„Zielone serce Lagodechi”

Dzień 8. Niedziela, 03.07.2011

Dystans: 37,4 km

Rano przechodzi gwałtowna burza. Pada całkiem mocno. Zachmurzenie jest spore. Nie będziemy jednak bezczynnie siedzieć, idziemy więc do pobliskiego sklepu kupić trochę smakołyków. Dosłownie w ciągu chwili przejaśnia się, zanim zdążymy się zorientować, asfalt jest już suchy. Pakujemy plecaki i już pędzimy na rowerach wąskimi uliczkami. Szlaków do wyboru nie ma zbyt wiele, dwa spośród czterech udostępnionych wymagają – z racji przebiegu po granicy z Azerbejdżanem – asysty przewodnika, co niespecjalnie nam odpowiada. Wybieramy więc trasę do wielkiego wodospadu, wejście na szlak oddalone jest około 15 kilometrów od naszego lokum, chwilę więc pedałujemy. Ostatni odcinek po gruntówce, trochę tam się gubimy, w międzyczasie zdążył wyściskać i wycałować mnie przesympatyczny gruziński dziadek, ach jak oni tu lubią Polaków! Ale o tym jeszcze będzie sporo przy innych okazjach. No i jesteśmy, wejście na szlak, w pobliżu rozbite dwa namioty. Nie widać nikogo. Podprowadzamy rowery do domku strażników, możemy je zostawić bez najmniejszego problemu. Parkowiec spoko gość ;)

Startujemy kilka minut po 11, od razu wchodzimy w bujny las, potok, bluszcze, masa zieleni. Im dalej, tym ciekawiej, bardziej gęsto i zielono. Prawdziwa dżungla. Podczas całej kilkugodzinnej wędrówki spotykamy zaledwie jedną grupkę piechurów. Chłopy wracają znad wodospadu. Alkohol chłodzi się w potoku, nie obejdzie się więc bez małej degustacji, o czym chyba nawet nie trzeba pisać. Krótka rozmowa, pamiątkowe zdjęcie. Kontynuujemy wędrówkę wzdłuż potoku, mijamy naprawdę piękne, tajemnicze miejsca. Gdy ścieżka się kończy, wyłania się kapitalny widok na wodospad. Siedzimy tu dobrą chwilę, naprawdę oczarowani, samotność w takich okolicznościach to atrakcja coraz bardziej deficytowa. Droga powrotna zlatuje szybko. Szlak się kończy, z fantastycznej krainy wracamy do realnego świata. Chociaż tak naprawdę, to będąc w Gruzji cały czas czujemy się jak we śnie, mało realnie. Odbieramy rowery, rozmawiamy ze strażnikiem, innym niż rano, równie przyjaznym. W drodze powrotnej ponownie odwiedzamy stragan, gorąco się zrobiło, arbuz to pozycja obowiązkowa. Nasz wybraniec ma ponad 9 kg, bagażnik ledwo wytrzymuje. To mniej więcej tyle na dzisiaj, odpocznijmy trochę, jutro skoro świt chcemy ruszyć dalej, na spotkanie dalszych zaskakujących przygód.

Zanurzamy się w zieloną gęstwinę

Na szlaku jest kilka ułatwień

Jedyni przedstawiciele Homo Sapiens spotkani na szlaku

Odcienie zieleni

Coraz bardziej gęsto, coraz bardziej zielono

Im dalej w las, tym piękniej

Koniec wędrówki, iść dalej nie ma sensu, wypada tylko patrzeć i słuchać

Gruzińskie powitanie mężczyzn (w głębi)

Podróżujemy w czasie, m.in. dzięki takim maszynom

9 kilogramów, czy bagażnik wytrzyma?

Szymon i ja

You are here: Home Dzień 8