„Cuda, dziwy na wojennej drodze”

Dzień 14. Sobota, 09.07.2011

Dystans: 77,16

Rano niebo jest mocno zachmurzone, piesek wygłodniały po całonocnym czuwaniu, oczekuje jakiejś, drobnej chociażby, rekompensaty za usługę ochroniarską. A trzeba wiedzieć, że dzielnie nas pilnował, szczekał zajadle gdy tylko ktoś lub coś pojawiało się w pobliżu naszego namiotu. A może nawet i nic się nie pojawiało, może tylko w jego rojeniach, może tylko udawał zagrożenie i jego odpieranie aby zarobić na chleb, ale trzeba mu oddać uczciwie – dbał o nasze bezpieczeństwo bez zarzutu. Zawsze szkoda odjeżdżać, gdy spojrzy się w oczy takiemu zwierzakowi, który swym wzrokiem zapewnia nas po stokroć, iż strzegłby nas wiernie, aż do końca swoich dni, gdybyśmy tylko mogli, gdybyśmy tylko zechcieli, zabrać go ze sobą.

W Zhinvali robimy szybkie zakupy i rozpoczynamy przygodę z Drogą Wojenną. Jest gorąco, jakaś taka nieprzyjemna duchota. W Ananuri wpadamy na Bartka, którego spotkaliśmy rok wcześniej na Islandii. Zaraz, zaraz, Bartek nie wiedział przecież, że jedziemy do Gruzji, my nie wiedzieliśmy, że on jedzie do Gruzji. Raz w życiu gościa widzieliśmy i nigdy wcześniej, ani nigdy później, nie mieliśmy ze sobą nic do czynienia. Każdy z nas mógł wybrać dowolną lokalizację na świecie… no dobrze, może nie aż tak zupełnie dowolną, dostępność biletów lotniczych do Gruzji stawia ten kraj w gronie kierunków bardziej prawdopodobnych aniżeli przykładowo Irak czy Sudan. Jednak sam wybór lokalizacji w tym samym czasie i późniejsze dwukrotne przecięcie naszych ścieżek rok po roku na rozległych przecież obszarach Islandii i Gruzji jest chyba stosunkowo mało prawdopodobne? Jeśli ktoś potrafi wyliczyć prawdopodobieństwo tego zdarzenia, będę wdzięczny za podesłanie wyników. Jeżeli w przyszłym roku spotkamy się ponownie w… (spokojnie, nie napiszę, dokąd się wybieramy), zacznę się poważniej zastanawiać nad kilkoma sprawami. Tak jak ostatnio, gdy pomyślałem sobie, żeby obejrzeć film „Gattacca”, sam nie bardzo wiem dlaczego. Coś mi się przypomniało i tak od kilku dni Gattacca, Gattaca, Gattacca łaziło mi po głowie. No dobra, dzisiaj obejrzę, myślę sobie. Jeszcze tylko na chwilę włączam radio w kuchni, a ja bardzo rzadko włączam radio, a tam znajoma melodia, tę to akurat znam i lubię więc sobie słucham, wiem skąd pochodzi, wiem co się właśnie wydarzyło, wiem, ale nie do końca pojmuję. Po kilku minutach spiker potwierdza to, co ja wiem doskonale, że oto Michael Nyman i muzyka z filmu „Gattacca”. Dobra, idę oglądać. Ale pewnie każdy z Was miał wiele podobnych sytuacji, ja również. Jak choćby wtedy, gdy wysiadłem z pociągu na dworcu centralnym w Warszawie i zobaczyłem dawno nie widzianą koleżankę z Zakopanego i … O czym ja tu zresztą piszę, wracajmy do Gruzji.

Droga Wojenna przez kilkadziesiąt kilometrów wiedzie łagodnie wzdłuż rzeki, dnem ogromnej doliny. Trzeba przyznać, że byliśmy nienajlepiej nastawieni do tego odcinka, jak zresztą do tych wszystkich znanych atrakcji będących celem tabunów turystów. Obawialiśmy się dużego ruchu, a tu proszę, droga niemal pusta. Od pewnego miejsca rozpoczynają się serpentyny wykute w skale, jednak profil jest bardzo łagodny i po obszernych pochylniach pedałuje się bez specjalnego wysiłku. Scenerie robią się coraz bardziej dramatyczne, bujna zieleń a w tle ośnieżone szczyty Kaukazu. Jako że zbliża się już wieczór trzeba rozejrzeć się za jakimś miejscem na rozbicie namiotu. Jesteśmy na wysokości ok. 2000 m. n.p.m. w pobliżu Gudauri, wokoło hale i szczyty nad którymi zbierają się złowrogie chmury. Jest też jakiś hotel, jednak zamknięty na cztery spusty. Szybki prysznic, gotowanie, standardowe czynności. Wchodzimy do namiotu a tu przyłazi pięć piesków-gigantów, jakie to obficie występują na kaukaskich halach.

