„Supra”

Dzień 17. Wtorek, 12.07.2011

Dystans: 59 km

Nie ma to jak wystawić głowę z namiotu i ujrzeć przepiękny krajobraz skąpany we wschodzącym słońcu. Wówczas wiadomo już, że dzień będzie w jakiś sposób magiczny. Nie wiemy jednak jeszcze na czym owa magia będzie polegała. Niespiesznie składamy namiot, a tu nieco nieśmiało podchodzi rolnik z kilkunastoletnią dziewczynką, która lekko onieśmielona wręcza nam siatkę zielonych śliwek. Niebywale życzliwi ludzie, bardzo ciekawi ich nasza podróż. Tak, im biedniej ludzie żyją, tym chętniej się z tobą dzielą. Bogaci mają przecież tak wiele do stracenia.

Na zjeździe do Mchadijvari kura wpada pod moje rozpędzone koła, ale jakimś cudem wychodzi bez szwanku z tej kolizji. No, przynajmniej sprawia takie wrażenie. Ciekawa wioska, przez jej serce przebiega gruntowo-żwirowo-błotnista uliczka, panuje dalece zaawansowany nieład. Jest też imponujący kościół z, jak podają źródła, 1668 roku. Ciężko ocenić, którą drogę wybrać. Pytamy o wariant południowy przez pola, ale ponoć droga zaznaczona na mojej mapie nie istnieje. Podobnie z mostem w opcji zachodniej – na mapie jest wyraźnie narysowany, w rzeczywistości jednak nikt go nigdy nie widział. Koniec końców podążamy dalej na zachód, tuż przy granicy z Osetią Południową. Wokoło łąki i tylko niezbyt wysokie drzewka wzdłuż drogi dają jakiekolwiek wytchnienie przed słońcem. Nawierzchnia usypana jest z kamieni różnej wielkości, czasami ciężko po tym nawet prowadzić rower. Upał i długa prosta, nieciekawa kombinacja. Po kilku kilometrach pokonanych w ślimaczym tempie wjeżdżamy do malutkiej wioski. Taka cisza i spokój, zapadłe budynki i zarośnięte ogrodzenia, miejsce jest chyba opuszczone. Zatrzymujemy się przy jednym z ogrodzeń w przyjemnie zacienionym miejscu i montujemy naszą kuchnię. Wciąż nic nie zakłóca ciszy, co tylko utwierdza nas w przekonaniu, że w wiosce nie ma żywej duszy.

Raczymy się kawą i smakołykami zachomikowanymi na taką właśnie okazję, a tu z jednego z domków wychodzi babuszka, podchodzi do nas, zagaduje. Nalega, żebyśmy przyszli do niej w odwiedziny. Ciekawie byłoby zobaczyć jak mieszka, ale pewnie mieszka tu sama, nie będziemy więc jej głowy zawracać. Ale może to ona zechciałaby się z nami napić kawy lub herbaty? Może ciastko? Nie, nie jest głodna. Nie mijają dwie minuty gdy podjeżdża starszy człek na wozie ciągniętym przez pociesznego osiołka. Babuszka korzysta z okazji i opuszcza nas na chwilę, wnet jednak wraca z nastoletnią wnuczką. Kawi bardzo dobrze mówi po angielsku i wyjaśnia, jak bardzo im zależy, aby nas ugościć. Choćby tylko przez chwilę. Na zachętę dostajemy ciasteczka i pomidory. Dobrze pamiętajmy lekcje z początku naszej podróży, dajmy się zaprosić, nie opierajmy się nurtowi zdarzeń! Idziemy, ale tylko na chwilkę, bo wiecie państwo, trzeba nam wkrótce ruszać w dalszą drogę. Przekraczamy nieco podupadłe ogrodzenie i po kilku krokach ogarnia nas zdziwienie. Prawdziwie bajecznie zielony ogród, sklepienie utkane z winorośli rozpościera się opiekuńczo ponad kusząco zastawionym stołem. Zupełnie niespodziewany widok. Przekroczenie granicy światów, Narnia, Alicja w krainie czarów, Tajemniczy ogród, takie właśnie skojarzenia. Witają nas rodzice Kawi, bije od nich serdeczność i radość wynikające z naszego spotkania. Zasiadamy do stołu, na którym co rusz pojawiają się jakieś nowe specjały. Wydaje się, jakbyśmy znali się od zawsze, poruszamy niezliczoną gamę tematów. Ten ogród, ci ludzie, ten spokój jest dla nas momentem niezwykłym. Rodzice Kawi są inżynierami, mieszkają z córkami w Tbilisi. Tutaj przyjeżdżają tylko w odwiedziny do mamy-teściowej, spędzają też sporą część letniego urlopu. Jak mówią, turystów nie widzieli tutaj nigdy.

