Dzień 18. Środa, 13.07.2011

„Strażnicy Królestwa Błota”

W sumie to szkoda że nocna burza i obfity deszcz nie dotarły aż tutaj. Odświeżonym, wilgotnym powietrzem oddychałoby się znacznie przyjemniej. A tak, to niestety wszystkie te nabuzowane milionami woltów wyładowania, jaskrawe błyski i orzeźwiające opady uraczyły pobliskie pasmo gór, przez które mamy zamiar się dzisiaj przedzierać. Zwijamy namiot i wnet jesteśmy w Kaspi. Cóż, nic specjalnego, ani przesadnie komicznego tutaj nie ma. No, może poza urwanym, a może niedokończonym, wiaduktem prowadzącym donikąd. Śniadanie jemy na placu pod drzewem, z którego spadają nieznane nam malutkie owoce i plamią dotkliwie nasze ubrania. Pijemy podarunek od wczorajszych gospodarzy, kompot z poziomek, energetyzujący kopniak w sam raz na początek dnia.

Podążamy kawałek na wschód, następnie odbijamy na południe. Trochę osiołków, trochę podjazdów, trochę przyjaznych rozmów, lecz w sumie nic aż tak szczególnie wartego opisania. Po niespełna 30 kilometrach jesteśmy w Nichbisi, skąd rozpoczyna się nasz kamienisty szlak przez odludne góry Trialeckie. Droga mocno kamienista o sporym nachyleniu, zapowiada się solidna wyrypa. Idziemy tak i idziemy, czasami też jedziemy. Słońca niby nie ma, ale wszystko jest jakieś takie prześwietlone, niezbyt przyjemnie odbiera się otoczenie zaserwowane w takiej poświacie.

W sumie to najczęściej dobrze jest nie wiedzieć, co może nas spotkać na trasie. Wyposażając się bowiem w wiedzę, sami odbieramy sobie wielką przyjemność bycia zaskakiwanym. A co nas tak dzisiaj zaskoczyło? No to od początku: pniemy się powolutku krok za krokiem, wokoło zarośla, brak jakichkolwiek śladów cywilizacji, przejawów działalności Homo Sapiens, ba, nawet jakichkolwiek oznak, że droga jest, bądź była ostatnio, użytkowana. Aż tu nagle ponad lasem, proszę ja Was, coś tak ogromnego wyrasta i wprawia nas w potężne osłupienie. Widać bowiem z daleka, że twór to sztuczny, jednak ciężko z daleka określić precyzyjnie, cóż to może być do diaska. A zakłopotani jesteśmy tym bardziej, gdyż niczego, nie mówiąc nawet o takich dziwach, spodziewać się na tej drodze po prostu nie sposób. Jedziesz sobie spokojnie przez jakieś pustkowie, a tu …bach!, coś takiego wyrasta ponad lasem. Tracimy gigantyczny obiekt z pola widzenia i zanurzamy się w bujne zarośla. Wnet las przerzedza się i naszym oczom ukazuje się potężna postać rycerza dmącego w róg, dmącego na alarm: „Wróg idzie, wróg idzie!”. Nie, rycerzu, spokojnie, to swój idzie! Tak w przybliżeniu musiał wyglądać Tolkienowski Boromir gdy dosięgały go strzały rozszalałych orków. Ileż to metalowe chłopisko może mierzyć? Ano ze dwadzieścia metrów chyba, i to z okładem! Podchodzę bliżej i siadam na jego gigantycznym bucie, ja, człowieczek malutki.

Na dalszej drodze spotykamy kilka żyjątek, zaciekawionych, ale też nieco zdezorientowanych naszym przybyciem. Chyba dawno, może nawet nigdy, nie widziały takich stworzeń jak my, za wyjątkiem potężnego rycerza oczywiście. Wielki Strażnik nigdy nikogo nie skrzywdził bez powodu, więc jakże moglibyśmy my, maluczcy?

Wszystko spowite jest nieprzeniknioną mgłą, na gościńcu nie widać żywego ducha. Ale zaraz, toż to znowu coś się z mgły wyłania, znowu coś wymusza okrzyk: „ki diabeł, ki czort?!”. Jakieś krzyże gigantyczne, nie, to miecze przecież, wetknięte w bitewne pole. I jakieś zdeformowane postaci, jakieś dziwadła same pośród traw wysokich. Tak, to tutaj upamiętniono bitwę o Didgori z 1121, kiedy to król Dawid IV rozbił armię muzułmańskich Seljuków, o czym opowiedziano nam później.

