"Arbuz, sierp i wino."

Dzień 7. Sobota, 02.07.2011

Dystans: 63 km

Ruszamy wcześnie. Chcemy przed nastaniem największego upału przejechać jak najwięcej i w miarę wcześnie dojechać do Lagodekhi, parku narodowego przy granicy z Azerbejdżanem i Dagestanem. Droga przecinająca kachetyjską nizinę jest początkowo asfaltowa, później zaczyna się żwir. Aut w zasadzie nie ma, ale nawet te nieliczne wzniecają tak gęsty pył, że trzeba się zatrzymać i dobrą chwilę odczekać, żeby w ogóle coś zobaczyć i nie nawdychać się tego cholerstwa. Gdy ponownie zaczyna się asfalt, przystajemy na chwilę odpoczynku. A tu jak na zawołanie z pola wyjeżdża chłopak na rowerze, zupełnie jakby na nas czekał, pyta, czy nie chcielibyśmy arbuza. Że co? Wiadoma sprawa, że chcemy, arbuza to zawsze i wszędzie! Mówi, że trzeba tylko tego arbuza zerwać z pola, o tu, bliziutko, widzicie? Ok. dlaczego by nie. Idziemy więc, Ola zostaje z rowerami. Hmm, tak blisko to znowu nie jest, bo idziemy i idziemy, jednak po kilkuset metrach jesteśmy wreszcie na miejscu, młodzieniec zaczyna nawoływać. Nic. Wyciąga telefon, dzwoni. Nic. Po dłuższej chwili zjawia się barczysty jegomość dzierżący sierp. No to ładnie, myślę sobie. Pięknie nas załatwili, zastanawiam się czy Ola jeszcze żyje, może zdołała uciec, może zrobiła użytek z noża. Szlag trafi, nie wziąłem telefonu. Ciekawe, ilu naiwniaków już tak poćwiartowali na tym polu. Dobra, bez paniki, bądźmy tylko czujni, przepuśćmy gości przodem i bacznie obserwujmy. Pytam beztroskim głosem, niby od niechcenia, kim jest nowo przybyły, po co mu sierp i w ogóle do czego jest potrzebny, bo arbuza możemy chyba sami zerwać, prawda? Dowiaduję się, że jest to ekspert wprawiony w wyborze arbuza, arbuza doskonałego. Witamy się więc serdecznie, jeszcze mnie nie załatwili, nie jest więc źle. Chłopaki nie zwlekają i rozpoczynają ostukiwanie i osłuchiwanie kolejnych egzemplarzy zielonego owocu, co rusz kręcąc głowami z dezaprobatą. Wspólnie oglądają, obmacują, radzą. W końcu jest – arbuz spełniający wszystkie rygorystyczne kryteria jakości. Szybkie cięcie sierpem i już trzymam kilkukilogramową zieloną kulę. Panowie dobrodzieje nie chcą zapłaty, mówią, że bardzo im zależy, żeby nam coś dać.

Cholera, głupio wyszło z tą podejrzliwością… Okazuje się, że chłopak, który mnie tu przyprowadził bardzo chciałby opanować język angielski, zdaje sobie sprawę jakim kapitałem byłaby dla niego ta umiejętność. Jak mówi, kocha naukę, nawet podczas krótkich przerw w  pracy w polu czyta słownik i rozmówki, więc nasza rozmowa z elementami „in English” to dla niego nieocenione doświadczenie. Tak, jest strasznie głodny wiedzy, pyta, czy nie zostalibyśmy dłużej, moglibyśmy przecież porozmawiać po angielsku, pouczyć go trochę. Od razu wyobrażam sobie uczniów z naszych szkół, którzy „nieco” mniej garną się do wiedzy, w dodatku darmowej. No, przynajmniej zdecydowana większość z nich. Ale tak to już jest, jak coś jest powszechne i łatwo dostępne, staje się zarazem mniej pożądane. Tacy jesteśmy. Nie będę kontynuował tego wywodu, żeby nie popaść w nadmierną pretensjonalność. Nasza rozmowa trwa dłuższą chwilę, koledzy odprowadzają mnie do rowerów, jest wesoło. Ola już nawet zaczęła się nieźle denerwować, w sumie to zaczęła się denerwować dosyć dawno temu, gdy nie wracałem podejrzanie długo, też widziała jak mi odrąbują głowę albo zadają kilka ran kłutych albo duszą kawałkiem druty i zaciągają, za nogi, albo za ręce, w przydrożne krzaki. Przecież do cholery tak długo nie wracałeś, nie wracałem, wybacz.

