Dzień 3. Wtorek 28.06.2011

Dystans 71 km.

Poranek jest spokojny, okolice spowija mgła. Składamy obóz, przenosimy graty przez ogrodzenie i już toczymy się dnem Kanionu Debet. Drogę określiłbym mianem bardzo ładnej, niestety co rusz oczy napotykają na spore ilości postindustrialnego skorodowanego żelastwa w postaci nieuporządkowanych wysypisk zalegających na poboczu, straszących zakładów przemysłowych w fazie rozpadu i innych tego typu atrakcji. Wnet zjeżdżamy na boczną drogę prowadzącą do klasztoru Haghpat. Trzeba przyznać, że podjazd łatwy nie jest, jednak bajkowo usytuowany monastyr naprawdę oczarowuje. Wrażenie potęguje możliwość zwiedzania tego magicznego miejsca w odosobnieniu, nie ma turystów, biletów wstępu, szeroko pojętej komercji. Można zatopić się w myślach i tak sobie łazić w ekscytującym mroku średniowiecznych zabudowań. Stromy zjazd sprawia mi pewien problem, mam odpięty tylny hamulec – rozwarstwiona obręcz uniemożliwia hamowanie. Gdyby tak linka puściła, miałbym spory problem. Gdzieś tak w połowie zjazdu zatrzymujemy się na jedzenie. Przyplątuje się zabiedzony pies, cholera, nie wygląda zbyt dobrze. Dokarmiamy go trochę i kontynuujemy zjazd.

Wkrótce naszym oczom ukazuje się Alaverdi – doskonały przykład ekspansywnej, socrealistycznej architektury i degradacji otoczenia. Dymiące kominy, żelbetonowe konstrukcje, rak toczący środowisko naturalne. Z bliska Alaverdi prezentuje się nieco lepiej, jak się jednak przekonujemy, zakup solidnych części rowerowych w Armenii to będzie trudny temat. Jest tu wprawdzie dom towarowy, w którym jednak można kupić co najwyżej rowerek dziecięcy lub takie sprzęty, o których nawet nie będę wspominał. Wszyscy mówią, że w Vanadzor na pewno rozwiążemy problem. Może i tak, ale czy obręcz wytrzyma jeszcze 50 kilometrów? Wytrzymała. Vanadzor to spore miasto, sklep sportowy to żenada nie warta nawet omawiania, bazarowy serwismen oferuje obręcz takiej klasy, że MOŻE jedną rundkę wokół targowiska by wytrzymała. Życzliwi ludzie kierują nas do największego fachowca w okolicy, który bez problemu ma koło wzmocnić, bo nie takie rzeczy w swoim życiu spawał. Gość ma warsztat wielkości pokaźnego kombinatu, nieprzeliczone ilości maszyn i tony sprzętu z każdej kategorii wagowej.

Po dłuższej chwili oczekiwania na „audiencję” (fachowość jak wiemy jest zawsze i wszędzie pożądana, więc interesantów jest sporo). Szybkie oględziny, przygotowanie warsztatu i majster już grzeje spawarkę. Ehh, może lepiej na to nie patrzeć bo niepotrzebnie będę denerwował jego i siebie. Po dłuższej chwili postanawiam jednak zajrzeć jak się sprawy mają, jak pod sprawnymi rękoma chirurga pęknięcie zasklepia się przykryte niemal niewidoczną blizną. Gdy mój wzrok pada na to, co zostało z mojego koła, nie wiem czy mam krzyczeć, zalać się łzami, czy typowi przy…..ć. Efekt jest bowiem taki, że udaje mu się stopić znaczną część obręczy. Spawacz w geście zafrasowania znanego z kultowej bajki „Sąsiedzi” stwierdza tylko lakonicznie, „eto niet aluminium, eta duraluminium”. Na moje zapytanie, co to k…a ma być, włącza spawarkę i wnet tam gdzie przed chwilą była potężna dziura, pojawia się kilogramowy chyba spaw i triumfalny uśmiech na twarzy Mistrza.

Widząc zafrasowanie wyrysowane na naszych twarzach, obdarzony rozbrajającym humorem i beztroską majster zaprasza nas do swojej kanciapy, gdzie towarzyszy nam jeszcze jeden wesoły starszy jegomość. Chłopy polewają nam małe co nieco na odstresowanie, tryskają humorem i muszę przyznać, ten nastrój i wiara, że wszystko będzie dobrze, udziela się i nam. Kilka szybkich telefonów i rychło do zakładu schodzi się mnóstwo ludzi gotowych nieść nam pomoc. Pojawiają się różne pomysły, jeden inżynier zapewnia, że na gorąco przeprofilują obręcz i będą ją polerować na specjalistycznych maszynach, choćby i przez pół dnia. I będzie jak nowa. Ciężko mi to sobie wyobrazić, nie bardzo też chcemy tracić czas na eksperymenty, tym bardziej że efekt wydaje się, delikatnie mówiąc, mało prawdopodobny.

Ten sam człowiek, Armen, zaprasza nas do swojego mieszkania, gdzie wspólnie z jego rodziną jemy pyszną kolację (m.in. extra grzybki w sosie), długo rozmawiamy. Sprawdzamy też w necie, czy np. w Erywaniu cos można kupić, lecz nawet tam może być to piekielnie trudne. Po przedłużonej kolacji i bardzo ciekawych dyskusjach z Armenem, Anette i ich dziećmi wracamy do naszego zakładu, gdzie Mistrz użycza nam swego biura na nocleg. Tak więc zostajemy całkowicie sami w wielkim kombinacie przypominającym statek obcych z filmu Ridleya Scotta, statek wypełniony różnorakimi maszynami o nieodgadnionym przeznaczeniu.

Ta przygoda sprawia, że od tego momentu nabieramy niesamowitego dystansu do wszelkich trudności i przestajemy liczyć czas. Dajemy się ponieść nurtowi zdarzeń, typowo zachodnioeuropejska mentalność żądna podążania zgodnie z planem gdzieś się ulatnia, co wprawia nas w znakomite humory. Każdy kto zamierza przyjechać w te rejony, musi zapamiętać, że czas płynie tutaj zupełnie inaczej. Przecież awaria sprawiła, ze poznaliśmy fantastycznych ludzi, znaleźliśmy się w okolicznościach i przeżyliśmy przygody, których nie dane by nam było doświadczyć przemierzając kolejne kilometry na rowerach.

 

Pierwszy poranek w Armenii

Królowie (Królowe?) armeńskich szos

W drodze do klasztoru Haghpat

Haghpat

Haghpat

Haghpat

Haghpat - te otwory powstały stosunkowo późno, ponoć trzymano w nich jedzenie

Opuszczamy Haghpat po takich oto serpentynach

Po drodze jednak urządzamy sobie biesiadę...

... na którą zapraszamy jednego z okolicznych miesz(k)ańców.

Alaverdi - nic tu nie załatwiliśmy...

... najlepszy fachowiec jest ponoć w Vanadzor

Fachowiec nie takie rzeczy naprawiał

Warsztat gotowy, no to do dzieła!

Naprawione...

WTF??!

"Wyluzujcie, nie ma co się denerwować. Dzwonię do kumpla, na pewno coś wymyśli"

Armen chciał rozgrzewać koło, szlifować, polerować. Ja nie chciałem. Zaprosił nas na kolację.

"Spawanie mi trochę nie wyszło, to fakt. Przenocujcie w moim biurze"

No i zostaliśmy. Poznaliśmy dzisiaj wspaniałych ludzi o wielkich sercach To był długi dzień!

You are here: Home Dzień 3