"Z powrotem w Tbilisi"

Dzień 4. Środa, 29.06.2011

Dystans: 32 km

Wstajemy wcześnie. Szlifuję spaw pilnikiem, ale ciężko pozbyć się wszystkich zadr. Opona i dętka jakoś nachodzą na obręcz, można więc ruszać dalej. Chcemy wbić się w jakiś autobus do Erywania i tam coś podziałać w temacie usterki, jednak na dworcu wśród kilku zaparkowanych busów dostrzegamy tabliczkę „Tbilisi”. Hmm, biorąc pod uwagę, iż wszyscy pytani wczoraj sceptycznie odnosili się do możliwości zakupu obręczy w stolicy Armenii, szybko analizujemy nowy wariant – powrót do Tbilisi i tam spróbujemy rozwiązać problem. Cena za przejazd przekonuje nas do tej opcji: 10 USD za osobę plus dodatkowe 10 dolców za cały bagaż. Wchodzimy w to. Cóż, nasz plan zakładał najpierw wizytę w Armenii, a dopiero później chcieliśmy zwiedzać Gruzję. Czyż jednak elastyczność nie jest największą zaletą każdego planu? Poza tym, nie przyjechaliśmy tutaj z zamiarem realizacji jakiegoś konkretnego zadania wedle ściśle ustalonej sekwencji i chronologii, więc niech zdarzenia same kreują przebieg naszej podróży.

Nie wiedzieć czemu, trasa marszrutki wiedzie przez granicę w Guguti, dokąd droga mocno się wspina, dodatkowo jest na znacznym odcinku szutrowa i wyboista. Na granicy należy wysiąść, przenieść wszystkie bagaże przez punkt kontrolny, gdzie są one prześwietlane. Jaki ma to jednak sens, skoro na przejściu w Sadakhlo nikt niczego nie prześwietla? No tak, zapomniałem, zadawanie pytań o sensowność pewnych rozwiązań jest tutaj często… bezsensowne.

Około południa busiarz wyrzuca nas na obrzeżach Tbilisi, upał jest znaczny. Jedziemy w kierunku centrum, w pewnym momencie ze zdeformowanej obręczy spada opona, trzeba więc ją nałożyć, co akurat w tych okolicznościach nie sprawia nam wielkiej radości. Jak się okazuje, również w Tbilisi kupno mocnego koła jest nie lada wyzwaniem. W jednej z agencji towarzyskich turystycznych miła dziewczyna oferuje pomoc – dzwoni do sklepu sportowego i ustala, że mają wzmacniane obręcze. Nie daję się jednak ponieść radości i upewniam się, czy dobrze zrozumiała: potrzebuję obręcz na tył, a nie np. oponę. Dziewczyna potwierdza, że dokładnie zrozumiała, że w sklepie mają wzmacniane obręcze. Sklep zlokalizowany jest w północnej części miasta, więc kręcimy jeszcze sporo kilometrów w ulicznym zgiełku, opona jeszcze raz zsuwa się, ale to nic, zaraz przecież będziemy ocaleni. GPS doprowadza nas pod drzwi sklepu, podekscytowany wchodzę do środka i mówię, żeby pokazali jakie mają obręcze. „Jakie obręcze? Nie mamy obręczy. Mamy tylko całe rowery”. „Ale jak to”, pytam, „przecież dziewczyna… przecież dzwoniła… no, z biura turystycznego dzwoniła dziewczyna i ustaliła, że macie obręcze”, mówię. „Opony, mamy tylko opony”, odpowiada sprzedawca i potwierdza, że dzwoniła dziewczyna i że powiedział jej, że mają opony. Tylko spokojnie, nie dajmy się ponieść nerwom. Mówię typowi, że mam poważną awarię, wyprowadzam go przed sklep i pokazuję w czym tkwi problem. Chłop dzwoni gdzieś i mówi, że właśnie rozmawiał z mechanikiem, który ma wszystko czego potrzebujemy. Już sceptycznie nastawiony pytam, czy aby na pewno, czy aby na pewno po raz kolejny nie stracimy cennego czasu. Sprzedawca uspokaja i gwarantuje. Czas biegnie nieubłaganie, trzeba więc się spieszyć.

