„Za górami, za lasami, w Tuszetii”

Dzień 11. Środa, 06.07.2011

Dystans: 26,30, Trasa: Dartlo - Omalo

Ależ poranek! O wszechpotężne masywy górskie spowite leniwie ulatującymi mgłami, o rwąca rzeko, o soczysta zieleni, o niebo błękitne błękitem idealnym! Chyba jednak wtedy, na arbuzowym polu, poćwiartowali nas sierpem ci sympatyczni młodzieńcy i oto jesteśmy teraz w jakiejś pozaziemskiej przestrzeni, zwanej potocznie rajem. Tak tu błogo i pięknie, że nie bardzo odczuwamy potrzebę, żeby się ruszać gdziekolwiek. Moglibyśmy tak sobie leżeć i leżeć na tej łące, popijać kawę i gapić się gapić na to wszystko dokoła, przez całe wieki. No dobra, „happiness is the road” przecież, więc trzeba będzie ruszać gdzieś dalej, szukać czegoś „lepszego”, nowych wyzwań i doznań. Ale ciekawe i przyjemne zarazem jest to uczucie całkowitego oderwania i samotności, nieodczuwania jakiegokolwiek związku z ludzkością, tęsknoty za czymkolwiek. Po prostu dwie osoby na zielonej łące pośród gór i lasów.

W Dartlo idziemy pomiędzy kamiennymi wieżami, ścieżka gubi się w gąszczu wysokich traw, ale w końcu wyprowadza nas ponad osadę. Cóż można napisać? Że scenerie jak z „Władcy Pierścieni” albo z jakiejś innej fantastycznej krainy? Że to, czego doświadczamy, to jak przekroczenie bram do innego świata? Kamienne wieże, kwieciste  łąki, płaty śniegu, potężne górskie szczyty, a wszystko to położone w zapomnianym zakątku świata, gdzie czas się zatrzymał. Cudowna kraina, która jakimś cudem zdołała zachować swój fantastyczny charakter, nie została jeszcze odarta z baśniowej powłoki przez współczesną cywilizację.

Przekraczamy rzeczkę i rozpoczynamy wspinaczkę nierówną drogą pośród potężnych sosen w kierunku Omalo. Zupełnie nam się nie spieszy, bo i do czego niby? Pokonujemy kilkaset metrów przewyższenia drogą oferującą spektakularne widoki. Na przełęczy jest rozległa łąka i bezkresne morze kwiatów. Karkołomny zjazd po glinianej nawierzchni i ostrych zakrętach. Z daleka już widać wieże Omalo, ponad nimi krążą potężne Nazgule orły, zataczają kręgi ponad nami, chyba nas obserwują.

W Omalo chcemy dokupić trochę prowiantu. W wiosce nie widać żywej duszy, w końcu trafiamy do domowego sklepiku w jednej z nielicznych chałup. To chyba prawda, że w całej Tuszetii mieszka mniej niż sto osób. Bierzemy kilka pomidorów i kawałek chleba. Ser przechowują w szafie, jest mocno pożółkły, odpuścimy go sobie.

W pobliżu Omalo znajduje się całkiem nowe Visitor Center. Wszystko ładne, nowoczesne, puste. Jest kawiarnia, ekspozycja przyrodniczo-fotograficzna. Tego dnia będziemy chyba jedynymi klientami, zamawiamy chaczapuri, gruzińskie danie narodowe, ciasto z zapieczonym serem. Dobre ;) Podchodzi do nas dwóch młodych ludzi, Seth i Tony, wolontariusze z USA. Rozmawiamy chwilę, strasznie sympatyczni goście! Jutro rozmowa, jak się okaże, będzie znacznie dłuższa, warta szerszego omówienia. Namiot postanawiamy rozbić, za przyzwoleniem amerykańskich kolegów, w sosnowym lasku tuż nieopodal.