Po kilku kilometrach kręcenia namaczamy ciuchy w przydrożnym ujęciu wody. Zagaduje nas człowiek z domu naprzeciwko - bardzo miło sobie rozmawiamy. Kobu, bo tak ma a imię, strasznie nalega, żebyśmy zostali na śniadaniu, że koniecznie, że gorąco, że trzeba „pooddychać”, odpocząć. Już woła do żony, żeby nakrywała do stołu Wiemy jakby to się skończyło, wielogodzinna biesiada, toasty, obezwładniający alkohol, kachetyjski, wyśmienity, błogość i zobojętnienie. Z ciężkim sercem mówimy, że do Lagodekhi chcemy dojechać przed „żarką” – Kobu jest wyrozumiały i obdarowuje nas dwulitrową butlą czerwonego wina, jak mówi z 2007 roku, wina trzeba dodać doprawdy wyśmienitego. Wybraliśmy dzisiaj drogę przez jakieś pola, ominęliśmy ponoć bardzo piękne Sighnaghi. Ale czy w tak nastawionym na turystów, być może rzeczywiście ładnym, „Italian style” miasteczku doświadczylibyśmy tak szczerej, niewykalkulowanej gościnności? Jak się bowiem dowiadujemy, na drodze którą jedziemy (tak na marginesie, nikt nie rozumie dlaczego ją wybraliśmy, przecież nic na niej nie ma, przynajmniej w mniemaniu napotkanych ludzi), praktycznie turystów się nie widuje. Jest nam miło z tego powodu, tzn. że możemy usłyszeć, że komuś jest miło, że jesteśmy, że ich odwiedziliśmy. Kobu mówi, że byłby wdzięczny, gdybyśmy zrobili sobie wspólne zdjęcie i pokazali w naszym kraju, w Polsce, naszym rodzinom i znajomym. Będzie szczęśliwy. Tak sobie teraz myślę, że głupki z nas, trzeba było zostać, dać się ponieść pobocznemu nurtowi nieprzewidzianych zdarzeń, podryfować w nieznane, stracić kontrolę nad czasem, kierunkiem, rzeczywistością. Cóż, może następnym razem.

Dalsza droga do Lagodekhi wiedzie przez wioski i pola, po drodze jest jeden większy podjazd. Bardo dziś ciepło, arbuz świetnie nas nawadnia. Już kilkanaście kilometrów przed naszym dzisiejszym celem wszystko niebywale się zieleni, w ogrodach palmy, ogromne liście, egzotyka jak się patrzy. A w tle potężny Kaukaz, w takim miejscu od dawna chciałem się znaleźć. Gdy już jesteśmy w Lagodekhi, od razu kierujemy się do siedziby parku, chcemy zorientować się co i jak, jutro zamierzamy przecież zapuścić się w jakiś szlak. Obsługa bardzo miła, wszystko ładnie odnowione, wszystko całkowicie puste, turystów brak. Jakieś 100 metrów od granicy parku jest hotelik, warunki luksusowe, cena niebywale wręcz niska. Nie ma się nawet nad czym zastanawiać, zostajemy. Rozładowujemy graty na kwaterze, doprowadzamy się do ładu, możemy w spokoju odpocząć.

Późnym popołudniem jeździmy po uliczkach, patrzymy jak żyją ludzie, podziwiamy przepiękne masywy Kaukazu pokryte wspaniałą zielenią. Odwiedzamy stragan, dwa sklepy, podglądamy Gruzinów zaabsorbowanych rozmaitymi grami. Podjeżdża samochód, trzeba napisać niezła fura. Kierowca wiezie dwójkę dzieciaków, mówi, że chciałby coś dla nas zrobić, co mógłby dla nas zrobić? Bo to dla niego bardzo ważne, aby nam pomóc. Dzięki, stary, damy radę. Pisze na kartce numer telefonu, mamy dzwonić o każdej porze dnia i nocy. W razie najmniejszych kłopotów, on wszystko załatwi, on zna wszystkich. Mówi, że nie palę, żebym nigdy nie palił, palenie to zło, a ja mam takie ładne zęby, białe, rzadko spotykane. Tak mówi. Jasny gwint, dlaczego musisz mnie pan wprowadzać w takie zakłopotanie? Takich komplementów to żem chyba nigdy nie usłyszał. Zęby może i faktycznie wyglądają na białe, ale może na tle mojej przybrudzonej gęby? No dobra, gość jest nieco podpity, ale cholera przecież nie aż tak bardzo, prawda? 24 godziny temu jechaliśmy drogą wzdłuż której przesiadywała „ciulernia” – tak nazwaliśmy tych napastliwych macho, no nie tylko ich, takie uniwersalne słowo na ten typ wprowadziliśmy. Ciulernia. A dzisiaj? Sytuacja całkowicie odmienna, niemożliwie przeciwna do tamtej, jakby spreparowana aby nam wynagrodzić nasze wczorajsze rozczarowanie, frustrację spowodowaną zachowaniem natrętnych, zaczepnych ludzi. W retrospektywie, to cała ta historia, a raczej jej przebieg jest mocno podejrzany, scenariusz mało prawdopodobny. Ocenicie zresztą, sami, po przeczytaniu całości. Jeśli ktoś dotrwa. Wieczorem w naszym hotelu spotykamy parę Polaków, fajni ludzie, traf chciał, że zatrzymali się w tym samym miejscu.

Kończy się siódmy dzień naszej podróży. W normalnym, codziennym życiu niekiedy ciężko odróżnić jeden tydzień od kolejnego, nawet miesiąc od miesiąca, a tu tyle się wydarzyło. Takie króciutkie siedem dni, a głowa pełna wrażeń. Niebywałe, przecież ta podróż tak naprawdę ledwie się rozpoczęła!


Przed podjazdem trzeba zjeść darowanego arbuza

Witajcie w Lagodekhi!

Uliczny lans

Lagodekhi, ale tu ładnie

Na straganie w dzień targowy

Palmy w Lagodekhi

Gruzini uwielbiają grać

Panowie, nie rozglądać się za laskami!

Dzieci wesoło wybiegły z kościoła

Jasna cholera, ale luksus, aż nam głupio ;)

Nasi nowi znajomi. Kobu - im wino też smakowało ;)

You are here: Home Dzień 7