„Długa prosta przez Kachetię (z kilkoma zakrętami)”

Dzień 9. Poniedziałek, 04.07.2011

Dystans: 102,98 km

Wyjeżdżamy po siódmej. Od rana już wiadomo, że żar będzie lał się z nieba piekielny. Przez pewien czas jedziemy odcinkiem, którym jechaliśmy przedwczoraj. Chyba mało kto lubi podczas swoich podróży pokonywać tę samą drogę, szczególnie na rowerze, szczególnie gdy patrzy na mapę i uświadamia sobie, że wyrysowaną linię musi przejechać tam i z powrotem. Na szczęście, jeśli przychodzi co do czego, czyli do samej jazdy, jest przeważnie znacznie lepiej i ciekawiej. Mapa to teoria, rzeczywista droga to praktyka. A zatem teoretycznie wracamy tą samą drogą, jednak praktycznie widoki rozpościerające się przed nami są inne, bywają nawet zaskakujące. Często zresztą dziwię się, że jak to, to ja niby tędy już jechałem? Inne światło, inna pora dnia, inne okoliczności. Dobra, ktoś powie, tak sobie to tłumacz. Jakby nie było, powrót tą samą drogą przynosi dzisiaj zupełnie inne wrażenia i spostrzeżenia. I niech tak zostanie.

Ilość sprzedawców warzyw i owoców mijanych po drodze jest oszałamiająca. Auta wyładowane arbuzami, melonami, pomidorami, ogórkami. Wołgi, Łady, wszelakie pojazdy nowsze i starsze, zdecydowanie bardziej te starsze, wszystkie pękające w szwach. Pierwszy przystanek, człowiek z ciężarówki obdarowuje nas arbuzem. O nic nie pyta, nie stara się nawet zagadnąć, nie jest też jakoś przesadnie miły, raczej neutralny. Po prostu, przynosi arbuza, wręcza go nam, odchodzi. Hmm, arbuza niedawno jedliśmy, została jeszcze połówka, tego więc trzeba będzie upchnąć do sakw. Takim oto sposobem mamy już półtora arbuza, jakieś 12 dodatkowych, darmowych kilogramów. Można wyrzucić, ale szkoda, dać komuś – odpada – nikt nie weźmie. Po kilku kilometrach zatrzymujemy się w cieniu, przy kraniku. Pół arbuza rozpracowujemy w momencie. Po niedługim czasie podchodzi starszy pan, zagaduje, pyta o naszą podróż. Z wielkim sentymentem wspomina Polskę, stacjonował u nas z armią, w dawnych czasach, zdaje się, że w Legnicy. Dobrzy z nas ludzie, to znaczy Polacy, Polacy i Gruzini to bracia, sojusznicy. Nie jest to jakaś tam wyuczona gadka, na pokaz, lecz szczere wyznanie, a ja potrafię odróżnić szczerość od wciskania kitu, przynajmniej w zdecydowanej większości przypadków. Nie napisałem jeszcze, ale Gruzini na wieść, że jesteśmy z Polski, często w pierwszych słowach, swoich naturalnych skojarzeniach, rzucają: „Pany”, że „Pan i Pani”, chodzi chyba o to, że tak się w Polsce do siebie zwracamy, niebywale wręcz ich to śmieszy! Pany, pan, pani, czy jakoś tak. Nie inaczej jest i tym razem, tego jegomościa też to śmieszy, śmieszy go to nawet bardzo. Pany, pan, pani. Jest przynajmniej wesoło. Ponownie nie dajemy się zaprosić na odpoczynek i biesiadę, ponownie wychodzi, jacy z nas sztywniacy. Dajemy naszemu nowemu koledze arbuza, jemu jest miło, nam jest lżej i oczywiście też miło, że jemu jest miło.

