Kazbegi pełne atrakcji

Dzień 15. Niedziela, 10.07.2011

Dystans: 47,20 km

W nocy całkiem mocno pada, rano już tylko nieco siąpi. Chcielibyśmy jak najszybciej stąd odjechać. Wychylam głowę z namiotu, czekam aż podniesie się skowyt i atak wygłodniałych maszyn do zabijania. Jestem uzbrojony w nóż, w gotowości mam też butelkę z benzyną, bez specjalnego jednak pomysłu jak ją wykorzystać. Przed wyjazdem czytałem co nieco o atakach psów, ich psychologii, metodach walki. Sam jestem ciekaw, czy uzbrojony w podstawy teoretyczne dam radę przenieść tę wiedzę na grunt praktyczny. W lewej ręce szmata, w prawej nóż. Sprowokować, żeby skoczył do szmaty, uskoczyć, w powietrzu podciąć mu gardło. W razie potrzeby powtórzyć cięcia. A co jeśli skoczą dwa? O tym już nie doczytałem. Nie martwmy się na zapas, jakby co, będę improwizował. Ok., w lewej ręce szmata, w prawej nóż. Wychodzę ostrożnie. Nic nie skacze, nic nie warczy i nie łapie za nogawkę. Tylko wiatr niegroźnie szumi. Psów nie ma. Ufff….

Deszcz ustaje, mgły okazują się wyrozumiałe i odsłaniają przed nami piękno górskiego krajobrazu. Wnet mijamy jakiś opuszczony kompleks, zapewne hotel, teraz niestety cały zrujnowany. Zatrzymujemy się tu na śniadanie, nie ma żywej duszy, powybijane szyby, zdewastowane drzwi.  Chciałbym spędzić nieco czasu w okresie świetności tego miejsca, wyobrażam sobie narciarzy leżakujących na tarasie i korzystających ze słonecznych kąpieli. Część turystów wraca z okolicznych stoków, niektórzy robią sobie przerwę na obiad, niektórzy już na dziś zakończyli szusowanie. Wszyscy zadowoleni, ależ mają śmieszne narciarskie wdzianka, takie kombinezony staromodne! Tak to mogło kiedyś być, może jeszcze tak kiedyś będzie?

Asfalt się kończy, zaczyna się deszcz. Na razie lekki, do Przełęczy Krzyżowej już tylko kilka zakrętów. No i wnet jesteśmy, prawie na 2400 m n.p.m., jakoś bardzo trudno nie było. Nie ma co, trzeba jechać, chmury ocierają się o szczyty, które tylko czekają aby wycisnąć z nich, z chmur znaczy się, wodę, dużo wody, która leci prosto na nas. W pewnym momencie dojeżdżamy do miejsca, gdzie na środku drogi tubylcy oprawiają barany, skóry, krew, mięcho, przykry widok, przykry zapach. Do Oli doskakuje kilka psów, ależ są cholery agresywne. Pasterze-rzeźnicy nie kwapią się zbytnio, aby pieski przywołać, trzeba ich trochę zwymyślać, żeby raczyli oderwać się od swojego pasjonującego zajęcia. Psów do tej pory nie było za wiele, a tu proszę, worek się rozwiązał i codziennie zaskakuje nas jakaś czworonożna, krwiożercza niespodzianka.

Zjeżdżamy dalej, pada mniej, hurra, za chwilę jednak już leje i zaciąga się na amen, łeee. Jedziemy w strumieniach wody, ależ paskudna aura. Tak więc do Kazbegi, a raczej do Stepancminda, jak się teraz to nazywa, wjeżdżamy w gęstym deszczu, deszczu jakby bardziej mokrym niż zazwyczaj. Miło byłoby się trochę osuszyć, poza tym chcielibyśmy połazić trochę po okolicy, warto by więc znaleźć jakiś nocleg i bezpiecznie zdeponować nasze klamoty. Ooo, przestaje padać, wszystko szybko paruje. Na głównym placu od razu wypatrują nas naganiacze i dawaj, wciskają nam swój kit. Odjeżdżamy kawałek, bo nie warto podejmować decyzji pod presją. Cóż, a może mają jednak coś ciekawego do zaoferowania? Taksówkarz woła jakąś kobiecinę, która aż się trzęsie w nadziei, że turyści zasilą gotówką jej gospodarstwo. Mówi, że jej dom jest niedaleko, że jak się nie spodoba, nie musimy brać. Jasne, że nie musimy brać. Prowadzimy rowery, kobita niemal biegnie, pot się z niej leje obficie, ma niezłą zadyszkę i obłędną determinację w oczach, znaczy się widać, że za wszelką cenę nie chce nas już stracić. Mówię, żeby wyluzowała, bo się przecież wykończy. Ale jest cholera zdenerwowana, a przy tym bardzo miła. W końcu po kilkuset metrach jesteśmy u bram jej posesji. Domek bardzo fajny, przyjemne widoki, cały dzień przed nami, żyć nie umierać. A do tego słonko przebija! Ho-ho, może i pralkę byśmy nastawili, wrzucili nasze łachy, bo trochę się już tego nazbierało? Oczywiście zapłacimy dodatkowo, ile się należy? Ależ nic, nie trzeba, żaden problem. No to możemy już wstawić, wyschnie sobie do wieczora? Niestety woda będzie dopiero o 17, więc będziecie mogli dopiero wtedy nastawić pralkę. Że co?? Nie przejmujcie się, ja za was wstawię. Zaraz, zaraz. To nie ma wody? No niestety, jest mała awaria i w całym Kazbegi nie ma wody, ale na pewno będzie po południu, taki przekazali komunikat. Jak obiecali, będzie na pewno.

