„Ta sama droga, inna droga.”

Dzień 16. Poniedziałek, 11.07.2011

Dystans: 125,66

Wstajemy skoro świt, w ekspresowym tempie objuczamy nasze rumaki i w nogi, oby jak najdalej od tego miejsca. Jak dobrze być znowu w drodze! Jak dobrze mknąć przed siebie i nie być zdanym na innych, na ograniczenia cywilizacji! Ależ jesteśmy szczęśliwi, ależ jesteśmy wolni! Oj, chyba nieprędko wylądujemy na jakiejś kwaterze, namiot ma wszystkie hotele tego świata pod sobą.

Do Kazbegi jechaliśmy w deszczu, teraz mgły unoszą się i zapowiada się piękna pogoda. Zatrzymujemy się nieopodal drogi na śniadanie, widoki są doprawdy porażające. Kamienne wieże, unoszące się mgły, masa zieleni, pusta droga. Celebrujemy każdy moment, każdy łyk gorącej i aromatycznej kawy. Pisałem już wcześniej, pisałem że powrót tą samą drogą niekoniecznie musi być nudny. Również teraz, droga niby ta sama, a jednak oferuje wiele nowych spostrzeżeń. Wysokość zdobywamy całkiem sprawnie, pamiętamy, żeby uważać w rejonie betonowych tuneli, gdzie bezceremonialnie na środku drogi oprawia się owce i barany. Tym razem również, pomimo naszego spokojnego zachowania, atakują nas psy, jeden nawet całkiem mocno mnie pogonił, szarpał wściekle za tylną kieszeń moich sakw, franca jedna agresywna. Może byliśmy zbyt spokojni? Może to nasza wina?

No i z powrotem jesteśmy na Przełęczy Krzyżowej, skąd rozpoczynamy kilkudziesięciokilometrowy zjazd na dno doliny. Zatrzymujemy się tylko raz, na tarasie widokowym przypominającym latający spodek pokryty bajecznie kolorowymi malowidłami. Ciekawy twór.

W Pasanauri podjeżdża uchachany od ucha do ucha chłopak na rowerze i sobie tak koło nas jedzie. „Diengi masz?”, pyta, „nie”, odpowiadam i sam zagajam: „ale może ty masz? Bo by się nam bardzo przydały?” Koleś szybko stwierdza, ze musi jechać. Wiecie co? To bardzo dobry patent na naciągaczy wszelkiej maści. Dzisiejsze spokojne kręcenie prowadzi moje myślenie do wydarzeń z dnia wczorajszego. Zastanawiam się, czy opisując tych ludzi negatywnie, nie stawiam się w mojej narracji w roli turysty-buraka, który w sposób protekcjonalny traktuje mieszkańców biednych krajów. Dobrze tak spojrzeć na siebie i swoje postępowanie, czy jednak nie jest to przypadkiem efekt wszędobylskiej politycznej poprawności? Tak, przecież propaganda obowiązkowej tolerancji i wyrozumiałości musi rodzić takie auto-ograniczenia, autokontrolę, biczowanie siebie samego za swe niecne występki, choćby popełnione jedynie w sferze umysłowej. Cóż, mogę tylko zaproponować, abyśmy zaprzestali zideologizowanego usprawiedliwiania tak lekką ręką wszelkiego dziadostwa. Jak ktoś nas kamieniami obrzuci, oczywiście zawsze można pomyśleć, że naruszyło się jakąś lokalną zasadę, że sami sobie jesteśmy winni. Nie oceniajmy tych ludzi pochopnie, te kamienie to prawdopodobnie nie wyraz bezpodstawnej agresji lokalnych, lecz najpewniej wynik jakiejś naszej gafy. Niestety, jeśli ktoś mnie pałką będzie lał po głowie, ja się nie będę zastanawiał, czy nie pogwałciłem jakiegoś kodeksu kulturowego, tylko z pewną dozą rozczarowania przejdę do działań obronno-odwetowych. Jak mnie ktoś oszukuje, oczywiście mogę go usprawiedliwiać, że nie ma pieniędzy, że jakbym to ja nie miał pieniędzy, to też bym oszukiwał. Ja mogę takich osobników próbować zrozumieć, bo poznanie motywacji innych zawsze jest ciekawe, ale niestety nie mogę dać takim osobnikom skakać sobie po głowie. Bezkrytyczna polityka miłości i tolerancji w świecie bezlitosnych zasad może niestety okazać się niczym innym, jak czystą naiwnością, prowadzącą nad wyraz często do opłakanych skutków. Kto wie, być może nawet do zagłady naszej miłościwej cywilizacji? Tak, obecnie uważam takie "twarde" podejście za realistyczne, podejście dające największe szanse na przetrwanie. Gra warta jest świeczki, pod warunkiem oczywiście, że to właśnie przetrwanie uznamy za najważniejsze. Trzeba bowiem mieć na uwadze, że funkcjonowanie przepełnione nadmiernie ograniczonym zaufaniem i wynikającą z niego obawą wcale nie musi być takie przyjemne, może nawet być mocno destrukcyjne, a nawet samo w sobie może rodzić wrogość. Tak naprawdę to wielce pragnąłbym, aby to twarde, realistyczne spojrzenie na świat funkcjonowało w moim przypadku jedynie w sferze gdzieś głęboko skrytej koncepcji.

