Rowerem za koło podbiegunowe

Oto i druga część relacji z naszej rowerowej podróży z Trondheim na Nordkapp i drogi powrotnej przez Finlandię oraz Kraje Nadbałtyckie (pierwsza część relacji w Rowertour” styczeń 2009).

Lofoty

Stolica Nordlandu, Bodø. Już po północy. Prom opóźnia się, w kolejce stoi z nami Nick – sakwiarz ze Szkocji, który jest w trasie od 17 maja. Na promie niewiele pospaliśmy, wstajemy parę minut po 6. Niebo jest bezchmurne. W oddali już majaczą ich kształty: Lofoty. Potężne skalne ściany i wybijające się ponad taflę morza strzeliste iglice archipelagu sprawiają wrażenie całkowicie niedostępnej twierdzy. Aż nie chce się wierzyć, że osławiona kraina będąca źródłem tak wielu zachwytów oto skrywa się pośród tych niedostępnych skalnych fortyfikacji. Do brzegu przybijamy po godz. 7. Oczy zamykają nam się ze zmęczenia. Kiedy ostatni samochód zjeżdża z promu, w porcie zostajemy tylko ja, Ola i Nick. Nasz towarzysz jest nie mniej zmęczony od nas i udaje się na drzemkę w pobliże kościółka usytuowanego na pobliskim wzgórzu. My wskakujemy w śpiwory i ogrzewani promieniami porannego słońca zasypiamy na portowych ławkach. Po niezbyt długim, acz całkiem regenerującym śnie raczymy się pyszną kawą. Po kilku kilometrach jazdy pustą drogą przed nami wyłania się widok na Reine. Ta przepięknie położona wioska uznawana jest za jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc Norwegii. Potężne skały wznoszą się majestatycznie ponad zatoką. Czerwone „Rorbu”, domki rybackie na palach, wspaniale komponują się z otoczeniem. Wokoło całkowita pustka, niczym nie zmącona cisza, suwak nasycenia błękitu zdaje się przekraczać próg realizmu. Oto mamy przed sobą piękno świata. Czyżby Valhalla?

Na dalszym odcinku droga jest wąska i kręta. Kolor wody i jej niesamowitą przejrzystość ciężko opisać. Jest też i symbol Lofotów – dorsze suszące się na charakterystycznych drewnianych rusztowaniach, jednak chyba tylko jako atrakcja turystyczna (wątpliwa zresztą bo nie wyglądają zanadto świeżo) – nie jest bo bowiem sezon połowowy i nigdzie indziej już ich nie widzimy. Spotykamy rowerzystów z niemal wszystkich zakątków globu, w przeciągu 2 zaledwie godzin widzimy ich więcej, niż od początku trwania naszej podróży. W bezpośrednim sąsiedztwie miejscowości Ramberg koniecznie należy poświęcić nieco czasu na spacer rajskimi plażami norweskiej Copacabany. Chociaż Lofoty położone są w kręgu Koła Podbiegunowego, wpływ ciepłego prądu zatokowego (Golfstrom) przekłada się na znacznie łagodniejszy klimat oraz wyższe temperatury wody i powietrza niż typowe dla obszarów położonych w podobnej szerokości geograficznej. To największa tego typu anomalia termiczna na świecie (wynosi nawet kilkanaście stopni Celsjusza!).

Nadrabiamy kilkanaście kilometrów aby odwiedzić Nusfjord, najlepiej zachowaną na Lofotach rybacką wioskę, wpisaną na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Opłata za wejście jest jak dla nas wysoka (50 NOK/os). Wdrapuję się więc na wzgórze i już po chwili Nusfjord w całej okazałości rozciąga się pod moimi stopami. Całkowicie za darmo.

Przed wjazdem do podmorskiego tunelu (Nappstraum-tunnelen) łączącego wyspy Flakstadøya i Vestvågøy ponownie spotykamy Nicka, który niebawem skończy już swoją tegoroczną przygodę rowerową i z Narviku wróci pociągiem do domu. Już wieczór, powoli rozglądamy się za noclegiem, priorytet przy wyborze lokalizacji to oczywiście nasłonecznienie do jak najpóźniejszych godzin wieczornych. W poszukiwaniu „Midnight Sun” zdecydowanie najlepiej udać się na północne wybrzeże i rozbić namiot nad samym morzem. My jednak tym razem wybieramy wariant południowy, ponoć bardzo malowniczy.

