„Wielkie pranie w Manglisi”

Dzień 19. Czwartek, 14.07.2011

Nasz domoczony namiot wygląda o poranku jak wyjątkowo niskogatunkowa szmata. Mocno jesteśmy sfatygowani, my i nasz dobytek, oj mocno. Jednak niczym niezagrożone słońce mocno osadzone na firmamencie w jednej chwili rozjaśnia nasze nastroje. Pakujemy się szybko i zdecydowanie, nie tracimy czasu na rozmowy, chwil w takich miejscach nie mamy w zwyczaju celebrować. Niecierpliwimy się jak dzieci, nie możemy się już doczekać swobodnej, niczym nieograniczonej jazdy przed siebie. Do Manglisi jest prawie cały czas w dół. Sakwy, buty, ubrania, wszystko starannie ubłocone, prawdziwy majstersztyk przyrody, którą – nie do wiary – jeszcze do wczoraj uznawałem za nieożywioną. W Manglisi próbujemy to wszystko jakoś umyć przy źródełku. Widząc jednak jałowość naszych poczynań wpadamy na genialny pomysł, aby wszystkie nasze łachmany załadować do pralki i należycie odświeżyć. Byłby przynajmniej spokój na jakiś czas. W Kazbegi się nie udało, na pewno uda się w Manglisi.

Pytamy taksówkarzy, ale mówią, że niestety, że w Manglisi nie ma Boscha, znaczy się pralki automatycznej. No cóż, jakoś damy radę, w sumie nic wielkiego się nie dzieje, niech się panowie nie przejmują. Ale, ale, nie tak prędko moi mili. Oto, gdy już zamierzamy się oddalić, jakiś człek oznajmia, że jak najbardziej, że pralka w Manglisi jak najbardziej jest! Prowadzą nas do jakiejś chałupy, chałupy w stanie zaawansowanego rozpadu. Ogarnia nas poznane już uczucie zawiedzenia i zarazem zaalarmowania, aby tylko nie dać się wchłonąć tej sytuacji. Chcemy dokonać odwrotu i brać nogi za pas, ale tłumek nalega, żeby chociaż obejrzeć. A dużo ich cholera jasna się zlazło, oj dużo, a co za tym idzie, wynikająca z tego presja też mała nie jest. Na ganek wychodzi tęga gospodyni o srogim spojrzeniu. Ola zostaje oddelegowana do dokonania oględzin i zdiagnozowania możliwości tego tak przecież doskonale zareklamowanego urządzenia. A nuż okaże się, że mało atrakcyjna powłoka skrywa coś zaskakująco atrakcyjnego? W przeciągu kilku chwil zgromadzenie rozrasta się co najmniej zauważalnie. Jeden człowiek chciałby wyhandlować moje rękawiczki rowerowe, faktycznie przydałyby mu się, skóra mu cała na dłoniach odłazi, łuszczyca albo jakieś inne cholerstwo, którego nikt by nie chciał i nikomu nie życzył. Przykro mi, niestety dać nie mogę. Wnet wraca Ola, przedziera się przez zgromadzonych i mówi, że pralka to tak naprawdę nie pralka w naszym rozumieniu tego pojęcia, lecz jakieś skorodowane urządzenie pamiętające zapewne czasy muzułmańskich najazdów sprzed setek lat, urządzenie ręczne, że należy trzeć, że w dodatku w jakimś zawilgłym lochu, że trzeba wypierdalać stąd jak najszybciej. W wersji light, czyli oficjalnej, dziękujemy mieszkańcom Manglisi za okazaną pomoc, że w sumie to jednak nie będziemy pralki potrzebowali. Sami wiecie, Drodzy Mieszkańcy Manglisi, glina jakoś się wykruszy, dobra glina, gruzińska, na pewno ma wiele korzystnych właściwości. O, widzicie? Czyż to przypadkiem tak gładką mamy cerę, czyż przypadkiem mamy tak jędrną skórę? Czyż to przypadkiem kolory na naszych sakwach odzyskują w oczach dawno utracony blask? Chyba, a jakie tam chyba, zdecydowanie nie przypadkiem, zdecydowanie na pewno. I też  zdecydowanie na pewno lepiej będzie nie prać, nie ingerować w dzieło przyrody, a może i nawet dzieło samej Opatrzności. Przepraszamy Was za kłopot, za odciągnięcie od zajęć, żegnajcie. Ale oni coś się zaczynają burzyć, coś zaczynają na nas burczeć. Gospodyni podżega tłumek z ganku-mównicy, dorzuca jakieś mało pochlebne epitety pod naszym adresem. Chyba nas już w Manglisi nie lubią, chyba nas już w Manglisi nie chcą. Sytuacja jak ze sztampowej przygodowej fabuły - rdzenna ludność chce ukamienować zuchwałych przybyszów. Rozstąpcie się ludzie! Spirala zdarzeń już wiruje, lawina wypadków ruszyła. Ależ się porobiło…

Nieco zszokowani, nieco zdezorientowani, wracamy do naszego źródełka, gdzie dokonujemy czynności odmoczenia gliny, ochlapujemy rowery i sakwy. Żeby nie było, że nie zadbaliśmy o higienę. Ale niestety, nawet tego nie możemy dokończyć w spokoju, bo oto dwoje czy troje znajomych nam mieszkańców przechodzi nieopodal, coś krzywo się na nas patrzą. Czymże sobie zasłużyliśmy na taką niechęć? Czyśmy coś niecnego uczynili, aby nas tak mało wylewnie w Manglisi przyjmować? Śmieszy nas to bardziej niż martwi, ale dla świętego spokoju odjeżdżamy kawałeczek, na obrzeża miasteczka i dopiero wówczas rozwieszamy na płocie nasze mokre jeszcze materiały: namiot, tropik, ubrania. Wszystko sobie odparowuje a my w tym czasie przyrządzamy śniadanie.

