„Filozofia rozgrzanego żwiru”

Dzień 13. Piątek, 08.07.2011

Dystans: 52,15 km

Słaba przejrzystość powietrza, piekielna duchota, żwir, po prostu drogi dziś nie ubywa. Szczególnie, że w większości jest pod górę. Ścieżka do ruin zabytkowego klasztoru Kvetera, jednak nie chce nam się nawet kilometra nadkładać, nie mamy ochoty na zabytki, przynajmniej nie w tej chwili. Dobre określenie: „nie w tej chwili” – pewnie w innych okolicznościach, o innej porze dnia, w innej pogodzie, gnalibyśmy jak obłąkani aby ujrzeć Kveterę. A dzisiaj? Zupełnie nam do Kvetery niespieszno, zupełnie nas Kvetera nie interesuje.

W tym żarze, w samo południe, spotykamy grupkę Polaków, rodacy też na rowerach, nie rozmawiamy jednak długo, bo by nas chyba słońce usmażyło. Nieco dalej wpadamy na Jolę i Darka, outsiderów z wyżej wspomnianego peletonu. Siedzą sobie w przydrożnych, zacienionych krzakach. Fajnie im, niespieszno, nie mają żadnego stresu związanego z faktem, że przecież trzeba napierdalać. Tak, mają spory luz, gdzie się dojedzie, to się dojedzie. Z tymi pogadamy sobie dłużej, pogadamy sobie chyba ze czterdzieści minut. Bo nikomu z nas nie tęskno, żeby napierać w tym upale. Plotkujemy, plotkujemy sobie przyjemnie. Istnieją jednak pewne granice przyzwoitości, to znaczy długości przerwy od napierdalania na rowerze. Bo „napierdalać” to właściwe słowo, mocne i adekwatne, zawiera w sobie dystans mówiącego, jego wyraźną ironię wymierzoną w dużą intensywność i – co najważniejsze – obligatoryjność wykonywanej czynności. Bo napierdalać to pracować pod wewnętrznym przymusem, pracować z dużą intensywnością. Trzeba więc ruszać do naszych rozgrzanych kamieni i pyłu, nie dać im zanadto wystygnąć. Trzeba napierdalać. Adiós!

Cóż, dzisiaj główną treścią jest rozpalony żwir i droga pod górę, pewnie także i w dół, ale w górę zapamiętałem bardziej. Zmaganie się z drogą i upałem, drogą niespecjalnie jakoś malowniczą czy w inny sposób atrakcyjną, która jednak doprowadza nas do miasteczka Tianeti. Na bazar, po arbuza, wielkiego, słodkiego, maksymalnie mokrego. Dawać go do sakwy, teraz tylko jakieś miejsce na odprawienie ceremonii pokrajania i rytualnej konsumpcji. Jest cień, koło banku, dobrze w sumie że koło banku, bo mamy trochę imperialistycznej waluty do wymiany. Jest też kranik, ależ szczęście mamy. W banku jest przerwa, miejmy więc przerwę i my. Jak to się wszystko ładnie poskładało. Sjesta nas regeneruje, czas na wymianę waluty, ale to nie taka prosta sprawa, jakieś formularze, paszporty i inne cuda. Ale przy odrobinie cierpliwości probliema niet.

„Pacziemu wy na welosipedach prijechali, dlaczego na rowerach podróżujecie? ” słyszymy nad wyraz często, czy to w Gruzji, czy w Armenii. Czasami pozostawiają w niedopowiedzeniu, a czasami pytają bezpośrednio, dlaczego nie autem, po co się męczyć, po co ślamazarzyć się pojazdem tak prymitywnym, pojazdem dla ubogich. I to my, bogaci ludzie z Zachodu. Informacja o tym, że można dobrowolnie zrezygnować z samobieżnej maszyny, z samochodu, jest dla przytłaczającej większości całkowicie niezrozumiała, jest całkowitą aberracją i abstrakcją. Rower najwyraźniej jest na Zakaukaziu pojazdem wzgardzanym. Nie znaczy to, że i nami się tutaj gardzi, w sumie to najczęściej jest wręcz przeciwnie. Ale jakieś takie niezrozumienie, podejrzenie o naszym pozaziemskim pochodzeniu da się wyczuć. Nawet gdy przytakują i pozorują zrozumienie, my wiemy, że oni nie rozumieją, bo nie są w stanie zrozumieć. Rower jest naszym wyrzeczeniem, nie manifestem czy jakąś anty-materialistyczną rebelią, ale wyrzeczeniem. Wyrzeczeniem raczej bezideowym, które wyzwala, redukcją niezbędną do odzyskania radości i poczucia wolności. A faza rezygnacji z luksusu może nastąpić dopiero po przejściu przez etap pławienia się w tymże, zaspokojenia i zaznania nieuniknionego przesytu. Przynajmniej w miażdżącej większości przypadków. Ci, którzy przemieszczają się na rowerach czy też osłach na etapie przed-luskusowym marzą o samochodach i motorach i ciężko im pojąć, bo jakżeby mogli, jak to my, rowerzyści, z łatwością mogący podróżować samochodem, wybraliśmy jednak rower. Mówimy po prostu innymi językami, jesteśmy na innych etapach, jesteśmy po innych przejściach.

Za Tianeti nawierzchnia pozostaje bez zmian, szutrówka znaczy się. Przez chwilę rozmawiamy z samotnym osłem przywiązanym na rozległym polu. Nie ma chłopaczyna za wesoło, oczy obkleiły mu takie ilości much, że ledwo widzi cokolwiek i wkurwia go to maksymalnie, biedak wierzga zdesperowany. Próbuję przemyć mu te nieszczęsne oczy wodą z bidonu, ale rezultat jest marny. Muszyska nie odpuszczają.

Jedziemy dalej, pod górę. Jest w końcu i zjazd, ale tak stromy i po tak śliskiej nawierzchni, że męczy chyba nawet bardziej niż pchanie. Ale my się takimi sytuacjami nie frustrujemy, to piękne uczucie. Wieczorem dojeżdżamy w pobliże Drogi Wojennej, rozbijamy namiot na drodze do Chewsuretii, przy kapliczce ponad zbiornikiem Zhinvali. Pilnuje nas sympatyczny piesek, to bardzo dobrze mieć takiego oddanego stróża.

P.S. A co sądzi Ola o dniu 13? Przeczytajcie sami ;-)

Żwir to jest to!

Spotkanie z rodakami

Jola i Darek mają luz

Im się nie spieszy

W oczekiwaniu na otwarcie banku

Nie dają mi france spokoju

Na przełęczy pomiędzy Tianeti a Zhinvali

Zbiornik Zhinvali

Nasz stróż, nasz druh

Ponad Zhinvali

You are here: Home Dzień 13