Kolejny poranek jest ciepły i słoneczny. Wstęga chmur w niecodzienny sposób oplata okoliczne szczyty. Wjeżdżamy na podrzędną drogę nr 815 i przez dłuższy czas jedziemy pod wiatr. Wzdłuż pustej drogi rozciągają się wspaniałe plaże i „błękitne laguny”. Woda jest ciepła a jej przejrzystość najlepiej określa słowo „kryształ”. W miejscowości Valberg warto odwiedzić przepięknie położony neogotycki kościółek z 1888 r. W jego sąsiedztwie, a także cmentarza i wspaniałej plaży posilamy się kawą i kanapkami, po czym ruszamy w dalszą drogę. Przy wyjeździe z drogi 815 na most łączący wyspy Vestvågøy z malutką Gimsøy spotykamy 3 sakwiarzy z Białegostoku, amatorów ptasiego foto-safari i wędkowania. Chłopaki mają naklejki „PL” na sakwach i dlatego nie mijamy się po zaledwie jednym zdawkowym „hi/hallo”. Droga do Svolvær nie jest zbyt ciekawa, głównie za sprawą znacznego ruchu samochodowego. Szybko pokonujemy ten odcinek i wjeżdżamy do miasta. Samo usytuowanie stolicy Lofotów jest niezwykle malownicze. W centrum rozglądamy się za jakąś kawiarenką internetową. Pytam młodego Araba o dostęp do Internetu w okolicy, na co on oferuje mi komputer w swojej restauracji. Siadam przy barze i korzystam z jego notebooka. Gdy mówię, że jesteśmy z Polski, chłopak uśmiecha się i płynną polszczyzną oznajmia, że studiuje we Wrocławiu, a w Svolvær pomaga wujowi w prowadzeniu restauracji. Od razu nachodzi mnie skojarzenie z pewnym Chińczykiem, trenerem irańskich judoków, którego w 2006 roku spotkałem w Teheranie. Na wieść skąd jestem, od razu doskonałą polszczyzną zdradził, że nasz język opanował tak dobrze podczas kilku lat studiów na warszawskim AWF-ie. Jaki ten świat mały.

Po opuszczeniu Svolvaer ruch jest niewielki. Wysokie szczyty górują nad krajobrazem, miejscami droga wiedzie w głębokich cieniach. Już po 20, po tej stronie wybrzeża nie mamy co liczyć na „Midnight Sun” i w zmęczonych umysłach świta nam szalona myśl, że być może warto byłoby przepłynąć na Vesterålen jeszcze dziś. Na prom Fiskebøl – Melbu zdążamy w ostatniej chwili (który to już raz?!). Nie do wiary, ale na Lofotach spędziliśmy zaledwie 2 dni, a wydaje nam się, jakbyśmy byli tam znacznie dłużej. Teraz przed nami kolejny archipelag, często określany mianem niedocenionego, niesłusznie zepchniętego na margines zainteresowania przez Lofoty. Nasz prom przybija do pogrążonego w mroku Melbu.

Vesterålen

Nie zastanawiając się długo, kręcimy w kierunku zachodniego wybrzeża, gdzie słońce tchnie w nas optymizm i nowe siły. Po kilku kilometrach znajdujemy doskonałe miejsce biwakowe nad skąpaną w słońcu zatoką.

