"Kierunek północny-wschód"

Dzień 5. Czwartek, 30.06.2011

Dystans: 61 km

Trasa: Gldani – Tskvarichamia – Ghulelebi – Sakdrioni – Kudro/Kardi?

Słońce, ekipa wypoczęta i głodna kręcenia. Od razu wjeżdżamy na bardzo ładną górską drogę, aut nie ma prawie wcale, jest za to sporo rozjechanych węży i nierozjechanych jaszczurek. I tak powoli zdobywamy wysokość, profil drogi jest raczej łagodny. W pewnym miejscu wzdłuż drogi rozciąga się mocno podupadły mur pokryty malowidłami tworzącymi ciekawy kolaż motywów gruzińsko-radzieckich. Na około 1500 m n.p.m. osiągamy pierwszą przełęcz, na której znajduje się miejsce upamiętniające jakieś bliżej nam nieznane wydarzenia. Z pomników pozostały jedynie nogi, wszystko zarosły krzaki i trawy, co zdaje się świadczyć, iż Gruzini są niespecjalnie dumni z tego miejsca. Coś mi się zdaje, że ma to coś wspólnego z sierpem i młotem. Za przełęczą zatrzymujemy się przy źródle, z którego bije lodowata wręcz woda. A tej mamy już niewiele. Zatrzymuje się też auto z poprzedniej epoki, z którego wysiada trójka grzybiarzy – ledwo taszczą siaty boczniaków i zalewają je wodą, prawdopodobnie chcąc je schłodzić, bo nie pisałem chyba, że jest bardzo ciepło. Nawierzchnia jest zmienna, od asfaltu gładkiego, poprzez asfalt wybrakowany, na drodze piaskowo-żwirowej skończywszy. W sumie jedzie się bardzo przyjemnie, samo wyrażenie „jedzie się” jest w tym wypadku najważniejsze w kontekście dwóch poprzednich dni.

W Ghulelebi nawet nie próbujemy się zatrzymać, taką mamy prędkość. Ale nawet gdyby prędkość była niewielka, też wątpię, czy byśmy tam mieli czego szukać. Długa prosta, skrzyżowanie, po lewej posterunek policji, a my skręcamy w prawo w poszukiwaniu jakiegoś sklepu, bo prowiantu mamy niewiele. Zatrzymuje się bus, goście pytają czy nie chcielibyśmy ogórków, pomidorów. Chcemy, a jakże. Wybieramy trochę warzyw, ale chłopaki nie chcą kasy, my jednak nalegamy i wciskamy im trochę grosza. Sklep mieści się w chałupie, wiele towaru to tutaj nie mają, nawet jakbyśmy chcieli zaszaleć, to nie bardzo byłoby na co roztrwonić gruzińską walutę. Ciastka mocno przeterminowane. Wędzone ryby wiszące na ścianie wyglądają na złowione rok temu albo i dawniej, więc i to odpada. Bierzemy dwa bochenki chleba i wracamy do skrzyżowania, gdzie na posterunku policji korzystamy z kranu i myjemy warzywa. Nieopodal przyrządzamy sobie jedzenie i obmyślamy plan dalszej trasy. Po przerwie kierujemy się na wschód, nawierzchnia staje się mocno wybrakowana, w przeważającej części kamienista. Tylko wąska wstążka asfaltu od czasu do czasu pojawia się na środku drogi, jest jedynym świadectwem tego, że kiedyś cywilizacja całkiem na serio zapuszczała tu swoje macki. Bo ogólnie to jest tu strasznie biednie, człowiek zastanawia się, z czego ludzie tutaj żyją, co robią, jak spędzają czas. Powoli ściemnia się, na dodatek wzmaga się wiatr i nachodzą chmury. Nabieramy wodę do prysznica z przydrożnego potoku, przepędzamy pieski z łąki i rozbijamy namiot. Cisza spokój, tego nam było dzisiaj trzeba.


Zaczynamy wyprawę od nowa... bo to wcześniej to chyba jakiś sen był ;)

Ale urwało...

Ach, gdzie ci pionierzy z dawnych lat...

A ci czym sobie zasłużyli na takie traktowanie??

Łowcy boczniaków...

... i ich maszyna, chłodzi się

W okolicach przełęczy asfalt nagle znika

Przejeżdżamy na ciemną stronę księzyca

Największy sklep w okolicy

Przygotowujemy skok na posterunek policji

Dla aut to może i problem, ale dla nas?

Ola jestem, miło mi

Spokojny koniec spokojnego dnia

You are here: Home Dzień 5