Azja Środkowa 2012

Część 7: Uciekinierzy z hiperrzeczywistości

W Chorogu, stolicy Górskobadachszańskiego Okręgu Autonomicznego, skądinąd mało ciekawym miasteczku,  udaje nam się kupić trochę jedzenia. Chcemy też zespawać nóżkę rowerową, ale zespawać aluminium to można, jak się dowiadujemy, w oddalonym o ponad 600 kilometrów Duszanbe. Warto mieć to na uwadze poruszając się pojazdem zbudowanym na bazie aluminiowych komponentów.

Na wyjeździe z miasta spotykamy wolontariusza z USA, z którym wdajemy się w dosyć długą rozmowę. W rodzinnej Minnesocie chłopak miałby zapewnioną spokojną pracę i niezłą kasę w zawodzie inżyniera. Mimo to jednak wybiera wyjazd do dalekiego Pamiru i pracę w międzynarodowym zespole. Takie zespoły opracowują różne rozwiązania mające sprawić, aby – najogólniej rzecz ujmując – ludziom w słabo rozwiniętych rejonach żyło się lepiej. Nie chodzi jednak o rozdawanie banknotów z podobiznami amerykańskich prezydentów. Chodzi o nauczenie lokalnych społeczności radzenia sobie z problemami zdrowotnymi, środowiskowymi, chodzi o pokazanie, jak w sposób optymalny i możliwie najmniej inwazyjny wykorzystać dostępne zasoby i potencjał regionu. Ot, choćby taki proces suszenia moreli na słońcu – okazuje się, że pomimo iż ma on tutaj bardzo długą tradycję i odgrywa ważną rolę w życiu autochtonów, jest wykonywany nie do końca właściwie i przez to nieefektywnie, co można zmienić w dosyć prosty sposób.

Że co? Że zrezygnował z łatwej kasy w USA i pojechał do Pamiru? Jakiś wariat chyba musi być! Kto to widział, żeby w dzisiejszych czasach przyzwoity obywatel robił takie nieodpowiedzialne dziwactwa! A co z ZUS-em, co z emeryturą, co ze stabilnym życiem i – najważniejsze – co z przyszłością tego młodzieńca? Ale to nie wszystko – to właśnie całkiem sporo wykształconych ludzi z rozwiniętych krajów mówi „czy wyście wszyscy powariowali?!”, rezygnuje z pogoni za kasą i decyduje się na wyjazd do takiego Pamiru, na Madagaskar czy też do jakiegoś innego zakątka globu. Po co? Właśnie po to, żeby pomagać ludziom w zdobywaniu różnych umiejętności, żeby pracować nad podniesieniem poziomu ich wiedzy i świadomości, żeby pracować na rzecz ochrony lokalnych ekosystemów. Ale także po to, żeby samemu się czegoś nauczyć, przybrać odmienną perspektywę, doświadczyć czegoś nowego.

Przez takie bezpośrednie lokalno-globalne oddziaływanie można uwierzyć, że życie człowieka ma jakiś sens. A jak wiemy, poczucie sensu nie jest niekwestionowanym aksjomatem. Można wybierać: albo codziennie tyrać, tyrać i nabijać kasę, nabijać kasę od „narodzin aż po śmierć” albo zajmować się sprawami najbardziej fundamentalnymi, móc sprawić, aby ludzie zaczęli postrzegać świat w bardziej dalekowzrocznym ujęciu, aby pozostawili przyszłym pokoleniom coś więcej aniżeli zgliszcza.

Dalekowzroczna perspektywa przedstawicieli zachodniej cywilizacji? Może brzmieć nieco ironicznie i groteskowo. Przecież gdy tak się patrzy na naszą „cywilizowaną” politykę i świat wielkiego biznesu, ciężko nie ulec wrażeniu, że ta dalekowzroczna perspektywa umiera zdecydowanie najszybciej właśnie w naszym zachłannym świecie i to od „prymitywnych ludów” moglibyśmy się wiele nauczyć w tym względzie. Na szczęście, jak widać na przykładzie m.in. wolontariuszy, w obrębie cywilizacji Zachodu jest jeszcze ożywczy nurt opozycji wobec dominującego, niezaspokojonego, niebezpiecznie iluzorycznego i w swej formie karykaturalnie irracjonalnego materializmu.

Sukces. Wszechobecny i obligatoryjny. Obligatoryjna atrakcyjność wizualna i wszelka inna. Niezaspokojony głód plastikowych herosów, plastikowych idei, plastikowego chłamu, plastikowych marzeń. Niewolnictwo wizerunku. Nie do udźwignięcia ciężar roześmianej hiperrzeczywistości przenikającej w każdej sekundzie z miliardów ekranów, tych dużych i tych małych. Forma zżera treść. Rzeczywistość umiera. Nastaje upragnione królestwo uwodzącej zmysły hiperrzeczywistości. Super świat i super ludzie. Chaos terabajtów celebryckich newsów. My teraz tylko odbiorcy mailingu i target reklam, my teraz tylko nabywcy niepotrzebnych gadżetów, my teraz tylko komórki Sieci.