Poranek na wyspie Hadseløya wita nas wspaniałym słońcem i bezchmurnym niebem. Już od dawna, chyba nawet od czwartego dnia naszej podróży, słyszymy, że pogoda będzie się pogarszać. Tak więc każdy pogodny dzień traktujemy jakby miał być ostatnim, upajamy się każdą słoneczną chwilą. Podążamy drogą wzdłuż zachodniego a następnie północnego wybrzeża wyspy. Jedziemy sobie spacerowym tempem, po lewej stronie bezkresne morze, po prawej zielono-kwieciste łąki, drzewa, tereny uprawne i pastwiska. Ten odcinek drogi wspominam jako najbardziej sielski podczas całej wyprawy. W największym miasteczku na wyspie, Stokmarknes, robimy zakupy i miło spędzamy czas na nabrzeżu. Przejeżdżamy na kolejną wyspę archipelagu – Langøyę. Spotykamy starszego pana na wysłużonym trekkingu objuczonym wypłowiałymi sakwami, z którym los nas jeszcze zetknie. Opuszczamy Sortland i przez kolejny most wjeżdżamy na Hinnøyę – największą wyspę Norwegii (nie licząc Svalbardu). Droga jest praktycznie pusta, przemierzamy rozległą równinę otoczoną przez skaliste góry. Podczas postoju rozmawiamy z parą Finów podróżującą z dzieciakami, wielką przyczepą i niemal równie długim canoe na dachu auta terenowego – przesympatyczni ludzie. Kiedy dowiadują się, że z Nordkapp będziemy wracać przez ich kraj, zapraszają nas do swojego domu w Finlandii. Jazdę kończymy po 20 na terenie szkoły niedaleko mostu łączącego Hinnøyę z Andøyą.

Kolejny poranek jest pochmurny i chłodny. Andøya wita nas deszczem. Odbijamy na boczną drogę prowadzącą wzdłuż zachodniego wybrzeża do Andenes. Droga jest całkowicie pusta, krajobraz spowijają mgły. Mijamy źródła termalne w Stave o kształcie oryginalnych kopców. Wynajęcie jednego „bajorka” to koszt 200 NOK/1,5 godz. Mimo iż po raz pierwszy od wyjazdu z Trondheim odczuwamy zimno, nie skorzystamy, ciężko byłoby po takim dogodzeniu sobie powrócić do dalszego wysiłku, w dodatku w tak niekorzystnej aurze. Nieopodal Bleik wzdłuż drogi rozciąga się prawdziwie niebiańska plaża (ponoć najdłuższa w całej Norwegii) o piasku białym niczym drobno mielona mąka. Na morzu zarysowuje się cudowny widok na Bleiksøyę, wysepkę o kształcie trójkątnej płetwy będącą największą kolonią maskonurów w Norwegii. Wkrótce docieramy do Andenes, gdzie możemy się ogrzać i zaprowiantować. Miasteczko to stanowi centrum wielorybniczych foto-safari, jego okolice znane są z częstego występowania zorzy polarnej. W oczekiwaniu na prom do Gryllefjord na wyspie Senja zaznajamiamy się ze wspomnianym już Jeanem, który jedzie z Lyonu we Francji na Nordkapp na swoje 60-te urodziny. W 1992 roku samotnie wyruszył na pierwszą wyprawę i od tej pory każdego roku przemierza na swym wysłużonym już jednośladzie różne rejony Europy. Powraca zatem na Przylądek po 16 latach. To człowiek niezwykle skromny i pogodny. Mówi, że kiedy patrzy na nas, przypominamy mu o jego młodości i podróży z 1992 roku. Ma przy sobie zdjęcie z tamtej wyprawy. Faktycznie, jego sakwy – teraz wyblakłe – do złudzenia przypominały nasze żywo-czerwone. Nasze wychłodzone organizmy na cieplutkim pokładzie promu ogarnia obezwładniająca senność. Rejs mija szybko, głos kogoś z załogi już wzywa do wyjścia.

Przez Troms i Finnmark

Senja spowita jest mgłą. Żegnamy się z naszym francuskim przyjacielem i ruszamy w poszukiwaniu noclegu. Droga okrąża fiord i następnie ostro pnie się do góry. Z podjazdu roztacza się piękny widok na Gryllefjord. Po chwili docieramy do przełączy, sceneria wgniata w ziemię, oboje mamy wrażenie, jakbyśmy znaleźli się na krańcu świata. Bardzo zmęczeni pędzimy w dół po ostrych zakrętach i na równinie, która dopiero co rozciągała się pod naszymi stopami, znajdujemy dogodne miejsce na nocleg. To pierwszy w całości pochmurny dzień od początku naszej podróży.