Jasna cholera, to my się tu rozkładamy z całym majdanem, cały pokój zawalony rzeczami, a tu prysznica nawet nie weźmiemy? Składać tego wszystkiego nam się już zwyczajnie nie chce. Wiadomo, wchodzisz przemoczony do ciepłego to ogarnia cię taka błogość i odpływ energii, że nie jesteś zdolny do jakiegokolwiek działania. Jak człowiek sobie biwakuje na dziko, nie ma takich problemów.

No dobra, aż tacy brudni to nie jesteśmy, przecież rano padał deszcz to nas trochę opłukało. Poza tym mają sporo baniaków z wodą.  Krótki odpoczynek i wnet zbieramy się w kierunku Cminda Sameba, klasztoru ponad miastem. Wycieczka jest niezbyt długa, idziemy sobie przez podwórka zapyziałych domków i dosyć stromą ścieżką szybko dochodzimy do podnóża zabytkowej budowli. I oto jest, słynny klasztor Cminda Sameba górujący nad miastem, a w tle ośnieżony Kazbek? Czy może być coś piękniejszego? Tak! Prowadzi tu też ubita droga poprowadzona serpentynami, po której idzie sporo pieszych, a nawet jeżdżą busy z turystami. Niezbyt to wszystko w naszym guście. Ochoczo wracamy sobie do domu, zaraz będzie 17, prysznic, pralka, doprowadzimy się do ładu. Jednak wody jeszcze nie ma, a już po 17, co jest? Spokojnie, będzie na pewno do 19. Szlag by to trafił, a co jeśli nie będzie? Będzie na pewno.

19 już jest, wody jak nie było, tak nie ma. Idziemy zasięgnąć języka w sąsiedztwie. Sąsiedzi też nie mają wody, sąsiedzi sąsiadów też nie mają wody. Nigdzie w Kazbegi nie mają wody. Nigdzie w Kazbegi nie mają wody od dwudziestu ponad dni. I nigdzie w Kazbegi nie będzie wody nie wiadomo jeszcze jak długo. Dla wszystkich to tak oczywiste, jak dla nas, że nas pięknie nabito w butelkę. Wszyscy wiedzą, że wody nie ma, bo gdzieś w górach pękła jakaś rura doprowadzająca wodę. Szokujące jest nie to, że nie ma wody, ale z jakim spokojem wszyscy o tym mówią.

Wszystko zaczyna się układać w logiczną całość. Można powiedzieć, że miałem przeczucie. Tak myślę, że przeczucie, intuicja to nic innego jak efekt wytworzony przez nasz mózg, jakaś teza, która nam się znienacka objawia, ale na której obronę nie mamy żadnego namacalnego materiału dowodowego. To znaczy mamy, ale prawdopodobnie jest gdzieś skryty w głębokich rejestrach naszej podświadomości. Podświadomie rejestrujemy mnóstwo informacji, pozornie nieistotnych, pozornie błahych, które gdzieś tam żyją własnym życiem, łączą się w przeróżne kombinacje i czasami niespodziewanie krystalizują w jakąś hipotezę. Wizję, przeczucie, intuicję. Dzisiaj to mogły być jakieś drobne gesty, spojrzenia, milisekundy zawahania, lekka nadpobudliwość w głosie tej kobiety, coś czego nie pamiętam, coś czego nie potrafię przywołać. Ale  może  nie było aż tak trudno złamać tych szyfrów, bo teraz, po fakcie, dobrze pamiętam, że wówczas przecież pamiętałem niepokój tlący się gdzieś głęboko w zakamarkach mojej podświadomości, najzwyczajniej czułem, że coś tu nie gra. Tak, ja widziałem zaniepokojenie w oczach tej kobiety, ale nie dałem się mojej podejrzliwości. A te baniaki napełnione wodą? Przecież każdy idiota mógł się zorientować, że oni tak już długo funkcjonują. Chciałem być ufny, chciałem być dobry. Nie chciałem być taki jak zwykle.

