„A choćby i sam Szatan nas kusił!”

Dzień 10. Wtorek, 05.07.2011

Dystans: 24,85 km

Droga stopniowo zapuszcza się w dolinę, wije się wzdłuż rzeki, łagodnie wynosi nas wyżej i wyżej. Im dalej, tym trudniej, czasami jest naprawdę stromo, nawierzchnia w przeważającej części jest bardzo nierówna, kamienista. Momentami jest bardzo ciężko, wyjazd zwykłym samochodem miejscami wydaje się niemożliwy, chociaż pewnie raz na jakiś czas znajdzie się specjalista, który walczy tu jakąś Wołgą bez napędu 4x4. Ciekawe zresztą z jakim efektem… Jest trudno i dziko, a przez to pięknie. Droga tak wije się pośród skał, że czasami w ogóle nie widać gdzie znika, wydaje się, że zaraz musi się skończyć na skalnej ścianie. A ona biegnie dalej, wciska się niemożliwie pomiędzy pionowe zbocza i groźne urwiska.

W rzeczywistości to większość czasu mozolnie pchamy rowery, nasze ciężkie rowery. Są odcinki, gdy zdobycie nawet dziesięciu metrów sprawia nam spore problemy. Pisząc o tym przypominam sobie, jak to jacyś dziwni ludzie próbowali udowadniać, że jak człowiek pcha rower, to już nie jest podróż rowerowa, jest to podróż piesza. Ci goście pisali zresztą takie rzeczy i w taki sposób, że w ogóle nie byłoby sensu z nimi dyskutować. Jakie to szczęście, że nie muszę! Pchamy sobie zatem nasze rowery powolutku, ślizgamy się czasem na niestabilnym, kamienistym podłożu, bieda czasem nawet ruszyć z miejsca jak się człowiek zatrzyma. Przez drogę co rusz przepływa strumień zamieniający się w wodospad, czasami droga prowadzi po pochylni z litej skały.

W ciągu dnia do góry jadą zaledwie dwa samochody, nawet jakbyśmy chcieli się zabrać, nie byłoby szans, są tak nabite dewizowymi turystami i ich ekwipunkiem. Dziewczyna z drugiego wozu mówi zatroskana, że nie wyjedziemy, choćby i w tydzień, bo przed nami jeszcze ho-ho i trochę, prawie pionowa droga, żeby lepiej od razu zawracać. Że co? Że my niby nie wypchamy rowerów na 3000 m.np.m.? Damy radę, choćby i sam Szatan w postaci miłego Gruzina zaoferował podwózkę, choćby i piękna, wydekoltowana Gruzinka kusiła, że nie ma sensu się męczyć, skoro ona i tak jedzie do Omalo i proszę, ma wolne miejsca i dla nas i dla naszego bagażu. My powiemy stanowczo: „nie!”. Nie damy się, powiemy „sorry, we wanna do it ourselves”. A zresztą, nie rozważajmy aż tak bardzo abstrakcyjnych scenariuszy, nie zagłębiajmy się w tak czysto hipotetyczne rozważania, przecież i tak nie będzie takiej możliwości, bo wszystkie auta, czyli te kilka sztuk dziennie, będą nabite do ostatniego wolnego centymetra. Przecież te auta palą jak smoki, na tej drodze to pewnie bez problemu ponad 20 litrów na stówę i nie jeżdżą z niezagospodarowaną przestrzenią. Czysty rachunek ekonomiczny. Ludzie, którzy mieszkają w Tuszetii jadąc z dołu wiozą całą masę towarów niedostępnych lub strasznie drogich w górach, głównie jedzenie. Spokojna więc głowa, Szatan i tak się nie zjawi, nie będziemy więc musieli stawać przed żadnymi skomplikowanymi dylematami.

Już późne popołudnie, podczas gdy coraz głębsze cienie zalegają w dolinie, szczytowe partie wciąż skąpane są w jaskrawym słońcu. Wychodzimy ponad granicę lasu, łapiemy jeszcze trochę ciepłych, życiodajnych promieni. Dzisiaj pokonaliśmy niespełna 24 kilometry, czyli jeszcze słabiej niż emeryci, jakby powiedzieli na forum ww. „eksperci”. W sumie, to tak naprawdę, większość dystansu chyba przeszliśmy. A tu przed nami wznosi się golusieńka ściana serpentyn wyciosanych w pionowym zboczu. Zastanawiamy się, czy będzie jakiś skrawek pobocza na postawienie namiotu? Jeśli nawet nie, założymy obóz na środku drogi, przecież mijały nas dzisiaj zaledwie dwa auta. I to w ciągu dnia. Nocą raczej nikt nie zaryzykuje jazdy po tych wertepach. Z drugiej jednak strony, to przecież Gruzja, więc „raczej” w tym kontekście ma wyjątkowo mocne uzasadnienie, tutaj nie wszyscy myślą trzeźwo, co również ma swoje plusy, o czym jeszcze napiszę.