Kolejnego ranka pogoda jest pochmurna, jednak nie pada i jest zdecydowani cieplej niż poprzedniego dnia. Podczas pierwszych kilometrów droga wije się wzdłuż malowniczych zatok. Zaglądamy do Parku Trolli, rzekomo wielkiej atrakcji Senji, szczycącego się posiadaniem największego Trolla na świecie (18 metrów i 125 ton). Osobiście nie polecam tego mocno kiczowatego królestwa (chociaż dla dzieciaków będzie to prawdopodobnie nie lada gratka!). Po 17 kilometrach jazdy przez odludne obszary zatrzymujemy się na śniadanie a tu niespodziewanie mija nas Jean życząc „Bon Apetit!”. Miał 13 kilometrów więcej do przekręcenia od nas, ale wyjechał po 6 rano i nas przegonił. Tylko pozazdrościć takiej formy w wieku 60 lat! Nadszedł czas pożegnania z Senją: przed nami długi most łączący tę wyspę ze stałym lądem, a dokładniej z miastem Finnsnes. Droga za miastem jest całkowicie płaska i nie należy do specjalnie atrakcyjnych, Na szczęście jest sporo ścieżek rowerowych, więc nie musimy się martwić o ruch na drodze. Wjeżdżamy na E6 i delikatnie mówiąc nie podoba nam się ta droga. Dużo aut, brak pobocza, ogólnie rzecz ujmując wątpliwa atrakcja dla rowerzysty. Jeśli tak ma wyglądać nasza dalsza droga na północ, to zastanawiamy się, czy jest po co jechać na Nordkapp. Nie należy jednak podejmować pochopnych decyzji, może jutro wszystko lepiej się ułoży, może nowy dzień tchnie w nas więcej optymizmu? Przed 20 droga pustoszeje, rozbijamy namiot niedaleko mostu, w sąsiedztwie potoku. Komary wyruszają na żer i wymuszają na nas przyspieszone tempo rutynowych czynności: rozbijania namiotu, mycia, gotowania. To chyba najmniej ciekawy dzień jak dotychczas. Jednak ludzie tacy jak Jean, dążący uparcie do celu działają bardzo budująco. Myśl, że w samotności znoszą trudy podróży przywraca nas do pionu.

Nowy dzień przynosi znacznie korzystniejszy obraz norweskiego „highwayu”. Pustą E6 jedzie się wspaniale, jest gładka, posiada doskonały, łagodny profil. W Heia napotykamy sporo namiotów Samów (znanych także jako Saami lub Sámi). Zepchnięci przez ludy skandynawskie i ugrofińskie, głównie na północne terytoria Laponii, Samowie żyją przeważnie z hodowli, myślistwa, rybołówstwa oraz sprzedaży wyrobów rękodzielniczych, głównie wykonanych ze skór, kości i poroży reniferów. Przed Storfjord zjeżdżamy z E6, którą trzeba by nadłożyć sporo kilometrów, gdyż Storfjorden wcina się daleko w głąb lądu. Tak więc wąską i pustą drogą 868 kierujemy się do promu w Lyngseidet. Napotykamy na tunel (Pollfjell-tunnelen, 3230 m długości) z zakazem przejazdu dla rowerów, ale na szczęście na zewnątrz poprowadzono ścieżkę dla pieszych i cyklistów. Już pewną regułą jest, że na prom zdążamy w ostatniej chwili, tym razem na niespełna minutę przed jego odpłynięciem. Szybko dopływamy do Olderdalen i robimy sobie dłuższą przerwę. Z morza wyrasta potężne pasmo Lyngfjellan (ze względu na swój alpejski charakter zwane także „Lyngen Alps”). Widok na skalne masywy pokryte grubymi połaciami śniegu i lodu naprawdę robi wrażenie. Przez następne 20 kilometrów droga prowadzi wzdłuż szmaragdowych wód Lyngenfjordu. Pod wieczór doskwiera nam przenikliwy ziąb, jest pochmurno i wietrznie. Jesteśmy w Djupvik, na nocleg wybieramy teren miejscowej szkoły. Miejsce, trzeba dodać, bardzo przyjemne. Doprawdy, niezwykłe to uczucie, gdy nie ma wokoło żadnych insektów. Upajamy się tą chwilą, bo nie wiadomo, co będzie jutro.