Droga staje się coraz bardziej błotnista, po wczorajszych ulewach ogromne kałuże, jeziora niemalże, obrodziły obficie. Brunatne jeziora, które niezmiernie ciężko ominąć. Jednak to zaledwie preludium, bo dalej nawierzchnia to już prawdziwa tragedia. Błoto niemal do kolan, trzeba jechać polami, ale wnet to już nawet i polami się nie da. Wszystko rozjeżdżone, wszystko ubłocone, a tu ciemno się robi. Na szczęście w oddali majaczy już droga utwardzona, ale… właśnie, w oddali, i to oddali naprawdę dalekiej. A tu przed nami rozciąga się prawdziwe morze błota, które musimy przepłynąć. Pełne determinacji próby przebrnięcia posuwają nas do przodu bardzo nieznacznie. Mozolnie bo mozolnie, ale jednak do przodu. Lecz i to „powoli, ale do przodu” znajduje swój kres w momencie, gdy całkowicie grzęźniemy w błotnistym oceanie. Kule błota sprawiają, że nasz ekwipunek waży o wiele więcej z każdą minutą, waga rośnie wykładniczo, rower już się nie toczy, rower można już tylko ciągnąć. I to po ciemku prawie. Aby wprawić koła w ruch usiłujemy wyskrobywać błoto przy pomocy ułamanej rowerowej nóżki i namiotowych śledzi. Wszelki ruch spowolnił niemal do zera, świat zatrzymał się w bezruchu. Po irracjonalnie rozciągniętej w czasie i nieokreślonej długości chwili w końcu jest trochę trawy, koła w rowerach ledwo bo ledwo, ale zaczynają się kręcić, choć zastanawiamy się, czy nam się to przypadkiem nie zdaje. O czym człowiek marzy w takim momencie? Człowiek marzy w takim momencie nie o palmach kokosowych, nie o ciepłym morzu lazurowym, nie o daniach wykwintnych. Człowiek w takim momencie marzy o drodze bez błota, najlepiej drodze asfaltowej. Droga asfaltowa, od której najchętniej przecież uciekamy, teraz jest naszym największym pragnieniem.

Ale jeszcze jest wioska, też cała w błocie. Jak ci ludzie tutaj żyją, jak dojeżdżają. Od dwóch podpitych, ubłoconych jegomości dostajemy wodę, to znaczy nabieram sobie ubłoconej wody z ich ubłoconej studni. Pytam co się stało, co się stało z drogą, pokazuję na wielkie błotniste kule na moich nogach, kule, które gdzieś tam pod grubą warstwą zastygłej mazi prawdopodobnie skrywają jeszcze moje buty. Panowie mówią, że prezydent Saakaszwili był tu niedawno i obiecał nową drogę, że już niedługo, że trzeba być cierpliwym. Życzę wam zatem, drodzy mieszkańcy, cierpliwości. I wiary w prezydencką obietnicę.

Po ciężkich bojach, niezliczonych przekleństwach jest i nasze marzenie. Asfalt!!! Wciąż jesteśmy wysoko, jakieś 1400 m n.p.m. Jedziemy jeszcze kawałek po ciemku, tylko fragmenty nowo powstałej mobilnej błotnej kolonii odpadają na podłoże, jednak większość wciąż trzyma się zawzięcie, wgryza w materię naszych sakw, butów, skóry, chyba nawet rurek metalowych. I nie zamierza odpuszczać. O jakże chętniej i jakże szybciej rzucało się na nas, atakowało i lawinowo przyrastało do naszych ciał i naszych rowerów.

Zaczyna padać, wdrapujemy się na przydrożną łąkę. Namiot rozbijamy na krawędzi jakiegoś wykopu, z którego być może wybierają to całe błoto i rzucają je na te nieszczęsną drogę. A może to ono samo wyłazi stąd i rozprzestrzenia się na całą okolicę? Oby tylko nie wypełzło w nocy, nie zaczęło się łączyć, syntetyzować i namnażać, wdzierać do namiotu i zastygać na nas.

Michał Sitarz

 

Atramentowe niebo

Kompocik z wczoraj, od naszych przyjaciół, dodał nam sił.

Bardzo fajna, wesoła drużyna. Pogadaliśmy sobie dobrą chwilę

Tu zaczyna się nasza przeprawa przez odludne pasmo gór

Nie jesteśmy sami na tym pustkowiu, potężny rycerz strzeże tej drogi od lat

Nogi giganta

Mali strażnicy czuwają, aby nikt i nic nie przeszło tędy niezauważone

Wilgoć

"Dokąd zmierzacie, wędrowcy?"

Przydrożna piękność

Pierwsze zdjęcie razem

Wódz Gigantów

Coraz bardziej grząsko, coraz bardziej lepko

Efekt błotnego ataku podczas przeprawy

Błoto nas coraz śmielej obłazi, z każdą sekundą pokrywa nas coraz bardziej

You are here: Home Dzień 18