W Ananuri chcemy odbić w boczną szutrówkę, tuż przy granicy z Osetią Południową. Jednak napotkani ludzie stanowczo nam to odradzają. Że wojsko i policja gruzińska straciły kontrolę nad tym obszarem, że ciężko cokolwiek powiedzieć co tam się teraz dzieje. Nie bardzo dowierzamy tym czarnym opowieściom, jednak też nie chcemy wpakować się dzisiaj w jakieś kłopoty. Pieski okrążyły namiot, na kwaterze nas podręcznikowo wręcz wpuścili w maliny, to co teraz? Może jakaś mina na poboczu? Napad rabunkowy? Nie, dzięki, może jutro będziemy bardziej otwarci na takie przygody... Jedziemy więc dalej w kierunku Zhinvali, szybkie piwko na schłodzenie w przydrożnym sklepiku i skręcamy w boczną drogę. Drogę bardzo ładną, pachnące sosny, pola. Jest i dogodne miejsce na biwak, znaczy się jest tylko potencjalnie, bo niestety okazuje się dzikim wysypiskiem śmieci. Wkrótce dojeżdżamy do Dusheti, to chyba kurort jakiś, bo pełno tu wyelegantowanych wczasowiczów, auta też jakieś takie lepsze niż gdzie indziej się wydają. Nie wiem w jaki wakacyjny wabik wyposażone jest Dusheti, ja niestety nie zaobserwowałem niczego, co mogłoby skusić mnie do spędzenia tutaj urlopu. Jednak widać tutejsza bananowa młodzież dostrzega więcej niż ja, bo jest ich tutaj na pęczki. No, przynajmniej zaspokajamy naszą ciekawość, skąd biorą się te imponujące góry śmieci w przydrożnych zagajnikach.

Dobra, zaraz wieczór, a tutaj  perspektywy na znalezienie jakiegoś miłego zakątka są coraz słabsze. Wyjeżdżamy ponad miasteczko, łąki i pola, nareszcie spokojnie. Szybki skok ponad drogę, szybki, bo zawsze chcemy pozostać niezauważeni, staramy się rozbijać namiot tuż przed zmrokiem, żeby nie kusić jakiegoś licha. W spokoju dopijamy sobie nasze napoje, humory mamy rewelacyjne. Miejsce jest piękne, ludzie wracający z pola są niezwykle mili i przychylni. I tak sobie siedzimy przed namiotem, patrzymy na światła Dusheti i rozgwieżdżone niebo. To bez wątpienia jeden z piękniejszych wieczorów tego lata.

No jedźmy już stąd wreszcie!

Do dzisiaj widzę te wieże.

Stoliczku nakryj się ;)

Kiedyś to mieli tu radośnie i kolorowo

Tam daleko z przodu, zacznie się podjazd

Przełęcz Krzyżowa, zdobyta.

Ciekawy twór

Ach te mozaiki z dawnych lat...

To się nazywa widok z tarasu... widokowego.

Dziad gruzińskiego czarnoksiężnika

Hmm, dokąd by tu pojechać?

Obozowisko ponad Dusheti

Gruziński specjał na koniec dnia (po 125 km coś się od życia należy!)

You are here: Home Dzień 16