W nocy lekko pada, nie inaczej jest o 6 rano. Godzinę później deszcz ustaje i w ciągu kilku minut mamy piękną słoneczną pogodę, powietrze jest niezwykle ciepłe, jak podczas Halnego w Zakopanem. Widoki w Djupvik zapierają dech. Monumentalne, ośnieżone szczyty Lyngfjellan górują nad wodami fiordu. To niewątpliwie jedna ze wspanialszych scenerii podczas całej tegorocznej wyprawy. Za miejscowością Sandelva jedziemy wzdłuż malowniczego jeziora, a następnie zmagamy się z naprawdę wymagającym podjazdem. Mocno zmęczeni osiągamy przełęcz, wokoło duże połacie śniegu i surowe krajobrazy. Widok na fiord i rozległą równinę przecięty tęczą jest doprawdy imponujący, Przed nami wspaniały, wielokilometrowy zjazd. Nocleg znajdujemy w okolicy Underreidt na polanie nieopodal drogi. Niebo przecina trzecia już tego dnia jaskrawa do bólu tęcza. Niestety meszki i komary mocno dają znać o sobie. Nie ma się zresztą czemu dziwić, w końcu insekty to najbardziej znany „produkt” Finnmarku!

Od początku kolejnego dnia droga ubywa szybko, od Langfjordbotn do Isnestoften leci jak po maśle: prosto, równo i szybko. Spotykamy pierwsze renifery, przechadzające się spokojnie środkiem drogi. Odcinek do Alty jest raczej płaski, jedynie w końcówce trzeba pokonać 2 większe podjazdy. Stolica Finnmarku słynie przede wszystkim z wpisanych na listę UNESCO, liczących ponad 6000 lat rysunków naskalnych. Aby bliżej zapoznać się z historią tego miejsca oraz całego Finnmarku koniecznie należy zarezerwować czas na wizytę w miejscowym Alta Museum. Na nocleg wybieramy wielki plac budowy za Alta.

Nowy dzień wita nas upalnym powietrzem. Niebywałe, jesteśmy za kołem podbiegunowym a od wczesnego ranka w namiocie jest jak w saunie. 7 rano a my mamy na sobie bezrękawniki. Nawet na Bałkanach nie było tak ciepło o tak wczesnej godzinie! Po serii podjazdów i zjazdów wjeżdżamy na rozległy płaskowyż. Surowe scenerie, skały i trawa, pochmurna pustka. I tak przez kilkadziesiąt kolejnych kilometrów. Po godz. 15 dojeżdżamy do Skaidi. Miał tu być supermarket, jak zapewniał człowiek w Alta Museum. Zamiast tego jest kioskopodobny, drogi sklepik, w którym nie ma zbyt wiele do kupienia. Przed nami wspinaczka na kolejną przełęcz i ponad 20 kilometrowy kolejny pustynny płaskowyż. Nocleg znajdujemy kilka kilometrów za Smorfjord, nad fiordem Porsangen. Do Nordkapp pozostało 130 kilometrów.