A wewnątrz pustka. U super ludzi – super pustka. Prochy, cięcie się żyletką. Krzyk, depresja, obsesja. Anoreksja i bulimia. Samotność w niezmierzonym oceanie ludzi. Skok z balkonu na główkę w upragnione wytchnienie milczącej nicości. Ale zanim to nastąpi, można jeszcze teleportować się do odległej krainy, w której da się odzyskać jasność widzenia i poczucie sensu działania. Ta odległa kraina może znajdować się gdzieś na krańcu świata, ale równie dobrze może skrywać się ledwie dwie ulice od naszego domu, a tak naprawdę jest jeszcze bliżej – w niepozornym zaułku umysłu, miejscu dosyć głęboko skrytym pod grubą warstwą śmietniska informacji.

Droga z Chorogu odbija prosto na południe, w kierunku Ishkoshim. Słaba przejrzystość powietrza, świat w odcieniach szarości. Już wieczór, kiedy rozbijamy namiot w przydrożnym zagajniku, kilkaset metrów przed zatopioną w zieleni wioską. Jest ciepło, orzeźwiająca kąpiel pośród drzew, piaszczyste podłoże, gotowanie makaronu, cowieczorny rytuał, regenerujący sen. Rano kolory są znacznie bardziej wyraziste, słońce świeci ostro, niebo jest błękitne. Od razu pedałuje się bardziej ochoczo. Na śniadanie zatrzymujemy się na terenie wiejskiej szkoły. Są wakacje, więc nie ma tutaj nikogo. Jest za to hydrant z lodowatą górską wodą.

- Lepiej teraz unikać miejsc pod drzewami – mówi zjawiający się nie wiadomo skąd starszy mężczyzna – obsiadają je chmary cykad. Żywią się sokiem drzew. Gdy w bezchmurny dzień zacznie padać, może to wcale nie być deszcz. To może być ich mocz, sok roślinny przefiltrowany przez ich ciała. Mówi się u nas, że ten deszcz powoduje choroby. Nie wiem zresztą skąd te owady się biorą, zmiana pogody je przynosi. Lepiej trzymać się od nich z daleka.

Ciężko uwierzyć w te rewelacje, ale z drugiej strony nie chcemy całkowicie dyskredytować człowieka, który przecież mieszka na tych terenach od urodzenia i nie wygląda na oszołoma. Mężczyzna mówi, że jest nauczycielem angielskiego w tej właśnie szkole, czasami dorabia trochę grosza oprowadzając obcokrajowców po różnych zakątkach Pamiru. Dosyć długo rozmawiamy, po czym każdy z nas, bogatszy o nowe informacje, idzie w swoją stronę.

Na dalszej drodze spotykamy dwóch żołnierzy, ciekawych jak to jest u nas, w Polsce. Chcą koniecznie nasz adres i numer telefonu. No bo jeśli uda im sie kiedyś przyjechać do Europy, do kogo się zwrócą? Kawałek dalej grupka dzieciaków rozgrywa partię siatkówki na drodze. Gramy i my, dobrze oderwać się na chwile od pedałowania.

Po południu Ola nie czuje się najlepiej, można nawet powiedzieć, że czuje się bardzo słabo. Śpi w pobliżu czajhany, nie ma siły się podnieść. Przypominamy sobie, że dzisiejszej nocy namiot rozbijaliśmy w zagajniku ze sporą gromadą cykad. Może jednak jest ziarno prawdy w słowach spotkanego nauczyciela? Może jednak nie powinniśmy kpić z jego słów? Może faktycznie pogarszający się stan zdrowia to efekt „honey dew”, cykadziego deszczu? Jakby nie było, nie ma sensu dzisiaj kontynuować jazdy, i tak zbliża się wieczór. Jak zwykle w przeciągu kilku sekund znikamy z drogi, są tu jakieś zarośla, łatwo więc się schować. Kąpiemy się w lodowatym górskim potoku. Czy to za sprawą lodowatej wody czy też za sprawą innych czynników, stan zdrowia Oli poprawia się, wieczorem po dziwnym osłabieniu nie ma już śladu.

Do Ishkoshim dojeżdżamy wcześnie rano. Jest tu okazały pomnik głowy Lenina. W soboty można przejść na bazar po afgańskiej stronie, co może być sporą atrakcją. Niestety dzisiaj czwartek i zdani jesteśmy wyłącznie na bazar tadżycki, na którym nie dostrzegliśmy niczego, na co warto byłoby wydać nasze somoni. Wokół bazaru jest kilka małych sklepików. W jednym udaje się kupić jakąś bardzo marną kawę, w innym bardzo marny miód, a raczej substancję, którą z daleka – i tylko z bardzo daleka! – jakiś laik mógłby pomylić z miodem. Jajek nie ma, pomidorów nie ma. Jesteśmy rozczarowani. Nie po raz pierwszy. I zapewne nie ostatni. Nic to, trzeba jechać dalej, na wschód.

C.D.N.

Michał Sitarz

więcej ilustracji

Wzdłuż rzeki Pandż, na południe

 W jednej z wiosek na południe od Chorogu

 Nocleg w zagajniku

Nauczyciel i lokalny przewodnik

Siatkówka uliczna

W czajhanie

Spotkanie z żołnierzami

Chwila słabości

You are here: Home Część 7