Dzień 6. Piątek, 01.07.2011

Dystans: 103 km

Chmury w dalszym ciągu wiszą nad okolicą, droga w dalszym ciągu jest dziurawa. A zatem noc nie przyniosła żadnych zmian w tych obszarach. Kilkanaście kilometrów, chyba 14, jedziemy więc po niezłych wertepach, kręci się jednak przyjemnie, nie ma aut, wokoło fajne wsiowe scenerie. Gdy dojeżdżamy do skrzyżowania z główniejszą drogą nawierzchnia jest nowa i gładka, co trzeba przyznać, zaskakuje nas nieco. Zanim jednak rozpoczniemy wdrapywanie się na przełęcz, kupujemy coś na śniadanie w przydrożnym sklepie. No i jeszcze niespieszna kawa i przekąska na pobliskiej budowie. Ekipa budowlana zaprasza nas do stołu wewnątrz, my jednak wybieramy wariant na świeżym powietrzu. Mili ludzie, nie narzucają się, ale przynoszą nam krzesła i od razu je się wygodniej ;)

Droga na przełęcz Gombori jest łagodnie wyprofilowana, jazda idzie gładko, nie wiedzieć kiedy jesteśmy na szczycie, ponad 1600 m n.p.m. Zaraz za przełęczą nabieramy lodowatej, górskiej wody, bo jeszcze dziś będziemy przecież na rozpalonej nizinie. Przed nami kilkudziesięciokilometrowy zjazd, ostro kładziemy się po zakrętach, radochę z tego mamy nieziemską! Już po południu, zjeżdżamy w boczną drogę aby odwiedzić klasztor Shumata. Podziurawiony asfalt wiedzie przez gęsty, liściasty las, miejsce to upodobali sobie młodzi Gruzini, w lesie zaparkowane są auta, muzyka gra na full, biesiada trwa w najlepsze. Ściślej rzecz ujmując powinienem napisać „biesiady” bo grup imprezowiczów mamy kilka. Źródeł muzyki też jest więcej niż jedno, zrodzoną z tego kakofonię można sobie wyobrazić, nieco gorzej ją znieść. Krzyczą do nas, machają żebyśmy się przyłączyli. Hmm, są już nieźle wypici, przyjmując zaproszenie prędko nie wyrwalibyśmy się z ich szponów, a więc oddalamy się z uśmiechem na ustach ;) Na szczęście wyżej już nie biesiadują, a raczej biesiadują, ale rzesze komarów, te także widać postanowiły nieco sobie poimprezować. Klasztory Shumata są dwa: najpierw jest nowy (Akhali), tylko dla kobiet, z XVII wieku, przy nim właśnie gotujemy sobie zupki. Próbuję sobie wyobrazić co im tam tłuką do głowy i jakoś tak nachodzą mnie skojarzenia z „Seksmisją”. Ciąg dalszy podjazdu przez zakomarzony las. W pewnym momencie mija nas jakieś zabłąkane auto z całkowicie pijaną załogą gruzińskiej młodzieży, niezbyt panują nad rozklekotaną maszyną, omal nie kończą w rowie. Docieramy w końcu do Dzveli Shumata, z V wieku. Ciekawe, klimatyczne miejsce, zupełnie puste.

Zjazd przez las, wjazd na główną drogę i dalej ostro w dół. Niska wysokość n.p.m. przekłada się na wysoką temperaturę, przed nami ogromna równina. Welcome to Kachetia. W Telawi jesteśmy tylko chwilę, od razu kierujemy się na wschód w kierunku Gurjani. 40 kilometrów po płaskim z lekką tendencją spadkową, mijamy sporo wiosek, wzdłuż drogi siedzi pełno znudzonych kolesi w typie macho, coś tam nawołują, masują się po swych brzuszyskach, mlaskają, gwiżdżą, cmokają. Jakieś takie dziwne auta nas mijają, coś jak po wiejskim tuningu, lampki spojlery, przyciemniane (czarne!) przednie szyby, zawracają, trąbią, podjeżdżają , łokcie na zewnątrz obowiązkowo trzymają. Żenada. Może ma to coś wspólnego z bliskością Azerbejdżanu, bo tam to norma, z tego co słyszeliśmy. Trzeba przyznać, że ciule działają nam na nerwy. Wzięli by się k…a za jakąś robotę.

Nawet wieczorem przejeżdżając przez Gurjani wszystko rozgrzane jest jak w hutniczym piecu. Policyjny patrol wydaje się nieco zaniepokojony naszym pojawieniem się o tak późnej porze, chłopaki pytają, czy wszystko ok, czy czegoś nie potrzebujemy. Miło się rozmawia, ale wolelibyśmy, żeby zostawili nas w spokoju. Są grzeczni, ale stanowczy, oferują pomoc w znalezieniu noclegu. Zapewniamy, że pojedziemy do motelu, że wiadoma sprawa, że już ciemno i właśnie jedziemy, przecież nie będziemy spali na ulicy. No czas ruszać, bo wiecie Panowie, my tak sobie rozmawiamy, a tu już ciemno i wolelibyśmy już jechać do bezpiecznego zakwaterowania, „o tu na górce”, pokazujemy. O dziwo kupują ten bajer, ale pewnie i tak będą nas śledzić. Ruszamy powolutku, po czym za zakrętem przyspieszamy i po chwili jesteśmy już na wyjeździe z Gurjani. Oj, z policją to jeszcze przejścia będą niesamowite, czytajcie cierpliwie to się dowiecie ;) Wracając jednak do rzeczywistości, jakieś pola i krzaki wokoło, wbijamy się – mamy nadzieję niezauważeni – w  pierwszą lepszą alejkę pośród plantacji. Nie zapalamy latarek, szybki prysznic i wskakujemy do namiotu. Byle nas jakieś typy nie namierzyły….

Pochmurny i wietrzny poranek

I dalej wąską wstążką asfaltu

Historia powoli odchodzi w zapomnienie....

...ząb czasu nieubłaganie nadgryza miejsca takie jak to

Powrót do cywilizacji, trzeba kupić coś na śniadanie

Gaumardżos!

W drodze do przełęczy Gombori

Zaraz będziemy się kładli po zakrętach, przez kilkadziesiąt kilometrów

Akhali Shumata - ugotujemy sobie zupkę, chociaż dla babek z klasztoru to pewnie naruszenie jakiegoś tabu

Mrok Dzveli Shumata

Telawi - pierwsze widoki na majestatyczne góry Kaukazu. Kąpiel w rzece przekładamy na kiedy indziej

You are here: Home Dzień 6