Nazajutrz lekko kropi, jest mgliście. Po 10 kilometrach jazdy zatrzymujemy się na śniadanie i kawę. Na horyzoncie pojawia się postać. To piechur z ogromnym plecakiem. Wyruszył 4 dni temu z Nordkapp i zamierza w ciągu 6 miesięcy dojść pieszo do Francji, a konkretnie do Tuluzy – swojego rodzinnego miasta. Planuje dziennie pokonywać od 20 do 30 kilometrów. Nie jest jednak zbyt doświadczony, żeby nie powiedzieć że wygląda na kompletnego amatora, zupełnie nieświadomego, na co się porywa – ma zdecydowanie za ciężki bagaż, sandały już zdążyły mu się rozpaść, jedyne miejsce w Norwegii które potrafi wymienić z nazwy (oprócz oczywiście Nordkapp) to Oslo. W tym szaleństwie chyba jednak nie ma metody i – obym okazał się fałszywym prorokiem – mocno obawiam się o tego skądinąd sympatycznego człowieka.. Ruch jest niewielki, głównie mijają nas autobusy wypełnione turystami ze wszystkich zakątków globu. Przed pierwszym tunelem mija nas Holender, którego spotkaliśmy wczoraj z samego rana na jednym z podjazdów. Robi się bardzo ciepło, jest ponad 20 stopni Celsjusza! Wzdłuż drogi przechadzają się liczne stada reniferów. Słoneczną sielankę zakłóca widok rozciągający się za naszymi plecami, a mianowicie potężne burzowe chmury a’la Nicość ze znanego filmu fantasy. Gnamy ile sił w nogach, bo na tej jałowej ziemi nieskażonej jakimikolwiek zabudowaniami, może być z nami marnie. Nicość połyka ostatnie promienie konającego słońca, już czujemy jej oddech. Według mapy tunel powinien już być, a tu na horyzoncie kolejne kilometry wijącej się drogi. Błyskawice uderzają we wzgórza po drugiej stronie fiordu. Widać już nasze wybawienie – podmorski tunel, którego obawialiśmy się, a który teraz jest naszą nadzieją. Nordkapp-tunnelen łączy kontynentalną Norwegię z wyspą Magerøya, na której północnym krańcu znajduje się cel naszej podróży – Przylądek Północny. Tunel ma 6875 m długości i schodzi na głębokość 212 metrów pod poziom morza. Na szczęście nie ma aut. Oświetlenie zainstalowane, ubiory stosownie dobrane, z dużą prędkością zanurzamy się w oparach gęstej mgły, pędzimy w dół i siłą rozpędu pokonujemy pierwszych kilkaset metrów podjazdu. Na dnie panuje chłód, przestrzeń wypełnia huk wentylatorów. Przed nami jeszcze około 3 kilometry naprawdę stromego podjazdu, a właściwie podejścia – prawie cały ten odcinek pchamy rowery. Już widać wylot tunelu, jeszcze niecałe 100 metrów. Z naprzeciwka jedzie sakwiarz. „Hello”, zatrzymuje się. Roland mieszka w Monachium, ma ponad 50 lat. Człek to nieprawdopodobnie zakręcony na punkcie podróży rowerowych. W zimnym tunelu rozmawiamy ponad 30 minut! Roland przyjechał na Nordkapp przez Finlandię i daje nam niebywale precyzyjne wskazówki i rady dotyczące podróży przez krainę tysiąca jezior (zbieranie puszek przy drodze i oddawanie ich w supermarkecie za drobne; gdzie za 1000 kilometrów mamy uważać na rozjeździe w jakiejś małej fińskiej miejscowości; gdzie kupować, na co uważać, itd.). Ostatnia uwaga jest nie mniej cenna niż poprzednie: Roland wskazuje ręką przed siebie: „Uważajcie na tablicę” Nie widzę żadnej, ale zakładam, że będzie jakaś tablica przy wyjeździe z tunelu, na której będzie jakaś arcyważna informacja. „Uważajcie na tę tablicę za 10 metrów”, precyzuje nasz znajomy. Faktycznie, blask wyjścia z tunelu sprawia, że tablica na wysokości głowy piechura jest prawie niewidoczna. Roland pokazuje na swój rozbity nos i opowiada jak to 2 dni temu gdy szedł dokładnie tak jak my teraz, nagle przydzwonił potężnie twarzą w tę blachę. Pozbierali i opatrzyli go dopiero ludzie z obsługi tunelu. Roland jest także autorem wspaniałych wieści: długodystansowi turyści rowerowi i piechurzy nie płacą za przejazd podmorskim tunelem ani za wjazd na Nordkapp! A kwoty te do małych nie należą. Pokonanie tunelu zajęło nam sporo ponad godzinę. W tym czasie złowrogie chmury rozpierzchły. Po kilku kilometrach pokonujemy kolejny z licznych dzisiejszego dnia tuneli, tym razem to Honningsvågtunnelen o długości 4443 metrów. Docieramy do Honningsvåg, reklamującego się jako „najbardziej na północ położone miasto na świecie”. Cóż, podobnie reklamuje się m.in. Barrow (Alaska), Longyearbyen (Svalbard) i oczywiście Hammerfest „zza miedzy”, z którym Honningsvåg nieustępliwie rywalizuje o to prestiżowe miano. W sumie nie ma co się dziwić tej marketingowej walce, bo do miasta będącego drugim pod względem wysunięcia na północ turyści tak chętnie nie zawitają... Około 2 kilometry za Honningsvag rozbijamy obozowisko nad samym fiordem, nieopodal opustoszałej drogi. Tej nocy słońce będzie jaskrawo rozświetlać wnętrze naszego igloo.