Wszyscy mieszkańcy wioski są Osetyjczykami, ofiarami całej tej niedorzecznej polityki, wojen, przesuwania granic. A przecież formalnie rzecz biorąc, Osetia Południowa jest częścią Gruzji, jej niepodległość, ogłoszoną w 2008 roku, uznaje chyba pięć państw na świecie, w tym Rosja, Nikaragua i Wenezuela. Naturalnie  Rosja gra pierwsze skrzypce działaniach na rzecz odcięcia Osetii od Gruzji. W świetle prawa międzynarodowego oraz w opinii zdecydowanej większości państw świata, Osetia Południowa jest obecnie pod bezprawną okupacją Rosji. A czy Osetia powinna być państwem niezależnym? Trudne pytanie, jak zwykle w podobnych przypadkach. Co ma być wskaźnikiem czy ruchy separatystyczne są uprawnione: względy historyczne, odsetek jakiejś grupy etnicznej zamieszkującej dany teren? A może wynik referendum? Paradoksalnie, głębokie jest zrozumienie przez naszych gospodarzy bezwzględnych mechanizmów rządzących światem polityki. Oni nie czują nienawiści do innych narodowości, innych ludzi. Wiedzą bowiem, że są marionetkami w rękach polityków, wiedzą zatem, że nie mogą dać manipulować swoimi emocjami, skierować swojego gniewu przeciw innym ludziom, często sąsiadom, nie mogą pozwolić nienawiści zatriumfować. Jestem podbudowany dystansem i tolerancyjnością Gruzinów i Osetyjczyków, którą tak bardzo się szczycą. A swoją drogą tak sobie z perspektywy czasu myślę, czym jest ich tolerancyjność? Może ich tolerancyjność jest maską, może Gruzini są tolerancyjni dlatego, że Gruzini mają być tolerancyjni? Ale może również Gruzini są gościnni, bo Gruzini powinni być gościnni? Może to wszystko jest zaledwie grą, pragnieniem wywarcia na nas, cudzoziemcach, określonego wrażenia, czegoś w rodzaju „Ach jacy ci ludzie są tolerancyjni!”. A jaka to różnica, gra czy nie gra, maska czy nie maska? Zasadnicza. Albo żadna.

Babcia to nieprawdopodobna twardzielka. Po śmierci męża mieszkała przez pewien czas z dziećmi i wnukami w stolicy, jednak to zdecydowanie nie był jej świat. Zapragnęła wrócić do miejsca, w którym spędziła większość swego życia. Mądra kobieta, niebywale wręcz zaradna. Skąd ona bierze tyle energii? Mamy się nigdzie nie ruszać, upiecze dla nas chleb, kilkanaście chlebów za jednym zamachem. Już przynosi gałęzie i rozpala palenisko. Formuje ciasto w bochny i przykleja je do ścian pieca przypominającego studnię. Samowystarczalność jest jedynym rozwiązaniem, w zimie to śniegu tam mają ze dwa metry na drodze, wioska jest odcięta od świata. Wioska z jej kilkoma, góra kilkunastoma mieszkańcami.

Tak, gruzińska Supra ma w sobie wszystko, sporo powagi, patosu nawet, ale chyba nawet większą dawkę humoru, rozmów o życiu, o historii, sprawach dużych i małych. No i oczywiście mnogość jadła i napitków. Chaczapuri, sery, owoce, warzywa, wino, wódka, co tylko chcesz. Od początku naszej rozmowy, bez względu na jej przebieg i wnioski, Alexander i ja wiemy, że nic nie jest w stanie nas poróżnić. Ani historia, ani religia, ani wychowanie. Nawet jeśli każdy z nas reprezentuje odmienny światopogląd i rozumienie pewnych spraw. Nie zamierzamy powtarzać za klasycznym dziełem: „Moja jest tylko racja i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza!”. Najważniejszy jest człowiek, reszta jest nieistotna.

Rowery cały czas, czyli przez te dobrych kilka godzin, stoją na drodze, sakwy otwarte, jednak nie obawiam się o nasz dobytek. A trzeba zaznaczyć, że w innych okolicznościach byłbym bardzo mocno zaniepokojony. Ba, ja zawsze odczuwam spory dyskomfort gdy tylko mam gdzieś zostawić rower, choćby tylko na trzydzieści sekund. Lecz tutaj jest inaczej. Któż niby miałby nam coś zabrać? Na pewno nie żaden z mieszkańców wioski, są tu z nami przecież prawie wszyscy, te kilka osób, na naszej wspaniałej biesiadzie. No to pozostają ludzie z zewnątrz. A z zewnątrz nie ma i nie będzie, nawet od dawna nie było, nikogo. A nawet gdyby ktoś się pojawił, nie sądzę żeby mógł nam coś zabrać. Tak więc po prostu wiem, że nasz dobytek jest w stu procentach bezpieczny.

Mówimy naszym gospodarzom, że chcemy pojechać do Kaspi, a stamtąd przebić się przez góry do Manglisi. Generalnie to nikt nie rozumie, po co chcielibyśmy jechać do Kaspi i z miejsca staje się to tematem żartów i doskonałym powodem do śmiechu. „Dobra”, mówię, „tak naprawdę to do Gruzji przyjechaliśmy głównie na dwutygodniowy pobyt w Kaspi. I potem spadamy do Polski”. Śmiech. I takie dowcipy sypią się bez końca.