Ehh, z godzinkę jeszcze powalczymy i fajrant, jutro wyskrobiemy się na przełęcz, choćby i po południu. Gdy tak sobie postanawiamy, nagle słyszymy warkot silnika. Co to może być, do diaska? Biała Toyota Land Cruiser, proszę Państwa, zatrzymuje się koło nas. W środku jest tylko kierowca. Na dachu bagażnik. Pusty bagażnik. Toż to sam Szatan być musi! Jak bowiem wytłumaczyć to wszystko, auto z pustym bagażnikiem na dachu, z mnóstwem miejsca w środku, akurat w tym momencie? I to w kontekście tego wszystkiego, co napisałem powyżej? No jak, powiedzcie, no jak?

„Jedziecie?”, pyta Diabeł po rosyjsku. Czy jedziemy? Ależ trudne pytania pan zadajesz, naprawdę trudne. Niby proste, a trudne. Proste, no bo przed nami pionowe serpentyny wykute w skale i perspektywa prowadzenia rowerów przez jeszcze ładnych parę/paręnaście godzin, na ponad 2900 m.n.p.m. No jeszcze jakby po w miarę równej drodze, ale gdzie tam, ostre kamienie, ciężko po tym w ogóle rower pchać. A z drugiej strony decyzja jest trudna…. Zaraz, zaraz, trudna? A nad czym tu się zastanawiać? Że mamy super niepowtarzalną okazję ulżyć sobie w cierpieniach, dojechać do Dartlo (tak, tak, Beso jedzie właśnie do Dartlo, czyli dokładnie tam gdzie chcieliśmy) i jutro od rana możemy sobie zwiedzać Tuszetię, zamiast zdychać i przeklinać serpentyny. Że ktoś powie, że cieniasy, że ktoś wyjechał na rowerze, a my nie? Are you kiddin’ me?  Jasne, że jedziemy. Beso to bardzo przyjemny gość, niezbyt rozgadany, krępa budowa ciała, naprawdę silny osobnik. Wrzucamy rowery na dach, sakwy do środka i jazda. Fura spisuje się kapitalnie, kierowca ma drogę świetnie opanowaną. Ale i tak jedziemy powolutku, bo szybko to się po prostu nie da. Auto kiwa się na boki, telepie, a my wspinamy się mozolnie wyżej i wyżej, zakręt po zakręcie. Pojawiają się pierwsze płaty śniegu, widoki coraz bardziej rozległe. Jesteśmy już wysoko, nabieramy wody ze źródełka, kilka butelek płynnego, lodowatego kryształu. Przełęcz, widok niesamowity, potężne szczyty na północy, a gdzieś za nimi Czeczenia. Ale tu dziko, jak pięknie. Zjazd z przełęczy też idzie powoli, Toyota pokonuje potężne wyrwy w drodze, strumienie, błotne odcinki, ścieżki pośród sosnowych lasów. Jesteśmy na malowniczym płaskowyżu w pobliżu Omalo, ta górska kraina naprawdę nas oczarowuje. Do Dartlo jeszcze ponad 20 kilometrów drogi wiodącej głównie przez potężne sosnowe lasy. Na miejscu jesteśmy po godzinie 19. Beso prowadzi tu guesthouse, o którym przeczytać można w przewodniku Lonely Planet, wydawnictwie bardzo kiepskim, tak na marginesie. Wypakowujemy graty, dajemy Beso trochę grosza, rozmawiamy jeszcze ze starszym Niemcem, który naprawdę interesuje się naszą podróżą, ma też jakieś związki z Polską, nie pamiętam już jakie. Miał chyba przed wojną dom na Śląsku, a może w Gdańsku? Szczegóły nie są istotne, ważniejsze jest jego ciepłe, przyjazne usposobienie, które utkwiło mi w pamięci.

Miejscowi proszą, abyśmy nie rozbijali namiotu w pobliżu kamiennej wieży i ruin nieopodal. Jest tam chyba jakaś mogiła i związane z tym jakieś tuszetyjskie tabu. Przekraczamy jeszcze małą rzeczkę i rozbijamy namiot na rozległej polanie. W nocy na niebie rozgrywa się spektakl, jakiego nigdy dotychczas nie widzieliśmy – nieprawdopodobnie jaskrawe błyski prześwietlają nasz namiot niczym promienie rentgenowskie, bez jakiegokolwiek akompaniamentu. Błyski w całkowitej ciszy.

P.S. A tutaj możecie zapoznać się z komentarzem Oli do dnia dziesiątego ;)

Słynny gruziński aktor (pamiętne role w "Niekończącej się opowieści", "Star Wars - The Empire Strikes Back", itd.)

Na początku jest sielsko

Czy to jeszcze jest podróż rowerowa? ;-)

Ach, nasze kochane serpentynki!

Wodospad na naszej drodze

Ano jakoś pcha się biedę ;)

Jakieś błotko od czasu do czasu urozmaica nam jazdę

Czasami nawet się jedzie!

A co się będziemy męczyć! Szatan nam sprzyja ;)

I w górę, i w górę, metr za metrem

A tam, za górami, Czeczenia

Wspiąć się na 3000 m.n.p.m, żeby... zjechać.

Dartlo i nasz niemiecki kumpel

Jeszcze tylko jedna rzeczka....

... i rozbijamy obozowisko

You are here: Home Dzień 10