Nad ranem budzi nas stado reniferów krzątających się w pobliżu. Jest ciepło i słonecznie, jednak na horyzoncie zbierają się ołowiane chmury. Przed nami zaledwie 30 kilometrów, jednak jak się okaże wyjątkowo trudnego terenu. Ten etap wiodący do „Mekki rowerzystów” jest naprawdę wymagający, długie i strome podjazdy, wyjątkowo surowy krajobraz. Gdy już tylko kilka kilometrów pozostaje do celu, nadchodzi gwałtowna ulewa. Szybko nakrywamy się nieprzemakalną plandeką i czekamy aż deszcz zelżeje. Główny cel naszej podróży osiągamy 16 lipca 2008 roku o godzinie 13:42, po 21 dniach pedałowania i 1935 nakręconych kilometrach. W strugach deszczu wprowadzamy nasze rumaki do głównego hallu Nordkapphallen (North Cape Hall). Zebrała się tu całkiem spora grupka sakwiarzy z najprzeróżniejszych miejsc naszej planety. Przebieramy się i idziemy zwiedzać. Muszę przyznać, że przyjemnie się Nordkappem rozczarowaliśmy. Turysta rowerowy nie jest tu traktowany jak jakiś włóczęga, którego należy jak najszybciej wykopać, bo za wiele nie kupi. Jest dokładnie odwrotnie. Od samego wjazdu ludzie z obsługi pozdrawiają nas i pokazują, że nie trzeba płacić za wstęp na teren Przylądka. Pospolici (zmotoryzowani) turyści płacą za to słono. Obawialiśmy się też totalnej komercji, setek zwiedzających i całej tej nieciekawej jazgotliwej otoczki. Dlatego trochę zszokowało nas, że po korytarzach centrum Nordkappu i jego przestronnych salach (bar, kino, wystawy, restauracja, kaplica, itd..) przechadzaliśmy się prawie w odosobnieniu. Namiot rozbijamy pomiędzy słynnym globusem – symbolem Nordkapp – i pomnikiem „Dzieci Ziemi”.

Trzeba wiedzieć, że to nie Nordkapp, lecz leżący nieopodal przylądek Knivskjellodden jest wysunięty najbardziej na północ. Chociaż jeśli już piszemy o faktach, to oba ww. przylądki leżą na wyspie (Magerøya), więc tak NAPRAWDĘ najdalej na północ wysuniętym przylądkiem kontynentu europejskiego jest Kinnarodden, leżący na półwyspie Nordkyn (Nordkinnhalvøya). Po godzinie 23 chmury rozchodzą się, o północy możemy cieszyć się wspaniałym słonecznym spektaklem. W nocy przechodzi potężna ulewa, huragan targa naszym namiotem, temperatura spada do kilku zaledwie stopni Celsjusza.