„Tri tankista i sobaka” mówi ranger na wieść, że my iz Polszy prijechali. Ja mu na to, że chyba „Czetyre tankista i sobaka” i się chłop mocno rozpromienia. A gdy  jeszcze wspólnie wymieniamy czołgistów i osoby towarzyszące, jest wniebowzięty! Niebywałe, pamięta prawie wszystkie imiona serialowych herosów. Gdyby był młodszy, pewnie założyłby Tankistom fanpejdż na fejsbuku. I już nas zapraszają na poczęstunek, a trzeba wiedzieć, że mają cały bagażnik nabity jedzeniem i bardzo chętnie się nim dzielą. Jest też co nieco do wypicia. Trochę głupio tak brać, ale koniec końców udało mi się mocno ograniczyć dary, tj. dostajemy trzy pomidory, trzy ogórki, jajka, dwa chleby. Ależ będzie uczta!

Nie napisałem tego wczoraj ani dzisiaj, byłem już trochę zmęczony. Nie napisałem mianowicie, że Beso zaproponował, że będzie jechał z powrotem, do cywilizacji, pojutrze, czyli jutro, że pojedzie po ludzi do Tbilisi i jak chcemy… No drogi Beso, sam zmuszasz mnie, abym nazwał Cię Wielkim Kusicielem. Mówisz oto, że „co się będziecie napinać na drodze, którą znacie, lepiej ten czas poświęcić na coś innego. Zrobicie zresztą jak chcecie”. Jak chcemy? Jaki to wybór nam zostawiasz? Nam, ludziom, istotom o słabej woli, z gruntu leniwym?  Że po tej samej drodze mamy się wspinać na przełęcz? Że niby nam się chce?

Zaraz, zaraz. Piszę teraz i pisałem wczoraj z takim przekonaniem o Szatanie, Diable, kuszeniu i tym podobnych ciemnych sprawach. A może to ten drugi, dobry Bóg znaczy się, stoi za tym wszystkim? Bo to, że się Biała Toyota, nie czarna, zjawia się wtedy, kiedy się zjawia, to może Opatrzność jest? Może to właśnie Opatrzność nas wybawia od konieczności dymania na 3000 metrów n.p.m.? I tym razem również Opatrzność chce nam po prostu pomóc, bo sens pchania rowerów przez cały dzień postrzega Ona jako mocno dyskusyjny? A my półgłówki ją obrażamy, wyzywamy od Szatanów i innych Diabłów, nie chcemy zobaczyć spraw takimi, jakimi są. A zatem kusi czy pomaga, Zło czy Dobro? Kto jest kim, może to Diabeł jest Bogiem a Bóg Diabłem? A może nikt nie pomaga, nikt nie monitoruje? Jasna cholera, czyż wiara, religia, przekonanie o jakiejś ingerencji, nie jest aby odmianą paranoi? Jest, bez wątpienia. Wiara to paranoja. Ok, co ja tu się będę w teologa-psychiatrę zabawiał. Ciekawe jednak swoją drogą, może pod wpływem dalszych wydarzeń coś się stanie z moimi przekonaniami? Może jeszcze stanę się w tej Gruzji, nie daj Boże, osobą wierzącą? Cóż, mało prawdopodobne, ale kto wie… Przyznaję, że zaprezentowana powyżej i wczoraj interpretacja wydarzeń w świetle ingerencji w nasz los jakichś sił wyższych jest dosyć mocno naciągana. Tych zdarzeń może i tak, ale gwarantuję Wam, że podczas tej podróży reżyserowanie zdarzeń będących naszym udziałem będzie niezaprzeczalne. Reżyserowanie przez kogo? Jakich wydarzeń? Czytajcie dalej, to się dowiecie.

Poranek w raju

Coffee time!

Dartlo

Wieża w Dartlo

Sielsko...

Żegnamy Dartlo

Potężny Kaukaz

Z Dartlo do Omalo, przez lasy sosnowe

Na przełęczy

Ponad Omalo

Wieże Zemo Omalo

Chaczapuri!

Biwak, Omalo

You are here: Home Dzień 11