Azja Środkowa 2012

Część 6: Spotkania nad rzeką Pandż

Przed nami kilkaset kilometrów jazdy wzdłuż rzeki Pandż. Afganistan ledwie o rzut kamieniem, wokoło surowy, górski krajobraz. Jest biednie, ale za rzeką, w  Afganistanie, już zupełnie nie widać śladów rozwiniętej cywilizacji – lepianki, osły, całkowicie nietechnologiczny świat. Jedziemy przez potężne skalne kaniony, szaro-piaskowe tonacje. Półpustynne scenerie bezwzględnie królują, nieco przytłaczają swym bezmiarem i bezwzględnym zepchnięciem w cień natury ożywionej. Równocześnie jednak te same nieożywione formy wzbudzają uczucie zachwytu.

Co jakiś czas na naszej drodze natrafiamy na dające wytchnienie zielone oazy. Są również bardzo gościnni, spokojni ludzie. I te dzieciaki. Niemal za każdym razem smutno je zostawiać, przerywać rozmowę, grę w piłkę. Nie da się ukryć, jest przykro, gdy tak się patrzy na ich ubóstwo, ma świadomość braku perspektyw na rozwój. A te dzieci są takie bystre i ciekawe, tak się garną do wszystkiego co nowe. Żal…

Pokonujemy sporą połać piachu, którym wiatr zasypał drogę. Tak wkraczamy w późne popołudnie, natrafiamy na zabudowanie tkwiące samotnie na tym skalnym pustkowiu. Około dziesięcioletni chłopiec bardzo chciałby przejechać się na obładowanym rowerze - cóż stoi na przeszkodzie? Wsiadaj bracie! Ależ jest skoncentrowany, szybko łapie równowagę i wnet jedzie samodzielnie dnem potężnej doliny. Przesympatyczny chłopak, uwięziony w tym miejscu i czasie, podobnie jak zresztą – w większym lub mniejszym stopniu – każdy z nas.

Szybko się ściemnia, po prawej stronie potężna rzeka, po lewej wielka skalna ściana. Droga całkowicie opustoszała, jedyne miejsce, gdzie można rozbić namiot to kamieniste pobocze ponad graniczną rzeką. Nie bardzo mamy ochotę na taki nocleg,, nie mamy pewności, czy ten wąski pasek kamieni nie jest aby zaminowany. Podejrzenia, że ziemia może skrywać jakieś wybuchowe niespodzianki nie jest chyba bezzasadne – przecież nie dawniej jak dzisiaj przed południem widzieliśmy zniszczony wóz opancerzony, mijaliśmy przydrożną „kapliczkę” zrobioną widać na szybko i niedbale, zrobioną z cementu. pocisku artyleryjskiego i dużego skórzanego buta – dosyć wymowna kombinacja. Jedziemy jeszcze kawałek, czekamy aż się ściemni, oddalamy od siebie nieuchronną konieczność przechadzki po granicznym nabrzeżu. Po zmroku rozbijamy namiot. Mamy nadzieję, że za kilka dni nie powstanie w tym miejscu kopczyk zrobiony z zatopionych w cemencie pogiętych zębatek, nadpalonych fragmentów ramy i rozerwanych eksplozją sakw rowerowych…  

Każdy kolejny dzień przynosi ciekawe spotkania, niespieszne postoje na czaj i arbuza, liczne dowody niebywałej gościnności i serdeczności Tadżyków. Kobieta sprzedaje morele na opustoszałej drodze – kto tutaj może kupić cokolwiek? Przecież tędy prawie nic nie jeździ. Oczywiście ona nalega, abyśmy wzięli choć jedną miskę pysznych owoców, koniecznie bez zapłaty. Dwóch chłopców towarzyszy nam na swych wiekowych, o wiele za dużych rowerach. W jednym nie ma hamulców, w drugim nie ma powietrza w przednim kole. Po dobrych kilku kilometrach wspólnej jazdy dopompowujemy, powinno wytrzymać na powrót do domu, bagatela – kilkanaście kilometrów. Wjeżdżamy do dystryktu Ruszon, jednego z siedmiu w Górno-Badachszańskim Okręgu Autonomicznym. Spotykamy człowieka, który nadziwić – i nacieszyć zarazem – się nie może, że może z nami pogadać po rosyjsku. Ma on wielką beztroskę wyrysowaną na twarzy, prezentuje godny pozazdroszczenia dystans do wszystkiego wokoło i równie wielką pogodę ducha.