Ponoć mamy szczęście, ponoć trafimy do najlepszego speca rowerowego w Gruzji. Jego warsztat mieści się na starym stadionie na drugim brzegu rzeki, dokładnego adresu nie znamy, więc gdy po kilkudziesięciu minutach jesteśmy już niedaleko wskazanej lokalizacji, dzwonię do gościa. Mówi, żeby czekać koło McDonalda. Po 5 minutach przyjeżdża na rowerze i mówi, żeby się za nim kierować. Wsiada na swój bicykl, wykonuje może pięć ruchów pedałami i łańcuch dosłownie ukręca mu przerzutkę i klinuje się zdeformowany w kasecie, więc z dalszej jazdy nici. Nie no k…a, bardzo fajnie, kolejny Mistrz Miszcz nad Mistrzów Miszczów, i to dzień po dniu! Patrzymy z Olą po sobie, wszelkie komentarze wydają się zbędne. Gruzin uspokaja jednak i mówi, że to dosłownie dwie minuty spacerkiem. Jak dla mnie może być i minuta, myślę sobie, ale nie widzę żadnego powodu, żeby tracić cenny czas i iść do gościa, który nie może poradzić sobie z własnym rowerem (notabene, całkowitym supermarketowym badziewiem). Gdy już zamierzam odesłać go do domu i mówię, że w sumie to już nie potrzebujemy mechanika, że tak ogólnie to już sobie pojedziemy, on niespodziewanie stwierdza, że jest tylko emisariuszem Kwiczy. Iskierka nadziei. Dobra, straćmy jeszcze te dwie minuty i wyp......amy stąd.

Wąska ścieżka prowadzi do zarośniętego, podupadłego stadionu, na którego końcu mieści się drewniana rudera, a w niej zlokalizowany jest tonący w oparach moczu warsztat. Wszystko to nie wzbudza specjalnie naszego entuzjazmu i zaufania. Kwicza obdarzony jest nietuzinkowym poczuciem humoru, roboty ma mnóstwo, co rusz ktoś przyprowadza jednoślad do serwisowania. Czekamy więc cierpliwie na naszą kolejkę. W międzyczasie mechanik wysyła gdzieś syna, który wnet przynosi nam lody. Wykręcam szprychy i piastę, gdy Kwicza widzi efekt spawania obręczy, mówi z niedowierzaniem spoglądając na rowerową profanację, że takim ekspertem powinien zająć się pluton egzekucyjny. I ciska obręcz na stos żelastwa na tyłach swej szopy. Po krótkiej naradzie i oględzinach używanych obręczy zawieszonych pod sufitem decydujemy, iż na przód wezmę używane koło na obręczy Mavic i piaście deore, a na tył przepleciemy obręcz DH którą mam z przodu. Wprawne ręce mechanika w nieco ponad godzinę kończą robotę. W międzyczasie przez warsztat przewija się naprawdę sporo ciekawych ludzi, m.in. dziennikarz z lokalnego radia, emigrant z UK, uchodźca z Abchazji – wszyscy oczywiście przychodzą do najlepszej lecznicy rowerów w kraju. Gdy przychodzi do płacenia, Kwicza odgrywa swoje standardowe przedstawienie, czyli początkowo pokazuje napisane w zeszycie jakieś astronomiczne kwoty, gdy widzi naszą reakcję, przewraca stronę zeszytu, gdzie  suma jest już wyraźnie mniejsza. I tak jeszcze kilka razy, kiedy to kwota jest już nie w Euro czy USD, ale w GEL, i jest w dodatku akceptowalna. Kwicza opowiada, jak to kilku obcokrajowców udało mu się w swojej karierze zestresować i jaki miał z tego ubaw. Taki z niego dowcipniś. Późnym popołudniem odjeżdżamy na własnych kołach na północno-wschodnie obrzeża stolicy. Ależ wspaniałe uczucie, rower nareszcie toczy się gładko, już nie mogę doczekać się jutra, kiedy to rozpoczniemy tegoroczną wyprawę poniekąd od nowa. Namiot rozbijamy już po ciemku w pobliżu Gldani. Śpi się spokojnie.

P.S. Telefon do Kwiczy – jakby ktoś znalazł się w tarapatach w Tbilisi: (+32) 599 100 459 – szczerze polecam.

Powrót do Tbilisi wydawał się bardziej rozsądnym wyjściem, niż ryzyko nie załatwienia niczego w Erywaniu

Na przejściu granicznym w Guguti trzeba prześwietlać cały bagaż

Po Tbilisi nakręciliśmy kilkadziesiąt km w poszukiwaniu warsztatu

Wreszcie na starym stadionie w Tbilisi trafiamy do słynnego uzdrowiciela rowerów

Warsztat z pozoru prowizoryczny, ale Kwicza naprawi wsio

You are here: Home Dzień 4