Cóż, nie bardzo mamy ochotę się z nimi zaznajamiać, one z kolei mają przeogromną ochotę poznania nas, a raczej zawartości naszej sakwy z jedzeniem. No i tak siedzą sobie wokoło naszego namiotu rozstawionego na pustkowiu i powoli zdają się tracić cierpliwość. Manifestuje się to m.in. poprzez to, że na mój okrzyk w zamiarze mający je odpędzić, reagują gardłowym warczeniem i eksponowaniem ostrych niczym sztylety kłów. Użycie ultradźwiękowego odstraszacza oznacza warczenie zintensyfikowane. Nic to, kładziemy się, zaraz na pewno sobie pójdą, powtarzamy w swojej naiwności, a raczej oszukujemy samych siebie. Wiemy przecież doskonale, że te bestie nigdzie się nie wybierają. Nie przewidzieliśmy tylko, że zaczną ze sobą walczyć, walczyć niebywale wręcz zażarcie, zapewne o prawo do skonsumowania dwunogów skrytych w prowizorycznym, szmacianym „schronieniu”, którego lichość i wnętrze błyskawicznie obnażyć może kilka szarpnięć kłów i pazurów. A więc na zewnątrz dochodzi do poważnych, zapewne krwawych, ekscesów, które to możemy sobie jedynie wyobrazić. Już czarna noc, zostają już tylko dwie bestie, szczególnie wielkie. A co z innymi? Czy na pewno poszły na dobre? Może czają się za hałdą żwiru? Nie śpimy za dobrze, bo jedno bydle spoczywa niemal na naszym namiocie sapiąc i mlaskając mało dyskretnie tuż przy moim uchu. Na każdą próbę rozpięcia suwaka namiotu, werbalnych pertraktacji, słychać złowrogie warczenie. Jak kogoś z nas dziabnie będzie kłopot. Jeśli nawet nas nie pogryzą przesadnie mocno, to nawet po lekkim draśnięciu trzeba będzie zaliczyć szpital, zastrzyki, jednym słowem będzie sporo czasu w plecy. Nie martwmy się jednak na zapas, zobaczymy co ranek przyniesie.

Piszę o tym dniu w pewnej retrospektywie, napisałem na początku o zbiegach okoliczności, w sumie niepotrzebnie odwołując się do jakichś moich osobistych, poza-kaukaskich historii. Bo daleko szukać nie trzeba było, posłuchajcie tego: tworzę ten wpis, piszę Gudauri, a po chwili widzę na pasku na dole ekranu, że jakiś mail do mnie zawitał. Mail, w którym ktoś zaprasza mnie do Gudauri. Ten ktoś nie wie, że byłem kiedykolwiek w Gudauri, nawet że w Gruzji byłem, że w ogóle na rowerze jeżdżę ten ktoś nie wie. Hmm, że też akurat akurat teraz do Gudauri każą jechać. Jest zatem zbieg okoliczności. Nie byłby tak wielki, subtelny raczej byłby, gdyby zaprosili mnie do Gudauri podczas tworzenia wpisu z innego dnia, powiedziałbym wówczas pewnie tak: „ale fajnie, zapraszają mnie do Gudauri”. Ale tutaj złożoność sytuacji jest dużo bardziej zastanawiająca. Muszę przyznać, że przyjmuję takie zdarzenia z coraz większym opanowaniem, nawet bardzo się z nich cieszę, nawet z niecierpliwością wyczekuję kolejnych. Nadają one bowiem postrzeganiu wszystkiego wokoło bardzo ciekawej perspektywy i skłaniają do doprawdy interesujących wniosków. Oby tak dalej.

Piesek z rana, piesek z wieczora?

Ananuri

Bartek, ciekawe gdzie spotkamy się za rok...

Power off, trza nam kalorii

Tranzyt do Rosji

Całkiem ładna ta Droga Wojenna

Jakoś nas na Colę wzięło

Jedzie się łatwo i przyjemnie

Święte? Te krowy święte?

Wyżej i wyżej...

... piękniej i piękniej.

Gudauri, nikogo wokoło jeno pusty hotel

You are here: Home Dzień 14