Nie ujeżdżamy zbyt daleko, gdy oto na drodze spotykamy podekscytowanego mężczyznę, na patyku triumfalnie niesie świeżo upolowaną żmiję, drugą ręką ciągnie pokaźną wiązkę chrustu, za nim podąża stado owiec, dwa psy i kilkoro dzieciaków. Jak mówi, żmija jest piekielnie niebezpieczna, jednak pomimo tego on i lokalni znachorzy zrobią z niej nie lada użytek – skuteczne panaceum na wiele różnych dolegliwości. Późnym popołudniem spotykamy australijską parę rowerzystów, jeszcze niedawno pedałowali po Zachodniej Afryce –opowiadają o Senegalu, Wybrzeżu Kości Słoniowej, Ghanie… podobno bardzo ciekawe kraje, podobno bardzo przyjaźni ludzie. Wyobraźnia rozpalona, w momencie zarysowują się nowe elementy na pustych dotąd obszarach mapy marzeń.

Każdy człowiek i każde spotkanie to osobna historia, jedna bardziej zajmująca, inna mniej, ale wszystkie wraz z ich autorami są integralnymi częściami jednego ciągu zdarzeń, ciągu zdarzeń będącego naszym udziałem. Składają się w jedną historię, która ma swój początek w Taszkiencie i która nie wiadomo jak się zakończy. Kolejny raz przeżywamy i uczymy się wielu rzeczy na nowo, dziwimy się odkrywaniem nowej, nieznanej rzeczywistości. Kolejna podróż, prawie jak nowe życie, początek i koniec, pomiędzy nimi spora ilość przypadkowej treści.

W jednej z maleńkich, liczącej ledwie kilka domów osad chcemy kupić jajka i chleb, co znowu okazuje się nie lada wyzwaniem. W domowym sklepiku o pustych półkach udaje nam się załatwić trochę jajek z pobliskiego gospodarstwa. Okazuje się, że załatwiamy tylko obietnicę, oto bowiem mężczyzna, który rzekomo idzie po jajka z nie budzącym żadnych wątpliwości wyrazem twarzy „zaraz wracam”, niestety już się nie zjawia. Dziwne, przecież nic nie zapłaciliśmy, więc na pewno nie chciał nas oszukać. Po dłuższym czasie oczekiwania nieco zawiedzeni prowadzimy nasze rowery do kolejnego domostwa, gdzie gospodarze sadzają nas w cieniu drzew na trawniku za domem. Ich dwudziestokilkuletnia córka studiowała język angielski w Chorogu. Przez pięć lat. Doprawdy, aż wierzyć się nie chce, przecież ona ledwie potrafi sklecić kilka zdań, rozumie bardzo niewiele nawet elementarnego angielskiego. Nasze zdziwienie pogłębia jej niespełna siedemnastoletnia siostra, która przecież jest jeszcze w wiejskiej szkole średniej, a radzi sobie o niebo lepiej! I to właśnie z młodszą z sióstr dosyć długo rozmawiamy.

Już wieczór, gdy docieramy do Ruszon, jednej z większych osad na naszej trasie. W pobliżu odchodzi szlak w kierunku północno-wschodnim, wzdłuż doliny Bartang, szlak, który nie należy do łatwych i który bardzo chcielibyśmy pokonać. Decydujemy jednak, aby kontynuować jazdę na południe, wzdłuż Pandżu. Namiot rozbijamy na niezabudowanym polu na wyjeździe z miejscowości. Ledwie odpalamy kuchenkę, gdy przychodzi starszy człowiek z domu nieopodal. Wysoki, szczupły  z długimi siwymi włosami i bujną siwą brodą. Towarzyszy mu kilkoro dzieciaków, serdecznie zaprasza nas do swego domu. Nie narzuca się jednak. Zdaje się rozumieć, że namiot rozłożony, bagaże rozrzucone wszędzie wokoło, widzi, że makaron się gotuje, że zanim zdołalibyśmy to wszystko poskładać, zapadłaby już czarna noc. 

Kolejnego dnia kontynuujemy jazdę w znajomych sceneriach – potężne skały, wzburzona rzeka, co jakiś czas na horyzoncie wyłania się kępka zieleni, w której z wielką dozą prawdopodobieństwa skrywa się jakaś uśpiona wioska. Namaczamy ubrania w przydrożnej pompie, dwójka dzieciaków obserwuje nas nieśmiało z pewnej odległości. Chłopiec i dziewczynka, trzymają kurczowo plastikowe samochody, przytulają je do piersi niczym największe skarby. Twarz chłopca jest mocno zniszczona, cała w bliznach, jednak uśmiech prawie nie znika z jego oblicza, co najwyżej na kilka sekund nabiera cech zdumienia zderzeniem z nieznanym. Podchodzą nieśmiało do płotu z drutu kolczastego. Patrzą na nas, na ich twarzach na przemian rysuje się beztroski uśmiech i głębokie zdziwienie naszym widokiem. 

C.D.N.

Michał Sitarz

więcej ilustracji

Afganistan

Pomoc drogowa już wezwana...

Nauka jazdy

Australijczycy

 

 

 

You are here: Home Częśc 6