Tak, oni tu wody nie mają od 20 (dwudziestu) dni! Żal mi ich, dlaczego nikt nic nie robi, nikt im nie pomoże? Mają bardzo niewesoło, dla nas to raptem jeden dzień, ale i tak ciężko opanować negatywne emocje i powiedzieć sobie, że przecież to właśnie tylko jeden dzień. Nie chodzi tu bowiem o tę wodę, nie chodzi tu o żadne pranie czy kąpanie. Chodzi przede wszystkim o normalną ludzką uczciwość, nawet dla mnie, relatywisty, granice definicji uczciwości są raczej mało płynne. Sytuacja normalnie jak z filmu, jakiś spisek niedorzeczny. Wszyscy udają, wszyscy grają, wszyscy wiedzą, że kłamią, ale robią to dalej. Ja rozumiem, że kasy nie mają, ja rozumiem, że każdy grosz jest dla nich cenny, ale do diaska, bez jaj! I to ma być ta gruzińska gościnność? Jestem maksymalnie wkurwiony, bo najbardziej lubię nocleg pod namiotem, a oto jestem na kwaterze bez wody. To nie sytuacja, w której turyści kręcą nosem bo im coś nie odpowiada, że woda niewystarczająco gorąca, że jedzenie niewystarczająco dobre. My w ogóle żadnego luksusu nie potrzebujemy, my prawie nigdy z luksusu nie korzystamy, my prawdę powiedziawszy luksusu nie lubimy. No a tu zachciało nam się gdzieś graty zostawić i sobie w spokoju połazić po okolicy. Ba, pranie nam się robić zachciało! Można powiedzieć, że zachciało nam się w luksusie pławić. A że kwatera niedroga, to dlaczego by nie? No to mamy. I pewnie już wiecie, czego najbardziej nie możemy się doczekać? Nie możemy się już doczekać, jak stąd jutro skoro świt wyjedziemy, jak się potoczymy po drodze wolni jak ptaki i zostawimy to przeklęte miejsce daleko za naszymi plecami. Jak zwykle droga okazuje się piękniejsza od celu.

Jak wody nie mają tak długo, nietrudno o jakąś zarazę. Wolałbym o tym wiedzieć zawczasu. I to właśnie powoduje największą złość. Nie zastanawiam się długo, dwie sakwy na rower i dwa worki na wodę. Przecież jak szliśmy do Cminda Sameba, czy jak to się tam nazywało, mijaliśmy ujęcie lodowatej górskiej wody. Jadę tam po ciemku, ostatni odcinek mocno pod górę, jak tu szliśmy po południu wydawało się bliżej.

Przyjeżdżam z wodą, gospodyni i jej rodzina zaczynają jakieś pokutne sceny robić, coś tam nawet płakać próbują. Demonstracyjnie szlocha, mówi, że kasy nawet nie weźmie, że przeprasza. Przecież nie będę im udowadniał, że są nieuczciwi, sami to w głębi duszy wiedzą, chociaż sami przed sobą na pewno znajdują niezliczone argumenty na usprawiedliwienie i wybielenie swojego postępowania. Zostawiam im pieniądze, przecież pokorzystaliśmy sobie co nieco, prawda? Co ciekawe i smutne zarazem, pokazuje też „miła” pani swoje drugie, mniej miłe oblicze. Zaraz, zaraz - czy ona ma jakieś pretensje? Bardzo, bardzo nieprzyjemne wspomnienie.

Jaki płynie morał z tej opowieści? Pytajcie zawsze o wodę, a jak Wam mówią, że będzie po południu, czym prędzej zarządźcie ewakuację z tego miejsca.

Widok z rana jak...

Tutaj pewnie kiedyś turyści świetnie spędzali czas. Kiedyś...

Przełęcz Krzyżowa (2379 m n.p.m) tuż, tuż

Już na dole. Z Islandią mi się kojarzy.

Nasza "kwatera marzeń" ;)

Kazbek w chmurach. Tylko czemu u licha auta tu wjeżdżają i rozjeżdżają? Bo mogą ;)

Cminda Sameba - klasztor Świętej Trójcy ponad Kazbegi

Widok na Stepancminda (dawn. Kazbegi).

Cminda Sameba - klasztor Świętej Trójcy ponad Kazbegi

Lawasz, chleb Zakaukazia.

Spokojnie sobie pichcimy, jeszcze nieświadomi poważnej awarii wodociągu.

You are here: Home Dzień 15