O poranku Nordkapp spowity jest nieprzeniknioną mgłą. Przed wyruszeniem w drogę powrotną wpisujemy się do księgi pamiątkowej zarezerwowanej dla rowerzystów. W Honningsvag okrętujemy się na statek słynnej linii Hurtigruten, którym przepłyniemy na półwysep Nordkyn. Leżakujemy beztrosko na pokładzie, słońce przyjemnie ogrzewa. Tuż przed końcem rejsu z morza można zobaczyć Finnkirke (Finnkerka) – skalną formację w kształcie kościoła. Widać tez wieloryby. Późnym popołudniem przybijamy do Kjollefjord. Jako jedyni pasażerowie opuszczamy pokład Hurtigrutena, w porcie i miasteczku życie jakby zamarło. Jest słonecznie, jedziemy przez jałowe obszary otoczone przez niedostępne górskie masywy. Na nocleg wybieramy miejsce pięknie położone nad Oksefjorden. Komarów jest co niemiara, ale o dziwo niezbyt dotkliwie kąsają. Najwyraźniej dawno nie widziały człowieka i nie bardzo wiedzą co powinny z nami począć.

Droga przez półwysep Nordkyn wiedzie w księżycowym, skalistym krajobrazie. Flora reprezentowana jest symbolicznie przez skrawki mchów i porostów. Całość jest jedną wielką kamienną pustynią. Wszystko to robi ogromne wrażenie. Trochę żal, że nie będziemy na ponoć jeszcze bardziej jałowym półwyspie Varanger. Wszystko dziś jest szare, skały asfalt i niebo. Do Bekkarfjord nawierzchnia jest idealnie gładka, od tego miejsca jednak przypomina ser szwajcarski. Wraz z końcem asfaltu zaczyna mocno padać. Dziury w drodze szybko wypełniają się wodą, gdzieniegdzie brakuje asfaltu i brniemy w mazistej breji. Droga wiedzie wybrzeżem ogromnego Laksefjorden. Mocno zmęczeni i zmoknięci nabieramy ciepłej wody w przydrożnej knajpce i po około 2 kilometrach rozbijmy namiot nieopodal drogi nr 98. Nieprzeliczone chmary komarów niweczą jakąkolwiek przyjemność z ciepłego prysznica. W nocy nieprzerwanie pada.

Na dzień dobry około 7 kilometrów podjazdu. Odcinek od Ifjord do rzeki Tana to jeden z moich osobistych faworytów tej wyprawy. Wprawdzie od samego rana przez kilkanaście kilometrów komary kłębią się wokół nas, lecz scenerie są niesamowite. Połacie brzozy karłowatej, tak charakterystyczne dla obszarów tundry, stanowią znaczną część krajobrazu. Na ogromnych pustkowiach asfalt jest dotkliwie podziurawiony, niebo mocno błękitne, wokoło nie widać śladów działalności człowieka. Z każdym pokonanym kilometrem coraz bardziej zaczyna dominować nieobecna ostatnio zieleń. W nielicznych małych wioskach można usłyszeć ujadanie psów, odgłos, który ostatnio słyszeliśmy w Polsce! Takie mniej więcej miałem zawsze wyobrażenie o dalekich obszarach północnej Rosji. Odcinek ten jest inny niż wszystko co dotychczas widzieliśmy. Dojeżdżamy do rzeki Tana i czar pryska. Przed nami 25 kilometrów niezbyt ciekawej drogi do Tana Bru, w dodatku mocno pod wiatr. Jesteśmy porządnie zmęczeni, na stacji benzynowej kupujemy jakieś ciastka, żeby tylko doładować akumulatory na ten odcinek. Ostatni wieczór w Norwegii spędzamy nad słynną łososiową rzeką Tana przy drodze nr 895. Miejsce urocze, ale cóż z tego skoro wkoło aż czarno od komarów. Kolejny dzień jest upalny, najcieplejszy od początku wyprawy. Wjeżdżamy do Finlandii i dopiero gdzieś w Utsjoki zaczynamy sobie zdawać sprawę, że dotychczasowe problemy z insektami to była ledwie majówka. Welcome to Finland! Wokoło kłębią się takie ilości agresywnych much, że niemal przesłaniają całe pole widzenia, po kilku sekundach od zatrzymania roweru obklejają nas gryząc przy tym dotkliwie. Nie mam wątpliwości – podobnie jak narrator w „Niezwyciężonym” Stanisława Lema – że najgroźniejszy jest wróg rozproszony. Przed nami prawie 2500 kilometrów drogi przez Finlandię, Estonię, Łotwę i Litwę. To jednak materiał na osobną opowieść.

You are here: Home Relacja (cz. II)