Za Manglisi asfaltowa droga jest niebywale wręcz zniszczona. Jak się jednak okazuje, tak jest tylko na niewielkim fragmencie. Bo dalej to już niemal ideał, droga niespodziewanie staje się gładka i pachnąca nowością. Jedzie się łatwo i… nudno, jak zwykle po nowej drodze z nowymi barierkami. Tak, nowa droga, nowe barierki a do tego nowe znaki drogowe to koniec romantycznego klimatu, znikoma szansa na romantyczną przygodę. Ale, ale, Gruzja to jednak Gruzja i nawet na tej nowej (tfu!) drodze coś niezwykłego się zdarza, a mianowicie przez parę ładnych kilometrów biegnie za nami pies, zatrzymuje się tylko wówczas, kiedy zatrzymujemy się my. - „Wracaj lepiej chłopaku do domu, bo się jeszcze gdzieś stracisz”, mówię do niego po dobroci. Ale gdzie tam, zziajany, zasapany, leci dalej z wywieszonym jęzorem. Odpuszcza dopiero po dobrych paru kilometrach, gdzieś w okolicy przełęczy, gdy albo najzwyczajniej w świecie mu się znudziło albo po prostu się zmęczył. Gdy pies odpuszcza, zatrzymuje się lśniąca limuzyna i jakieś zamożne panisko pyta czy nie potrzebujemy pomocy. Bo on sporo może i jakbyśmy przypadkiem czegoś potrzebowali… Może to jakiś poseł? Może jakiś narkotykowy baron? A może jeden z rosyjskich agentów, którzy z pewnością w niemałej liczbie infiltrują wrogą Gruzję? Jakby nie było, dla nas to sympatyczne spotkanie, dobrze wiedzieć że ma się wpływowych kumpli, którzy jakby co...

Wjeżdżamy do Tsalka i uderza nas ubóstwo tego miasteczka, jego stan zaniedbania. Uderza nas tak mocno prawdopodobnie dlatego, że z mapy wywnioskowaliśmy, że Tsalka to powinien być kurort nad jeziorem. No bo takie wielkie jezioro, tak jaskrawo i kusząco błękitne. Niestety tylko na mapie. Po prostu jakoś tak sobie sami wmówiliśmy, że jedziemy do gruzińskiego kurortu. A tu w Tsalka jakby kilkuletnia wojna się niedawno zakończyła, albo może nawet jeszcze się nie zakończyła, bo tak rozległe zniszczenia wszędzie jak okiem sięgnąć.

Na dalszym obszarze wcale lepiej to nie wygląda: można śmiało powiedzieć, że rozciągają się tu największe obszary biedy jakie dotychczas w Gruzji widzieliśmy. A może to rozproszone budownictwo z gliny i ta szara kolorystyka połączona z atmosferyczną szarugą wywołują takie wrażenie? Może tak być. Na szczęście ludzie są bardzo mili i pomocni, dużo wesołych dzieci, częste pozdrowienia, okrzyki „Gaumardzos”. Wszystko to promieniuje pozytywną energią i bardzo nas motywuje do dalszej jazdy.

Już późne popołudnie, rozważamy, czy nie przeciąć do Borjomi przez góry, ale okolica niezbyt ciekawa, drogi mocno błotniste, grząskie, cuchnące. A my od wczoraj to błotka mamy dosyć, błotka w każdej postaci, nawet tej nie wiem jak pro-zdrowotnej. Chociaż… nasze cery po wczorajszej kąpieli błotnej są faktycznie jakby lepsze. Może by tak jednak powtórzyć kurację? A tam zresztą cera, nie warta aż takich poświęceń, pojedziemy na południe, przy jeziorach. Asfalt gładziutki puściutki, zaprasza do jazdy. Tak więc jeszcze spory kawał pedałujemy pod górę, gdy w końcu nabieramy wody z górskiego potoku i zanurzamy się w warstwę coraz bardziej nieprzeniknionych chmur. W gęstej mgle wdrapujemy się ponad drogę, teraz całkowicie opustoszałą. Jest rześko i wilgotno, jak to z reguły bywa na 2000 m n.p.m.

Michał Sitarz

Błoto w nocy podpełzło pod sam namiot, ale nas oszczędziło.

Ostatnie wyboje przed wjazdem na gładki "highway"

Wielkie suszenie w Manglisi

Tsalka, postój taksówek

Tsalka, City center

Na bazarze moc atrakcji

Droga z Tsalka w kierunku Paravani

Takie spotkania dodają kolorytu w temu szaro-buremu dniowi

Arbuz nieopodal jeziora

Na drodze do Paravani

Może kiedyś oni też wyruszą w świat?

You are here: Home Dzień 19