„Co z tą Tuszetią?”

Dzień 12. Czwartek, 07.07.2011

Dystans: 33,1

Kolejny bezchmurny dzień. Zbieramy obozowisko, powolutku, nigdzie nam się nie spieszy. Las sosnowy i tylko my w nim. A właściwie to jeszcze kilka saren przebiega w pobliżu. W Visitor Center rozmawiamy z Tonym i Sethem, którzy w Tuszetii spędzą jeszcze trzy miesiące jako wolontariusze. W tym czasie chcą przekazać mieszkańcom Tuszetii kilka cennych umiejętności. Język angielski, prawdopodobnie coś co można nazwać roboczo podstawami przedsiębiorczości. Najogólniej rzecz ujmując, zasady pragmatycznego podejścia do życia, które pomogłyby mieszkańcom Tuszetii żyć lepiej, wykorzystać w większym stopniu potencjał ich ziemi.

Często w kpiący sposób wyrażamy się o Amerykanach i ich ignorancji, mocno ograniczonym obrazie świata. Jednak ci dżentelmeni to ludzie bardzo światli, z bogatym doświadczeniem i dużą wiedzą praktyczną. Wspólnie zastanawiamy się, co można by zrobić aby poprawić jakość życia Indian mieszkańców Tuszetii. Wybudować im tutaj autostradę? Kolejkę gondolową? Zbudować McDonalda, KFC albo inne tego typu dobrodziejstwo? A może wypromować Tuszetię jako mekkę turystów i zarabiać na tym mnóstwo $$$? Czy też zostawić to wszystko takie jak jest, nie poprawiać drogi dojazdowej i zachować dziewiczą przyrodę? Bo czy oni potrzebują poprawiać swój los, to znaczy żeby ktoś im poprawiał ich los? To trudny temat. Nie można nie wspomnieć, iż niemal wszyscy ludzie marzą o wyższym standardzie materialnym, co najmniej o komfortowym zabezpieczeniu podstawowych potrzeb. I ciężko im odmówić prawa do tego. Ktoś może powiedzieć, iż próbując zakonserwować miejsca takie jak to, tworzyć skansen i wstrzymywać napływ technologii skazujemy tych ludzi na wegetację w nędzy. Często jest nam ich żal, że żyją w biedzie z mocno ograniczonym dostępem do naszych dóbr, dla nich luksusowych. Ale czy tak naprawdę przekonanie, iż nasza cywilizacja uczyni ich szczęśliwszymi, nie jest przypadkiem błędne? Ja bym absolutnie Tuszetii nie ruszał, zostawił ją taką jaka jest, dziką, nieskażoną. Nie mam w tym względzie żadnych dylematów. Tym bardziej, że większość nielicznych mieszkańców Tuszetii spędza zimę w nizinnej Kachetii. Już mi wystarczy, że Svanetię wylewają asfaltem. Niestety, prędzej czy później walec cywilizacji przyjedzie też tutaj, prymitywna kultura musi wyginąć w zderzeniu z cywilizacją nowoczesnych barbarzyńców, lepiej przystosowaną, bardziej bezwzględną. Taka kolej rzeczy, słabsi muszą ustąpić miejsca.

Beso przyjeżdża około południa. Na pożegnanie chłopaki przynoszą nam pocztówkę ze złotym piaskiem, kilkoma ciepłymi słowami i zachodem słońca na  „Oregon coast”. Well, keep tn touch, guys. Rowery na dach i 3,5 godzinna jazda z powrotem, do świata żywych. Oddalając się od Omalo odczuwamy lekki żal, że tak krótko tu byliśmy. Ale z drugiej strony może to i dobrze, że pozostał niedosyt, będzie większa motywacja, aby tu kiedyś powrócić.

Po kilkugodzinnej jeździe żegnamy się z Beso, każdy jedzie w swoją stronę. Góry to jednak góry. Docenia się je szczególnie zjeżdżając na rozpaloną nizinę, gdzie powietrze zastygłe w gorącym bezruchu działa niebywale wręcz obezwładniająco. Nadkładamy kilka kilometrów do katedry Alaverdi. Budowla w remoncie, nasza wizyta nie jest zbyt długa. Znacznie ciekawsze od katedry są skoki z mostu do rzeki w wykonaniu lokalnej dzieciarni. Ja bym się na to nie zdobył, szczególnie że wydaje się, iż wody jest co najwyżej do kolan. W Alvani ponownie „Czetyre Tankista i Sobaka” są motywem spajającym rozmowę przy sklepie. Dokarmiamy też zagłodzoną suczkę, siedzimy na schodach jakiegoś socrealistycznego molocha i rozmawiamy z Amerykaninem, który robi film o Gruzji. Takie jest to dzisiejsze popołudnie.

Za Akhmeta jedziemy nadrzeczną szutrówką, ależ dziś ludzi chłodzi się nad rzeką. Dla nich to jedyna możliwość ucieczki przed upałem. Zbliża się wieczór, przy drodze biesiaduje liczna ekipa, wołają nas do siebie, obowiązkowo częstują czym stół bogaty, dają na drogę butelkę wina. Wina, które działa na nas wspaniale. Prezent w sam raz na zakończenie dnia.

Nasz obóz

Tony, Seth & I

Abano Pass - widok na północ

Abano Pass - widok na południe

Człowiek czy maszyna, każdy jest spragniony

Wielki Kaukaz, Piękny Kaukaz

Katedra Alaverdi

Kazali ubrać szykowną kieckę (Alaverdi)

Traktorzysto mały - a macie no uprawnienia do kierowania tym pojazdem silnikowym?

Czas zakończyć ten dzień, na łące zielonej

Jest wino, jest impreza!!!

You are here: Home Dzień 12