Pomyśleliśmy sobie, że warto by odwiedzić Tsinandali, pobliskie piwnice do składowania wina, podobno są największe na świecie, no dobra – drugie największe na świecie. Jakby nie było, to zaledwie kilka kilometrów stąd. Odbijamy więc kawałek z głównej drogi, wnet jesteśmy na miejscu. Zamknięte, remont. Młodzieniec siedzący w budce koło szlabanu jest nieprzejednany, drugi tak samo, zamknięte na amen. Gdy pytam, czy nie dałoby się tak na chwilkę, chociaż zobaczyć te słynne piwnice, bo wiecie chłopaki, z daleka jesteśmy, być może już nigdy tutaj nie przyjedziemy. A wy przecież macie piwnice winne słynne na świat, na mir cały. Beton. Nie ma w nich za grosz życzliwości, powiedziałbym nawet, że w ich sposobie odmowy da się zaobserwować sporą dawkę złośliwości i kompletny brak zrozumienia. A raczej jest satysfakcja, że mogą nam zabronić i sobie piwnic nie pooglądamy. Tych słynnych, zajebistych piwnic nie zobaczą turyści, frajerzy z daleka, przyjechali i nie zobaczą, bo my im nie pozwolimy. Mają chłopy władzę i ją właśnie ładnie zademonstrowali. Nie, to nie. Nie będziemy przecież prosić, aż tak nam nie zależy.

Jedziemy po długiej prostej. Już z daleka widać klasztor Nekresi, usytuowany wysoko ponad okolicą. Odwiedzimy, a co. Piwnic nie dali zobaczyć, zobaczymy przynajmniej klasztor. A że trochę nas już słońce dogrzało, będzie znakomita okazja, aby odpocząć. Dojeżdżamy do podnóża monastyru, a tam szlaban, parking, restauracja – „zjawiska” wciąż nietypowe w Gruzji, widać jednak komercyjna turystyka wdziera się całkiem odważnie, zapewne z każdym dniem coraz bardziej. Chcemy wprowadzić rowery za mur okalający świątynię, a tu przyłazi jakiś klecha i mówi, że mamy się wynosić. Mówi to wprawdzie nieco łagodniej, ale efekt jest ten sam – miłosiernie wywala zmęczonych wędrowców, co ja gadam, włóczęgów wywala, za mur, dobrze że ochrony z parkingu nie wzywa, że psami nie szczuje, za co być może powinniśmy mu podziękować. Dupek jeden francowaty. Co z nami jest nie tak, że nas dzisiaj już dwa razy zdążyli wyrzucić za drzwi? Wiedz jednak kapłanie, że ja, ateista, wybaczam tobie, po chrześcijańsku, nie wiesz bowiem co czynisz. Wybaczam ci tym bardziej, że nieopodal znajdujemy dużo lepsze miejsce, zacienione, pod drzewami, ławki, stoliki, idealnie. Niestety pusto jest tylko przez kilkanaście minut, oto bowiem przyjeżdża młodzież dwoma samochodami i zapuszcza rosyjskie disco na full, robi się głośno. Rozpalają ognisko, wykładają jadło i napitki na stoły. Męczący, krzykliwi ludzie. Tak przynajmniej myślimy do czasu, gdy nie zaproszą nas do siebie, na mocnego kielicha i pogawędkę. Naprawdę sympatyczne towarzystwo, bardzo ciepło nas przyjmują. Cholera, tak się teraz zastanawiam, czy aby ta ciulernia sprzed kilku dni, to też przypadkiem nie byli tacy równi goście? I wiecie co? Myślę, że mogli być. Złych, złośliwych ludzi tak naprawdę nie ma aż tak wielu. Problem jest wtedy, gdy się dobiorą w większą grupę i zaczynają świrować. Przy bliższym poznaniu ciulernia może być nawet sympatyczna.

