Dzień 2: 27.06.2011

Dystans 60 km.

Nie ma to jak pospać porządnie, wstać sobie niespiesznie, po śniadaniu wsiąść na rower i kontynuować jazdę w nieznane. Tak, aż palimy się do pedałowania, ciekawość tego co ukaże się za zakrętem jest trudna do okiełznania. Jednak zanim dosiądziemy naszych rowerów, okazuje się, że w tej samej gospodzie spała z nami czwórka motocyklistów z Polski. Spędzili kilka dni w Armenii, teraz kierują się do Gruzji. Rozmawiamy sobie dłuższą chwilę, sympatyczne spotkanie, optymistycznie nastraja. Jest już nieźle ciepło, ale jakoś nic sobie nie robimy z temperatury bo najważniejsze jest to, że droga jest niemal pusta.

W Sadakhlo, ostatniej miejscowości przed armeńską granicą, jest wprawdzie kilka sklepików, jednak ciężko coś tam wypatrzyć wartego zakupu. PRL-owskie sklepy przy tych to prawdziwie nowoczesne supermarkety! Ale jak człowiek głodny, coś tam zawsze sobie znajdzie, sól, pomidory, chleb, jakieś prawie nieprzeterminowane ciastka. No i najważniejsze, są tu bardzo sympatyczni ludzie, zapraszają nas do stolików. Nie chce nam się jednak przenosić z całym kramem, na naszym murku też nam dobrze, jest cień i święty spokój, a to w tej chwili bardzo istotne. Pojedliśmy, popiliśmy, trzeba się zbierać. Po kilku kilometrach jest i granica. Zostawiamy paszporty w okienku wizowym, idę wymieniać kasę, bo można zapłacić tylko w armeńskich dramach (AMD). Wracam z gotówką i koło okienka wizowego rozmawiamy dłużej z parą niemłodych już Niemców, którzy są nieźle podjarani naszymi rowerami, bo jak sami przyznają, są zdani na marszrutki. Ale i tak bardzo im się podoba wędrówka po Zakaukaziu. Kolejna miła rozmowa, jednak tym razem przerwana przez zniecierpliwionego celnika, który podczas naszej pogawędki wraz ze swoim kompanem zdążyli już wypełnić za nas wnioski wizowe ;-)

Po drugiej stronie granicy spore ilości śmieci i sklep o niebo lepiej zaopatrzony niż wszystkie, które dotychczas odwiedziliśmy w Gruzji. Po opuszczeniu granicy powoli zanurzamy się w potężny kanion Debet, ruch jest minimalny, śmieci niestety nieco więcej. Coś mi bije tylne koło. Oględziny i szybka diagnoza, niezbyt pomyślna trzeba dodać: tylna obręcz rozwarstwiła się i mamy spory problem. Model Alexrims DH 30, sporo przejechała, pewnie o jedną podróż za dużo. Nie jest wprawdzie nowa, ale jakby nie było downhillowa, więc jestem mimo wszystko zawiedziony, bo cholera po przejechaniu około 100 kilometrów mam poważną awarię! K…a. Dobra, głowa do góry, jutro będziemy w Alaverdi, miasteczko wygląda na spore, więc powinno się coś dostać. Nie ma co się w sumie martwić na zapas, będzie dobrze. Jedziemy jeszcze kilkanaście kilometrów, jesteśmy w okolicy twierdzy Achtala, są przydrożne stoliki, zjedzmy więc kolację. W rozpadającej się budce jest bar (tak informuje nabazgrany niedbale napis), a ławki, które zajęliśmy, wydają się być jego integralną częścią. Z ujęcia wody nieopodal wypływa woda do studzienki o średnicy i głębokości około pół metra. Babuszka, która trzęsie tym biznesem, podtrzymuje ogień pod czajnikiem, zasypuje krowie kupy popiołem i pokazuje nam, że w studzience hoduje ryby. Wkrótce znad rzeki przychodzi chłop i dorzuca kolejne dwie ryby do klaustrofobicznej studzienki. Pogawarili my i pojechali dalej.

Ciemno już, a jako że kawałek dalej za ogrodzeniem dostrzegamy nieczynny, zapuszczony zajazd, przenosimy rowery i sakwy przez płot i przy krzaku róż rozbijamy namiot. Opuszczone miejsce. Tak nam się przynajmniej zdawało. Z namiotu słyszymy kroki i głosy, dwóch kolesi wypitych jak (tutaj wpiszcie sobie ulubione powiedzonko) koniecznie nalega, żebyśmy noc spędzili w ich drewnianym domku kilkadziesiąt metrów dalej, w obrębie tego samego ogrodzenia. To robotnicy, którzy mieszkają tu na czas pracy przy budowie drogi, popiły chłopy po męczącym dniu co zrozumiałe, jednak nie przyjmują do wiadomości, że mamy spać w namiocie, podczas gdy oni w wygodnym domku. Ok., idę zobaczyć, żeby się odczepili. Koło baraku (żadnego tam domku!) urzędują psy wielkości krowy, w środku stos butelek, syf nie do opisania. Mówię, że przemyślimy sobie ich ciekawą propozycję i jakby co, przyjdziemy na noc. Uff, udało się, nikt nas w nocy nie niepokoił. Śpi się wyśmienicie.

Oni z Armenii do Gruzji, my na odwrót.

Wesoła ekipa.

Do granicy z Armenią jedzie się bardzo sympatycznie.

Sadakhlo - odpoczynek przed wjazdem do Armenii

Już w Armenii, widok z granicy

Rzeka Debet

Łazienka bez nadmiernych wygód

Pierwsza kolacja w Armenii

Nocleg na opuszczonej ziemi, trzeba było przenosić sprzęt przez ogrodzenie

You are here: Home Dzień 2