Wiadomo, nie chcą nas wypuścić. Przecież jak tu jechać w taki upał, w takim stanie, zmęczeni biesiadą. Gdybyśmy zostali, moglibyśmy pójść nad pobliskie jezioro Bazaleti, popatrzeć jak słońce w nim zachodzi, albo jak z niego wschodzi, moglibyśmy popływać. Moglibyśmy też pójść na wzgórze, gdzie kiedyś, w zamierzchłych czasach wzniesiono kamienną wieżę, która pamięta i strzeże naprawdę niesamowitych historii. Moglibyśmy. Cały czas trzeba wybierać, ścieżka naszego losu może być zaskakująco diametralnie odmienna, w zależności od tego maleńkiego wyboru. Rządzi tu absolutny przypadek. Żegnamy się ciepło, ciężko tak odjechać. Ale w sumie to jest jeszcze wcześnie, tak pewnie poszlibyśmy spać i bardzo bolałyby nas głowy. A tak pokręcimy sobie jeszcze dzisiaj i dojdziemy do formy. Ci ludzie są dla nas jak rodzina. Jeszcze do nich wrócimy. Tak zupełnie szczerze, tak zupełnie na koniec, to należy się naszym gospodarzom podanie prawdziwej przyczyny dlaczego musimy już jechać. Bo tak naprawdę to musimy już jechać, bo przecież Kaspi czeka. Wybuch śmiechu. Biedne Kaspi, prawdopodobnie niczym sobie nie zasłużyło, aby podczas naszej kilkugodzinnej rozmowy zyskać status gruzińskiego Wąchocka. Jeśli gdzieś w Gruzji ktoś żartem rzuci, żebyście pojechali sobie do Kaspi, będziecie już znali genezę tej anegdoty.

Tak, jadę mocno zmęczony wielogodzinną biesiadą. Jednak, o dziwo, jazda idzie mi lepiej niż rano, rower toczy się jakby płynniej i z większą gracją po tych zdradliwych, śliskich kamieniach. W paru momentach prawie upadam, ale zawsze jakoś udaje mi się złapać odpowiedni balans i bez szwanku kontynuować zmagania. Co jednak ważne i warte podkreślenia, przez swoje zmęczenie i pewną niedyspozycję nie stwarzam zagrożenia dla innych, co najwyżej dla mojej lekkomyślnej osoby. A więc toczymy się z trudem i powolutku po kamienistej drodze, ciepło jest niezmiernie, ale zarazem bardzo wesoło. Ciepło, co ja mówię, upał, jest głównym powodem, iż dosyć długo trzymam głowę pod cudownie lodowatą wodą tryskającą z przydrożnego źródełka. Średnio pomaga, nie jedzie się wcale lepiej dodatkowo wiatr się chyba nasilił, bo jakoś ciężko jechać jedną linią. Tak, w naszym świecie wiele rzeczy jest już powoli niewyobrażalnych. Uwierzcie jednak, w Gruzji wiele rzeczy dla nas niemożliwych zyskuje status jak najbardziej powszednich. Taka dygresja.

No i po kilkunastu, a może kilkudziesięciu (?), kilometrach wjeżdżamy na asfalt. Jedziemy teraz tą okropną drogą w kierunku Gori. Znaczy się, myśleliśmy, że droga będzie bardziej okropna. Jest przynajmniej pobocze i nie aż tak strasznie dużo aut. Możemy odetchnąć z ulgą, gdy w końcu odbijamy w boczną drogę do… Kaspi. Miasteczko już bliziutko, ale po co mielibyśmy do niego wjeżdżać na wieczór? Odłóżmy chwile delektowania się tym miejscem na jutro. Wdrapujemy się na skarpę ponad drogą, miejsce całkiem dobre na nocleg. Temperatura o godzinie 21? Powyżej 26 stopni Celsjusza, ale w sumie nie bardzo to odczuwamy. Późnym wieczorem niebo nabiera granatowo-fioletowej tonacji, błyskawice szaleją nad szczytami rozpościerającymi się na południu. Jutro będziemy przebijać się przez te góry, oby aura się opamiętała do tego czasu.

Michał Sitarz

Bajkowo

Mchadijvari

Wzdłuż granicy z Osetią Południową. A darowane śliwki? Niestety zbyt twarde...

A już myśleliśmy, że w Kvemo Kodistskaro nikt nie mieszka.

Tajemniczy ogród

Gaumardzos!

Jak rodzina

Tradycyjne wypiekanie chleba

Biesiada sprzyja snuciu opowieści ;)

Sąsiedzi, prawdziwi sąsiedzi

Halo, dzisiaj już nigdzie nie jedziemy!

Nasza kuchnia jest nieograniczona (a nie jak u niektórych 1.5 x 2 m).

You are here: Home Dzień 17