Wybrukowana droga do klasztoru jest stroma. Nikt nie idzie na piechotę, wszyscy, bardzo nieliczni wszyscy, ledwie kilka osób, czekają aż uzbiera się komplet w busie. Normalnie trzeba zapłacić za wstęp i wywiezienie, dlatego nasza decyzja o rezygnacji z busa, wprawia bileterki w lekką dezorientację. W końcu, po chwili namysłu, nie biorą od nas kasy. Pokonanie ostrego podejścia zajmuje nam około 20 minut. Kompleks klasztorny jest świeżo odnowiony, wszystko wyremontowane, odpicowane. Ładnie, ale klimatu do zadumy i aury tajemniczości to tu nie ma za wiele. Widok jest za to naprawdę zacny, równina niezabudowana, bezkresna. Młody asystent „proboszcza” (nie wiem jaką funkcję pełni starszy człek zawiadujący tymi włościami) całkiem biegle mówi po angielsku. Wie zaskakująco wiele o nas, wie, że przyjechaliśmy na rowerach, wie, że my Polacy na piechotę do nich wyszliśmy. Widać informatorzy nie próżnują. Bardzo sympatyczny chłopak, opowiada nam kilka ciekawych historii.

Wracamy do rowerów, dziękujemy paniom za opiekę nad naszym dobytkiem i jedziemy dalej, na zachód. Po drodze mijamy Gremi, kościół i zamek na wzgórzu. Jesteśmy już zmęczeni, nie chce nam się podejść tych kilkudziesięciu nawet metrów do zabytkowych budowli. Myślimy bardziej o zaprowiantowaniu się na kolejne dni. Wybieramy się bowiem do Tuszetii, miejsca, gdzie ponoć ciężko kupić cokolwiek. Jadąc przez którąś z wiosek atakuje nas potężny pies, bydle chyba wściekłe, bo mu piana z pyska tryska na pół ulicy. Nie zdążam nawet nogi dobrze postawić na asfalcie i pomyśleć czym bestię zdzielić, gdy z odsieczą przychodzi starszy mężczyzna, który wyrasta jak spod ziemi i staje w naszej obronie. Wyskakuje do psa, przymierza kamieniem, a pies zamiast czmychnąć, wścieka się podwójnie. Gruzin też się wścieka, nawet jeszcze bardziej niż pies, i muszę powiedzieć, chłop budzi respekt. Pies też widać zauważa jego determinację, bo odstępuje, odchodzi z wolna, nie przestaje jednak szczerzyć swych zębisk ani na moment. Dzięki stary, ocaliłeś nam życie.

Ostatnie sklepiki przed górską wspinaczką, później aż do Białegostoku Omalo nie będzie niczego. Ładujemy sporo towaru do sakw, wolimy więcej podźwigać niż martwić się o prowiant. Zapomniałem napisać, że sklepikarze, mieszkańcy wioski, dosłownie wszyscy na hasło „Tusheti” kręcą przecząco głowami. Że niby nie ma szans tam wyjechać na rowerach. Późno się robi, nie traćmy więc czasu na próby zasiania w naszych głowach wątpliwości. Wiemy, wiemy, że chcą nas ostrzec. Jednak czasami lepiej nie słuchać o tym, że się nie da. Wiemy, że łatwo nie będzie, mamy jednak przekonanie, że jakoś się wygramolimy na tę przełęcz, prawie 2500 metrów w górę od miejsca, gdzie właśnie rozbijamy nasz namiot. A namiot rozbijamy na łące, jest kilka drzewek i widok na wielką dolinę, która zapraszająco otwiera przed nami swe masywne uda ramiona.

P.S. A co Ola najbardziej zapamiętała z tego dnia? Zobaczcie sami ;)

Opuszczamy Lagodekhi

Kachetia

Serdeczni ludzie, niezapomniane spotkania

Typowo kachetyjski załadunek

Samotność

Prosto, równo, pusto

Biesieda pod klasztorem Nekresi

Klasztor Nekresi

Nekresi - widok z klasztornej wieży na kachetyjską równinę

Gremi, w remoncie

Trzeba się dobrze zregenerować - jutro wspinamy się do Tuszetii

Twarda gleba, szpilki dziś mają wolne

You are here: Home Dzień 9