z dzieciarnią i jedziemy dalej po wyboistej nawierzchni.

Na dalszym odcinku droga wiedzie wzdłuż rzeki, obfituje w liczne, trudne do przejechania błotne rozlewiska. W pewnym momencie rozpoczyna się ostry podjazd, wznosząc się obserwujemy, jak scenerie nabierają iście alpejskiego charakteru.

Już późne popołudnie, gdy osiągamy piękną górską osadę Kala-i-Hussein. W przydrożnej jadłodajni kupujemy wielką lepioszkę, ledwie mieści się w sakwie. Nieopodal wsi, na wzniesieniu z rozległym widokiem na okolicę, rozbijamy namiot. Wokoło wznoszą się majestatyczne górskie szczyty, z każdą chwilą coraz słabiej widoczne w zapadającym zmroku. Wieczór a następnie noc są bardzo wietrzne, osły wypasające się w pobliżu namiotu dostają histerycznego ataku śmiechu, który przez wiele minut niesie się doliną, niesie się doliną o pionowych, skalnych zboczach, doliną o wybitnych walorach akustycznych. Skłamałbym pisząc, że ten szaleńczy ośli śmiech nie jest wysoce zaraźliwy i nie udziela się także nam.

Przed nami wspinaczka na trzecią wielką przełęcz tej wyprawy. Początkowo droga jest dosyć stroma, bardzo wąska, kamienista. Jednak po jakichś trzech kilometrach jazda staje się łatwiejsza. Zatrzymujemy się na posiłek przy górskim potoku, skorpion przechadzający się między kamieniami przypomina, aby przypadkiem nie poczuć się tutaj zanadto bezpiecznie. Obszerne zakręty, wielkie acz łagodne pochylnie sprawiają, że jedzie się nadspodziewanie dobrze. W pewnym momencie dostrzegamy pięć młodych dziewczyn idących środkiem drogi. Odziane są w tradycyjne niebieskie sukienki i sandały. Jak się okazuje, to siostry, których w sumie jest siedem. Mieszkają w chacie nieopodal, najstarsza chce za kilka lat zostać stomatolożką i dokładnie wie, jak ten cel należy zrealizować. Dziewczyny żyją na takim odludziu, na pewno w niełatwych warunkach, ale pomimo tych trudności (a może właśnie dzięki nim?) mają bardzo ambitne plany życiowe i pozytywne nastawienie do życia.

Wraz ze wzrostem wysokości tempo spada, na około 3000 m n.p.m. nogi stają się miękkie, brakuje energii. Po 27 kilometrach jesteśmy na 3252 m n.p.m, w końcu zdobywamy przełęcz Saghirdasht (zwaną także Khaburabot). Wielokilometrowy zjazd oferuje naprawdę spektakularne widoki, wielkie płaty śniegu zalegające pod drogą, kaniony o pionowych zboczach, potężne przepaście. Na dnie doliny jest kolejny punkt kontrolny, w którym wojskowi pieczołowicie sprawdzają nasze dokumenty.

Już późne popołudnie, jedziemy wzdłuż rzeki Pandż, mijamy coraz liczniejsze wioski, tuż za rzeką już Afganistan. Gdy tylko dzieciaki nas wypatrzą, odrywają się od swych zajęć i biegną w naszą stronę. Temperatura po godzinie 20 to niemal 28 stopni Celsjusza, co sprawia, że bardzo szybko tęsknimy za górami. Na domiar złego nie bardzo jest gdzie rozstawić namiot. Dopiero zjechaliśmy z gór, nie znamy tutejszych realiów, nie chcemy więc nocować w pobliżu wiosek, a na odcinkach między osadami wygląda to tak: z lewej strony drogi lita, pionowa skała, z prawej strony drogi strome urwisko i rwąca rzeka Pandż. Dopiero gdy zaczyna zmierzchać, wypatrujemy dogodne miejsce, kilkaset metrów przed mostem łączącym Tadżykistan z Afganistanem.

Dzisiejszej nocy śni mi się jakiś bliżej nieokreślony człowiek narzekający na słabą sytuację w Polsce, na słabe warunki życiowe, na wiele, jeśli nie na wszystkie obszary życia w naszym kraju. Na te narzekania natychmiast reaguje pewien Chińczyk w średnim wieku: „Słabo? Jak to jest słabo? Robota jest, jest gdzie spać, nie latają żadne uciążliwe owady, nie pełzają podejrzane, niebezpieczne stwory, nie ma pól minowych, nie musisz codziennie zastanawiać się, czy wieczorem ty i twoja rodzina będziecie jeszcze żyli. A więc powiedz mi, człowieku, co ty chrzanisz??!”.

Widać moje myśli krążą wokół zaobserwowanych lecz nienazwanych problemów, umysł samoistnie formułuje pewne tezy, zadaje pytania, poza moją świadomością jest w stanie prowadzić różne mniej lub bardziej zawiłe rozważania. Niech i tak będzie, postaram się zaspokoić mój pytający umysł, sformułować jakąś namiastkę odpowiedzi, choćby przez zadanie kilku retorycznych pytań. Cóż, pojmowanie własnej sytuacji bytowej jest niewątpliwie względne – zawsze może być lepiej, wygodniej, cieplej, opieka medyczna może być na wyższym poziomie, świadczenia socjalne bardziej szczodre. Może też być oczywiście gorzej – wszystko zależy od punktu widzenia. Zapewne w porównaniu do standardów Szwecji czy Wielkiej Brytanii żyje nam się na ogół trudniej, ale w porównaniu z takim Tadżykistanem większość z nas żyje w nieprzyzwoitym wręcz dobrobycie. Dla większości Tadżyków kraj taki jak Polska jest marzeniem, tym lepszym światem. Problem ten jest oczywiście znacznie bardziej złożony, wiąże się bowiem z pytaniami: ile tak naprawdę potrzebujemy do szczęścia? Czy zaspokojenie wszelkich potrzeb (nie tylko materialnych) jest równoznaczne z uzyskaniem zadowolenia przez jednostkę? A może nadmiar wiąże się czasami (często?) ze spadkiem poczucia naszego szczęścia? Może nie warto mieć wszystkiego? Może mając wszystko na wyciągnięcie ręki sami zabijamy nasze pragnienia, nasze aspiracje i w efekcie dążenie do realizacji naszych marzeń zwyczajnie przestaje mieć sens? Może wówczas nasza osobowość ulegnie negatywnej dezintegracji? Być może tak postawione pytania sugerują, że w tym przypadku wierzę w uniwersalne zależności i uniwersalne odpowiedzi, co nie jest zgodne z prawdą: powyższe pytania może (i powinien) zadać sobie każdy, możliwych odpowiedzi spodziewam się wiele. Banalna konstatacja. Umysł zaspokojony. Czas na głęboki sen nad graniczną rzeką Pandż.

C.D.N.

Michał Sitarz

więcej ilustracji

 

In the Valley above Kala-i-Hussein

5 of 7 sisters

5 of 7 sisters

At Saghirdasht (Khaburabot) pass, 3252 m

You are here: Home Część 5